wtorek, 7 sierpnia 2012

Kazimierz Dolny 2012

Miasteczko pełne zatrzymanych w pamięci chwil. Zawsze kiedy spaceruję tymi uliczkami odkrywam nowe lub znane ale zapomniane detale. Szkoda, że nie wszystko potrafię oddać odpowiednio. Niestety dopiero zaczynam przygodę z fotografią :)










MSZ promuje "historię" Polski?

Olimpiada w Londynie trwa,  jak zwykle wielkie nadzieje okazują się płonne i nic się nie stało, a inni tak jak Tomasz Majewski zdobywają medale i cały blichtr sławy ich  g. obchodzi. Robią to co lubią i mają z tego radochę. Szacun Panie Tomku!
Ale w trakcie olimpijskiego zamieszania umyka nam wiele spraw, na które moglibyśmy zwrócić uwagę, gdyby nie gapienie się w TV. Taką drobną rzeczą jest śmierć ostatniego z 200 obrońców Westerplatte. Major Igancy Skowron zmarł w wieku 97 lat. No cóż. wiek piękny i z mojego pokolenia pewnie mało kto go doczeka. Człowiek przeżył szmat czasu. Więc niby normalne - a jednak jakoś tam podświadomie czuje się że mija pewna epoka. Od wojny i okupacji (niemieckiej) minęło już ponad 60 lat. Większość ludzi, która przeżyła ten koszmar już nie żyje, a nowe pokolenia dowiadują się wszystkiego z książek, o ile w ogóle po nie sięgają, bo z tym niestety jest różnie. Wiedzę o historii czerpią z internetu i TV - a mało który małolat ogląda Discovery. Czemu jednak o tym piszę? Wymieranie pokoleń to rzecz normalna. Natura i tyle.
Ano temu, że poczytałem sobie artykuł w którym ktoś tam donosi uprzejmie że nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało polecenie placówkom dyplomatycznym promowania książki pt. Piekło wyborów, w której opisane są przykłady dotyczące udziału Polaków w Holokauście, oczywiście są również podane przykłady mówiące o tym, że no nie wszyscy  - niewielka grupa przeciwstawiła się społeczeństwu i ukrywała skazanych na zagładę Żydów.
Ta "niewielka" grupa uratowała od śmierci 300 tysięcy Żydów. No to nieźle, czyli jeśli przypada po 1 osobie ratowanej na łebka to wychodzi że 300 tysięcy Polaków jednak pomagało. Doliczmy również ich rodziny, które były przecież bezpośrednio zagrożone - nikt z SS nie pytał czy wiedzieli tylko rozstrzeliwano wszystkich domowników. Nie licząc przypadków kiedy Żydzi zostali jednak złapani a razem z nim zastrzelono i Polaków. Oj takich sytuacji też było sporo.
Podaje się, że łącznie w krajach okupowanych przez III Rzeszę mieszkało przed wojną około 7, 8 miliona Żydów z czego w czasie Holokaustu zginęło 6 milionów. Te 300 tysięcy to faktycznie niewiele. Fakt. Wspomnijmy jednak,t że w roku 1939 ludność Polski wynosiła według danych demograficznych 34,9 miliona a według badań z roku 1947 już tylko 23,9 miliona  - nawet licząc emigrację i zagładę prawie całkowitą ludności żydowskiej jest to dość przerażająca statystyka.
Przywołam jedynie wyliczenia z roku 1993 opublikowane w  C. Łuczak, Polska i Polacy w drugiej wojnie światowej, Poznań 1993, s. 683. Straty ludności mieszkającej na terenie Polski wyniosły według autora 6 milionów osób. Z czego 2,9 miliona to właśnie ludność żydowska zamordowana w trakcie Shoah.
No cóż,. liczby można naginać, ale tak jakby wynikało z tego, że zginęło w trakcie wojny i okupacji tyleż samo Polaków (w tym i innych mniejszości) co Żydów zamieszkałych w Polsce. Liczba mieszkańców Polski dorównała stanowi z 1939 roku dopiero w 1978 roku. Tyle badania demograficzne.
