piątek, 3 sierpnia 2012

Uwolnić zawody i psychopatów, czyli wiadomości

Uwielbiam czytać wiadomości. Niekoniecznie oglądać, bo niektórzy prezenterzy doprowadzają mnie do rozpaczy i rwania włosów, albo nie dotrzymują słowa (vide Jarosław Kuźniar TVN) i kłamią (vide DTV za czasów  PRL a pewnie i nie tylko). No to sobie dziś przy obiedzie otworzyłem portal i czytam. Jarosław Gowin, mój ulubieniec, znowu chce uwalniać zawody. Miałem się zabrać do lektury, bo żywotnie mnie interesuje zostanie adwokatem lub radcą prawnym, a bez kompletnego uwolnienia tego zawodu nie miałbym najmniejszej szansy, kiedy mój wzrok, kaprawy od gęstego i cholernie pikantnego sosu do chińszczyzny, padł na sąsiedni news pod tytułem "Powrót morderców" - zaintrygowany kliknąłem na linka i przeczytałem, że na skutek amnestii, zniesienia kary śmierci i takich tam innych humanitarnych zabiegów w ciągu kilku następnych lat wyjdzie na wolność około setki ukaranych za seryjne gwałty i morderstwa psychopatów. No to wszystko jasne. Po niezbyt sensownych i udanych próbach uwolnienia zawodów niewolnych, minister Gowin w końcu dopiął swego i uwolnił zawody mordercy, gwałciciela, psychopaty i seryjnego mordercy. Sukces to tyleż spektakularny co i miły społeczeństwu. Przecież jak to przemiłe i gruntownie zresocjalizowane w naszych zakładach karnych towarzystwo wylezie na wolność, obywatele od razu zaczną płacić wyższe podatki z których można będzie sfinansować dodatkowe etaty w Policji, byle broniła nas przed zakusami tychże zwyrodnialców. Dojdzie do tego, że każdy obywatel weźmie na wikt i opierunek jednego stróża prawa i zapewni mu zakwaterowanie w swoim własnym domu a wieczorem będzie on odprowadzał córki lub żony i pilnował nieletnich na placu zabaw.W tym wydaniu i wilk będzie syty i owca cała a ofiarami morderców i pedofili będą jedynie rumuńskie żebraczki i ich dzieci, których i tak nie ma kto bronić. Brawo! W każdym razie ja mam zamiar wystąpić o pozwolenie na posiadanie broni palnej, najlepiej AK-47 lub jakiegoś poręczniejszego karabinu maszynowego, którym będę mógł naszpikować ołowiem każdego psychola jaki zbliży się do mnie czy mojego stada na odległość mniejszą niż zasięg rażenia owej maszynerii. Najlepiej, żeby mnie się taki karabin w teczkę mieścił służbową.
No cóż a teraz trochę bardziej serio. Nie jestem zwolennikiem kary śmierci - to jest mimo wszystko zbyt radykalna kara i zbyt bezbolesna dla psychopaty, który nie potrafi odczuwać tak jak normalny człowiek. Ale jestem za tym, żeby takie jednostki izolować od społeczeństwa dożywotnio, do samej ich śmierci. Według kryminologów recydywa w przypadku psychopatów i seryjnych morderców czy gwałcicieli jest tak wysoka, że wypuszczanie na wolność któregokolwiek to po prostu loteria w której stawką jest niestety ludzkie życie. W dodatku przy powrocie do przestępstwa, jak się to łagodnie nazywa, bardzo często następuje eskalacja zachowań i przestępstwa stają się znacznie brutalniejsze i drastyczne. Cała rzecz w tym że psychopata nie potrafi współczuć, ani żałować - jest jednostką pozbawioną empatii wobec swoich ofiar i nastawioną czasami jedynie na zaspokajanie swoich, zwyrodniałych według nas a naturalnych dla niego, potrzeb. Tak więc nie mamy co liczyć na to, że zostali oni "nawróceni", "zresocjalizowani" i "poprawieni" w naszych zakładach karnych, gdzie resocjalizacja w większości wypadków jest tak samo skuteczna jak kadzidło w wypadku śmierci pacjenta. Nie wiem czy nasi prawodawcy zdają sobie sprawę że ci ludzie, czy też może te osobniki, bo trudno mówić tu o ludziach, nie siedzieli za kradzież pietruszki, pobicie szwagra na weselu czy nawet niezapłacenie alimentów. To są urodzeni mordercy, maszyny do zabijania i do w dodatku bardzo często bardzo dobrze potrafiący ukrywać swoją prawdziwą twarz. Są inteligentni i niebezpieczni. I nic na to nie poradzą. - tacy już się urodzili. A wymiar sprawiedliwości w ramach ochrony obywateli naszego państwa, powinien zapewnić im dożywotnią izolację od reszty, niech tam.. nawet na koszt chronionych. Paranoja polega na tym że gdyby ci osobnicy znieważyli polityków a nie daj Panie PREMIERA lub PREZYDENTA lub co najgorszą ohydą nie zapłacili podatku VAT na czas, nasze opiekuńcze państwo ścigałoby ich do końca życia, zrujnowało i posadziło na lata za kratki. Ale oni przecież tylko zabijali, gwałcili i torturowali, a to przecież rodzi tak potrzebny ruch w interesie Policji, która ma co robić, Prokuratury i Sądów, zapewnia zatrudnienie i dochody tylu osobom, że w czasach ogólnego kryzysu może i dobrze że wychodzą. Znowu coś się ruszy!
A szlag tam by trafił taką politykę przeciwdziałania bezrobociu.  W końcu wezmę sobie do serca słowa komendanta Policji w Sopocie - o pardon! byłego komendanta - "A co to nie macie kominiarek i pał ? Sami zróbcie porządek!" Toż to manifest godny pochwały! No więc może rodzi się we mnie taki Dexter Morgan? W sumie też czasami zdaje mi się, że gdzieś we mnie też jest psychopata. Szczególnie po lekturze najświeższych wiadomości.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Lekki kac

