poniedziałek, 26 maja 2014

Kupiec wenecki czyli obŻydzanie Szekspira

Niedawno znajomy zachwalał spektakl „Kupiec Wenecki” w Teatrze Osterwy.  Ogólnie lubię Szekspira i w pamięci miałem klasyczną interpretację nakręconą przez BBC w latach 80-tych oraz nakręconą bodaj 10 lat temu świetną adaptację z udziałem gwiazd takich jak Jeremy Irons i Al Pacino. Oczywiście dobrze pamiętałem też zeszłoroczny spektakl „Na końcu łańcucha”, w którym motywem przewodnim był Tytus Andronicus.
Recenzje w sieci były w większości pochlebne, mówiące coś o awangardowości, prowokacji, nowym spojrzeniu na klasykę i takich tam. Zaryzykowałem i przyznaję, że jestem daleki od zachwytu.
Nie mam nic przeciwko nowoczesnym interpretacjom klasyki. Bywają zabawne, poruszające, dają inne spojrzenie na rzeczy już znane. I o to chodzi!  Jednak we wszystkim, potrzeba jest pewna doza umiaru. „Kupcowi” tego umiaru brakuje.

Wyraźnie widać, że reżyser chciał stanąć na wysokości zadania i dociągnąć do zawieszonej wysoko, przez Evę Rysovą poprzeczki. Mamy tu wątki antysemityzmu, groteskowo przerysowane i zniekształcone - słowo „żyd” jest bodaj najczęściej padającym ze sceny, multikulturowości w scenografii i choreografii - w pewnym momencie z elementami, niestety nie do końca przekonującego, rytuału voo-doo i oczywiście, jakże inaczej, gender.

Przyznaję jednak, że o ile oglądając „Na końcu łańcucha”, nie mogłem oderwać wzroku od sceny, zaskakiwany zarówno popisami aktorskiego kunsztu, jak i popkulturową mieszanką szoku, humoru i filozofii, to na „Kupcu” nie potrafiłem kompletnie „wejść” w wizję reżysera.  Momentami było pretensjonalnie, momentami niezrozumiale a momentami kiczowato. Papki luzu i voo-doo, nie ratuje nawet gra aktorów, gdzie na szczególne wyróżnienie zasługuje Janusz Łagodziński, jako Shylock.  W monologu swojej postaci był naprawdę przekonujący i pełen ekspresji.  Niepotrzebne były też sceny trącące homoseksualizmem, sprawiające wrażenie wciśniętych na siłę, dla poprawności politycznej lub próby szokowania widowni. Zaś końcowe sceny, z paleniem fajki wodnej, były tak abstrakcyjne, że zacząłem zazdrościć, jakości i mocy towaru, jaki musiał być palony, aby ów stopień abstrakcji w sztuce osiągnąć. Brak sensownego zakończenia, puenty, wieńczącej dzieło, dodatkowo wzmacniają wrażenie chaosu, niezupełności i pewnego niedokończenia.  Zamiast więc okrutnej i przewrotnej, ale bądź, co bądź komedii Williama Shakespeara, dostałem, jako widz, przyciężką, momentami niezrozumiałą groteskę, która mnie osobiście ani nie bawiła, ani nie uczyła.

Reasumując, kupiec z Wenecji, pomimo starań marketingowych i całkiem solidnego towaru na sprzedaż, nie ma chyba szansy odnieść sukcesu w biznesie. Jest rzemieślnikiem, ale niestety nie artystą w swoim fachu.  Mimo to zapraszam do obejrzenia i weryfikacji moich subiektywnych przemyśleń. Da się obejrzeć, chociaż prawdę powiedziawszy, s'ken alemol zayn beser.