Bardzo lubię tą piosenkę. I niech tam.. jestem sentymentalny...albo głupi. I niewiele mnie to obchodzi. Przynajmniej nie dziś w nocy. Miłego słuchania.


środa, 1 sierpnia 2012

Szewc z Lichtenrade, czyli podróż pomiędzy wymiarami.

Nie wytrzymałem. Po wypłacie poleciałem do księgarni i kupiłem nową antologię opowiadań Andrzeja Pilipiuka Szewc z Lichtenrade. A potem z braku czasu ponad dwa dni ostrzyłem sobie kły przed rozpoczęciem lektury, pamiętny czasów, kiedy połknąłem w jedną noc Homo Bimbrownikusa i zaczytałem w mgnieniu oka Rzeźnika Drzew.  W końcu udało mi się ukryć przed wszystkimi, wyłączyć telefon i zapiąć pas w wehikule, jaki zwykle pan Andrzej przygotowuje dla swoich czytelników, zabierając ich w podróż w niemożliwe. Fantasy i fantazja na całego.

Przyznaję, że pierwsze opowiadanie rozbawiło mnie do łez. Sam pomysł świata w którym nieco role w historii się odwracają i mamy imperium pansłowiańskie (choć nie tylko), zamiast germańskiej Rzeszy, może i nowy nie jest, ale wykonanie godne poprzednich dzieł autora. Samo wyobrażenie Adolfa Schickelgrubera, na zasiłku dla kombatantów, ubranego w berecik malarski i wygłaszającego peany na temat słowiańskiej sztuki powala. Reszta zaś, łącznie z zacnym doktorem Mengele jako dilerem dragów w zaułkach zdominowanego przez żydowską mafię i ogólnie untermensch'ów Berlina, sprawia że mimowolnie sarmackiego wąsa się podkręca - nawet jeśli się go akurat nie posiada.
Pozostałe opowiadania utrzymują poziom. Ze szczególnym według mnie wskazaniem na Sekret Wyspy Niedźwiedziej. Czasem wywołują zdumienie, czasem rozbawienie a czasem odrobinę dreszczyku, tak charakterystycznego dla dobrych opowieści grozy. Mnóstwo barwnych postaci, nie tracących pomimo niecodziennych wydarzeń w jakich przychodzi im się znajdować, nic ze swego realizmu (lub jeśli autorowi akurat tak się zamaiło  - karykaturalnego przerysowania cech charakteru) , zaskakujące zakończenia i zwroty akcji, które utrzymują czytelnika w napięciu do końca opowiadania.
U Pilipuka nadal i niezmiennie fascynuje mnie wiedza  - przede wszystkim historyczna, ale nie tylko , która jest doskonałym uzupełnieniem jego fantazji i wyobraźni, tworząc mieszankę wybuchową, sprawiającą że wraca się do jego opowiadań z przyjemnością. Nie tylko tych nowych.
Odrobinę, jako zagorzałemu zwolennikowi Jakuba Wędrowycza, brakowało mi, w tym zestawie postaci zupełnie nowych i znanych już z poprzednich opowiadań, tego starego dziada, ale przecież nie tylko bimbrem i wampirami człowiek żyje a i autorowi nudno byłoby ograniczać się wyłącznie do pisania przygód tego degenerata. Co nie przeszkadza mi czekać niecierpliwie na kolejne. Ogólnie mogę z czystym sercem polecić lekturę tego tomiku. Jest to podróż poprzez niecodzienne światy, której nasza wyobraźnia czasami potrzebuje choćby po to żeby oderwać się od rzeczywistości. 

Nocne przemyślenia o dzieciach, budownictwie i Egipcie

Zdajemy się sobie lepsi od naszych rodziców i przodków, a jesteśmy jedynie karłami, które wspięły się na barki olbrzymów i teraz myślą. że są od nich większe. Czy rzeczywiście jako rasa dziczejemy? Stajemy się jedynie powielaczami tego co już było i nie potrafimy samodzielnie tworzyć niczego? Nie wiem. Słuchając muzyki moich pociech dochodzę czasem do takiego wniosku. Tak popularne obecnie remiksy, to po prostu beat nałożony na melodię z lat osiemdziesiątych czy sześćdziesiątych i jakieś dodatkowe wstawki mruczane w slangu, którego poza afroamerykaninem, nikt nie jest w stanie zrozumieć. Przyznaję, że czasem brzmi to nieźle, chociaż nie jestem fascynatem tego typu muzyki.
No ale nie od dziś tak było, że dzieci korzystając z osiągnięć rodziców, czy dziadków wybijały się i zyskiwały poklask i sławę. Przy okazji opowiadań znajomych o tym jak tam było w Egipcie, słuchałem peanów na temat tego, jakie wrażenie robi piramida Cheopsa czy Sfinks i zapytałem czy byli też w Dahshur, żeby zobaczyć pierwszą piramidę jaką zbudowano w Egipcie. A to ta w Gizie nie była pierwsza? - pechowo zapytał kolega. Pechowo, bo akurat wsiadł na mojego małego konika a ja zacząłem na nim z przejęciem galopować, aż mi się przypomniało, że to akurat nie o moich wakacjach rozmawiamy. Mając więc odrobinę taktu (chociaż pewnie niektórzy stwierdzą, że akurat w tym nie jestem najmocniejszy), wlepiłem oczy w kubek z kawą i zająłem się swoimi myślami.


A myślałem o tym biedaku, z odrobiną manii wielkości, Sneferu. Z tą odrobiną, to może nieco eufemizuję. Facet miał ego jak stąd do Kairu. Zamarzyło mu się mieć najfajniejszy nagrobek na świecie, a tak się składało, że miał na to, prócz ochoty zarówno środki jak i okazję. Ostatecznie był założycielem czwartej dynastii faraonów Egiptu. On, czyli Pan Mądrości (o ile dobrze pamiętam tłumaczenie słowa maat) Horusa, Złoty Sokół Horusa, Ten Który Czyni Doskonałym, jak w wolnym dość tłumaczeniu brzmiały niektóre z jego imion, w skrócie Sneferu czy też Snefru, wybudował sobie grobowiec piramidę w Dashur, ale zanim zbudowano mu ten doskonale kształtny pomniczek, jak wyczytałem w tym artykule http://news.discovery.com/history/pharaoh-sneferu-120724.html , z uporem maniaka ćwiczył sobie na swoim własnym piramidowym poletku doświadczalnym o powierzchni około bagatela 420 hektarów, nie wspominając o projektach, które porzucił  jako poronione pomysły, nie spełniające królewskich norm, jak piramida w Meidum, czy znajdująca się także w Dahshur Łamana Piramida, która za czasów świetności musiała błyszczeć z daleka białym kamieniem licowym, ku chwale budowniczego, bo zwano ją "Tą która błyszczy na południu". Nie była jednak dość dobra. Dopiero Czerwona Piramida spełniła jego wymagania i łaskawie dał się niej pochować. Właściwie we wszystkim przewyższał zapał budowlany swoich następców - zarówno w pomysłowości, uporze, jak i ilości - wszystkie jego piramidy (w sumie cztery sztuki) ważą około 9 milionów ton, co było nie było, przewyższa osiągnięcia jego synka Chu-fu czyli naszego poczciwego Cheopsa (taka ksywka grecka) No, ale kto tam by po 4,5 tysiąca lat pamiętał. Wiemy, że jak piramidy to Cheops i tyle. Sic transit gloria mundi! Niech więc tam sobie spoczywa biedaczyna w spokoju, w jakichkolwiek tam chciał zaświatach. A mi czas wrócić do naszej rzeczywistości z nadzieją, że moje potomstwo prześcignie znacznie moje osiągnięcia i popijając sobie piwko z Abrahamem, będę mógł dumnie się tym chwalić. A niech tam! Jestem mniej wymagający od Sneferu. No i właśnie znowu zagalopowałem się nieco z moim konikiem. A miałem pracować nad poważnymi rzeczami. :) 

wtorek, 24 lipca 2012

ASMR dla każdego!

Co to właściwie jest ASMR? (Autonomous Sensory Meridian Response). To według internetu takie przyjemne mrowienie zaczynające się na głowie i szyi, a potem z różnym natężeniem schodzącym w dół kręgosłupa. Swoją drogą bardzo przyjemne uczucie co potwierdzam z autopsji. A ma to być wywoływane przez z pozoru nudne i niewinne filmiki jak ten oto pod spodem - nie zmuszam do oglądania nikogo no i oczywiście nie gwarantuję frajdy :) zresztą nudne to jak flaki z olejem




Inne  pokazują czesanie włosów, osobę spokojnym głosem opowiadającą historię czy stukanie w okładkę książki. Ba! Jeden nawet widziałem gdzie ktoś sobie nagrał sesję windows i klikanie tam i sam po akcesoriach. Ekstra! Serio. Taki mały szał w sieci. Jeden z wielu.
Tyle, że dla każdego wzorzec myślowy jest podobno inny, stąd też na każdego działa co innego. Podobno ma to mieć dobry wpływ na samopoczucie, leczyć depresję a także permanentne stany lękowe. Ponieważ ostatnio cierpię na stany lękowe, bezsenność, depresję i prawdopodobnie także lekką paranoję, obejrzałem jeden, drugi, trzeci filmik i stwierdziłem, że chyba moje wzorce myślowe są zupełnie inne niż tych, którzy komentowali te filmiki, piszcząc z radochy. A może nie jestem po prostu jeszcze pokoleniem 2.0 ? W każdym razie, tylko jedna sprawa wywoływała u mnie takie uczucie. Jedna, jedyna i żadna inna. A więc może jednak jestem podatny na bodźce wywołujące ASMR?  Dokładnie jeden z nich. Szkoda tylko, że w internecie akurat mojego wzorca nie ma. Tak więc pozbawiony swojego wieczornego "orgazmu głowy" szczerze ubolewam nad tymi, którzy szukają podobnych uciech w sieci. Chociaż rozumiem doskonale, że nawet  marny substytut jest więcej niż kompletnym brakiem. Mimo to ja nie przyjmuję substytutów a mój umysł nie ma zamiaru się nimi zadowalać. Tym gorzej dla mnie? Amen.

czwartek, 19 lipca 2012

Po wakacjach.

Wakacje to dość niezwykła pora. Wszyscy starają się wyluzować na siłę. Więc i mnie to nie minęło. Po pierwsze bo obiecałem młodym a po drugie, bo zawsze miałem pociąg do podróży. Mimo że kiedy wracam na moje śmiecie, czuję się na swoim miejscu, lubię podróże. Lubię poznawać inne miejsca i innych ludzi. A więc w tym roku pod naciskiem wyluzowanej nastolatki, wybraliśmy Włochy. No i dobrze! Podróż samochodem to jakieś 1400 kilometrów przez Alpy, czy tam inne jakieś Himalaje, no i oczywiście zderzenie naszej rzeczywistości z nieco inną  - tą bardziej śródziemnomorską. Poza tym Italia to kolebka cywilizacji europejskiej, zamieszkiwana przez dumnych potomków samych Rzymian i takie tam inne. Moje serce historyka rwało się do zwiedzania, jak pies z łańcucha na widok miski kiełbasy.  Powinno być ciekawie. I było. Do granicy Słowackiej jechaliśmy tyle samo czasu, przez 250 kilometrów, co w Słowacji do Bratysławy przez 400. Paranoja! Austria jak zwykle, widziana przeze mnie z perspektywy autostrady i tubylców, którzy śmieją się pod nosem z mojego szkolnego niemieckiego, ale są na tyle mili, żeby rozumieć to co do nich, nieco niegramatycznie, mówię.Włochy - jakaż odmiana. Nikt nie rozumie ani słowa z mojej angielszczyzny. Już miałem zacząć mieć pretensje do Marka (mojego ulubionego i jak dotąd najlepszego nauczyciela tegoż języka, że mi nie powiedział, że d.. ze mnie nie uczeń), kiedy zorientowałem się, że nie tylko mojej angielszczyzny, ale i rodowitych angoli - nie rozumieją wcale. Przeszedłem więc na niemiecki z podobnym rezultatem, tyle że wywołując uśmiechy politowania. No i w końcu doszło do wymownego gestykulowania i idiomatycznej polszczyzny, ku uciesze jakichś zabłąkanych podobnie jak my rodaków. Pal sześć kwestie językowe! Jakże podoba mi się tam rytm dnia. Ot pracujemy do 12.00 - potem zamykamy wszystko  - bez różnicy: sklep, biuro, urząd, ambasadę i idziemy odpocząć do 14  - 15.  Potem popracujemy jeszcze odrobinkę i wieczorem fiesta! Do kiedy mamy siły. Bosko! W sumie mi odpowiada. Ale nie byłem przygotowany na to w miejscowości bądź co bądź wypoczynkowej będzie otwarta po 12 tylko jedna knajpa. Plaża to również nowe doświadczenie. Nigdy między 11 a 15  - to taki wymyślny i przyznaję dość bolesny sposób popełnienia samobójstwa. W cieniu mamy jakieś 40 stopni a więc po kilkumetrowym spacerku po piachu, dostaniesz bracie bąbli na podeszwach i poparzeń całkiem fajnego stopnia. Jak już zapłaci się za leżaki i parasol (jedyny cywilizowany sposób na plażowanie się) i chce się człowiek zdrzemnąć spokojnie, bo upał i ogólnie miło w cieniu, to przyłazi ktoś i nagabuje - okularki? oryginalne! kapelutek dla szefunia? może bandana? tatuaż, torebka od Vittona, Gucciego (Taaaa! Na pewno!), buty, paski, koce, ręczniki, krawaty, latawce,zegarki (gość chciał mi opchnąć Rolexa ;) za 5 euro), pluszaki i co tylko sobie zamarzyć może człowiek leżący na plaży. Nawet masaż tajski lub fryzurę a'la Snoop Dog. Ekstra! Wszystko to sprzedają Hindusi, Pakistańczycy, Wietnamczycy, Afrykanie i kto tam jeszcze z całego świata. Sam na własne uszy słyszałem jak dwóch czarnych gości rozmawiało ze sobą językiem mlaskowym, którym posługują się buszmeni  i może jeszcze kilka plemion Afryki środkowej. Szok!
 Z pewną nostalgią pomyślałem o gościach, którzy łażą po plaży nad Bałtykiem i sprzedają bogu ducha winne jagodzianki czy lody. "Rewelacja na Bałtyku! Lody, lody na patyku!"  Ten tekst tutaj zastąpiony jest śpiewnym krzykiem gościa pchającego wózek z zatopionymi w wodzie kawałkami kokosa: Cocco bello cocco!! Facet ma gardziołko jak śpiewak operetkowy! Mniejsza z tym. Dzieci mi uciekły do morza jak przy parasolu obok jakaś laska, zdjęła stanik i zaczęła opalać się topless. W sumie na widok tych mecyi i ja miałem ochotę zrejterować. A gdzież skromność niewieścia nie mówiąc o pewnej miłej dozie samokrytycyzmu? Tfu! W dodatku Włoszki są na ogół niezbyt ładne i nawet nie ma na czym oka zawiesić. Za to Włosi.. ech.. śliczne chłopunie. Smagli, czarne włoski, często długie i kręcone. Tyle, że jak już taki  trzydziestolatek idzie sobie na plażę to bynajmniej nie towarzyszy mu donna o aparycji Moniki Bellucci, nie ważne - żona, kochanka, przyjaciółka z pracy - tylko matrona o nobliwym wyglądzie starej wiedźmy - włoska mamma. Bo mamusia jest dla Włocha najważniejsza! Szczególnie, że mniej więcej do 50-tki sporo Włochów mieszka z mamusią i jest przez nie opierana i karmiona. Dolce vita!
Życie religijne również kwitnie. Msza wakacyjna w języku włoskim to przeżycie samo w sobie. Otóż niby ryt znamy, teksty też, nawet melodie piosenek takie jakieś znajome, a i tak nic nie rozumiemy - szczególnie z kazania - oczywiście po włosku! No, są teksty wydrukowane dla turystów - oczywiście po włosku! Na coś się zdała moja szkolna łacina. Wiedziałem kiedy klęknąć. Na wszystko jednak dobrym lekiem jest spritz, wlewany w siebie w największych możliwych ilościach. Skład przybliżony - wytrawne musujące wino, aperol lub campari, woda gazowana, pomarańczka i lód. No i plażowanie jest już znośniejsze.
Ponieważ ogólnie jednak plaża, nie jest moją ulubioną rozrywką, gwoździem programu całej wycieczki miało być zwiedzanie. A więc najbliżej - Verona - miasto znane nam z tragedii Szekspira i jak się okazało całkiem nieźle marketingowo wykorzystujące tą sławę. Otóż jest tam dom Julii (byliśmy) i pewnie też dom Romea tylko nie znalazłem, grób Julii i pewnie też grób Romea, a także miliardy pamiątek dla miłośników kochanków z Verony, oczywiście made in China. Miasto jednak jest piękne. Szczególnie jeśli pominiemy tabuny turystów z całego globu.

Wąskie uliczki, włoski renesasns i pozostałości imperium rzymskiego wkomponowane w zabudowę nieco późniejszą. Szczególnie amfiteatr - można tam obejrzeć opery i przedstawienia. Szkoda, że nie było czasu.
Tak jak i na Wenecję. To miasto cudownie zatłoczone, mające pomimo upału i tłoku niewątpliwie magiczny urok. Żeby tylko przejść się po nim potrzeba przynajmniej 5 - 6 godzin. Na zwiedzanie trzeba by poświęcić całe tygodnie. I taki mol książkowy jak ja miałby co robić przez 24 godziny na dobę. Ale Wenecja to nie tylko turyści. Wędrując tłocznymi arteriami dla przyjezdnych zauważyłem, że bocznymi zaułkami nikt prawnie nie chodzi. Tylko kilku tubylców. Więc w drodze powrotnej spróbowałem. Trasę, którą szliśmy ponad godzinę dało się zrobić w 35 minut. I to biorąc pod uwagę, że ze dwa razy straciłem orientację w tym labiryncie. A Wenecja to przecież kanały. Nawet tak bardzo nie śmierdzą - wydano mnóstwo pieniędzy na ich oczyszczanie. Z dobrym skutkiem. Za to są równie tłoczne jak uliczki - gondole, motorówki, stateczki, łódki i wszytko to płynie gdzieś w jakimś celu  - pierwszy raz widziałem korki w kanałach! Motorówki, podobno obstawione w całości przez miejscowych mafiosi, kosztują koszmarną kasę. Gondole zresztą też, ale można sobie zamówić śpiewaka, który podczas rejsu będzie śpiewał nam ballady i romanse. Bardzo romantyczna i cholernie droga rozrywka.

Miasto żyje dzięki turystom, z turystami a często i z turystów. Ten wielobarwny, wielojęzyczny, krzykliwy tłum, przepływa pomiędzy placem Świętego Marka a Rialto, rozlewając się bocznymi odnogami po innych wartych odwiedzenia miejsca, drepcząc z rozdziawionymi gębami i zadartymi głowami tworzy kilometrowe kolejki do muzeów i kościołów. Czasem słyszy się tylko krzyk i zamieszanie w tłumie, kiedy jakiś nieszczęsny Amerykaniń, Niemiec, Japończyk czy Szwed straci portfel lub aparat, zerwany mu z ramienia przez złodzieja, który natychmiast znika w labiryncie zaułków. A mimo to kocham Wenecję. Przy całym jej szaleństwie. Choćby za to, że w sklepach mówią po angielsku. A na promie mogłem sobie słuchać do woli rosyjskiego od Kazachów, którzy całym klanem chyba (jeśli patrzeć na ilość) wybrali się tu na wakacje.
Tydzień jednak to krótko i trzeba było zwijać żagle. Przyznaję poza tym że jestem mięsożerny a dieta włoska (makarony, pizze, lasagne, owoce morza) jest pyszna, ale w mięso nie obfituje. Najwyraźniej więc miałem minę kanibala po miesięcznym głodzie, pochłaniając w Austrii, mój ogromny, soczysty i cudownie wieprzowy, schnitzel na tarasie knajpy z widokiem na Woerthersee, bo spojrzenia siedzących obok Austriaków były nieco przerażone aczkolwiek wymowne. Koniec końców, ze sztuki najbardziej lubię sztukę mięsa. Cała reszta to tylko wspomnienie z wakacji.