A ja sam pamiętam jak dziadek nie chciał wspominać obozu i wstydził się do końca życia przed wnukiem wytatuowanego numeru, pamiętam jak drugi dziadek wspominał, że jego brat ukrywał żydowskie dziecko u siebie i trochę u nich w domu i traktował jak swoje - moja ciocia wyjechała z Polski w latach 80-tych.. I wiele jeszcze takich wspomnień słyszało się od ich znajomych. Oczywiście były też takie, których się wstydzili - jak rabowanie tego co zostało z getta lubelskiego, poszukiwania ukrytych  przez Żydów "skarbów" i takie z których byli dumni  - egzekucje na kolaborantach, szmalcownikach i innych śmieciach. Wojna wyciąga z ludzi zarówno najlepsze jak i najgorsze cechy. Ostatecznie instynkt przetrwania w homo sapiens jest bardzo silny. Nie mogę więc wybaczyć księdzu Waszkinelowi - uratowanemu od zagłady przez polską rodzinę tego, że mówi - "była polska rodzina, która miała również odwagę przeciwstawić się polskiemu społeczeństwu." Każdemu przykładowi zezwierzęcenia można przedstawić przykład humanitaryzmu z tych samych czasów. Społeczeństwo walczyło o przetrwanie i pomagało przetrwać innym. Jednostki ludzkie równoważyły, jeśli nie przeważały, jednostki nieludzkie. Niestety mieliśmy potem ustrój dość odmienny od normalności i wiele lat wszystkie te zbrodnie, zamiast zostać rozliczone, zostały pokryte zmową milczenia - w komunizmie nie było odcieni szarości: Niemiec - zły, Polak i Ruski  - dobry. Więc oczywiste, że teraz odkrywając takie zdarzenia jak Jedwabne, przeżywamy szok. Nasz poukładany obraz tego co było dobre a co złe, zostaje zburzony. I niektórzy zaczynają iść w stronę samoubiczowania popadając w paranoję, którą karmią się zachodnie media. Sami poprzez nasze narodowe niedowartościowanie tworzymy mit Polski jako kraju antysemitów i kolaborantów. A już promowanie takich postaw przez POLSKIE MSZ jest po prostu czystej wody kretynizmem. Szczególnie, że jak tylko ktoś użyje potem słów "polskie obozy koncentracyjne" to podnosi się krzyk i biadolenie. Zamiast więc promować takie postawy, MSZ powinno chyba zająć się promocją naszej historii i kultury  - nie taką jaką chcą nas widzieć zachodni politycy a takiej jaka jest naprawdę. Bez martyrologii i wiecznego "Chrystusa Narodów", ale i bez służalczości i naginania naszych dziejów do pasującej właśnie opcji. Zawsze byliśmy i jesteśmy dumnym Narodem i na całe szczęście więcej w nas z reguły było bohaterów niż świń, chociaż te ostatnie się zdarzały, zdarzają i będą zdarzały - jak wszędzie. I jako obywatel tego właśnie kraju żądam od naszego Ministerstwa i Rządu promowania prawdziwej i zgodnej z faktami historii naszego Państwa. Nie ma się czego wstydzić.


piątek, 3 sierpnia 2012

Uwolnić zawody i psychopatów, czyli wiadomości

Uwielbiam czytać wiadomości. Niekoniecznie oglądać, bo niektórzy prezenterzy doprowadzają mnie do rozpaczy i rwania włosów, albo nie dotrzymują słowa (vide Jarosław Kuźniar TVN) i kłamią (vide DTV za czasów  PRL a pewnie i nie tylko). No to sobie dziś przy obiedzie otworzyłem portal i czytam. Jarosław Gowin, mój ulubieniec, znowu chce uwalniać zawody. Miałem się zabrać do lektury, bo żywotnie mnie interesuje zostanie adwokatem lub radcą prawnym, a bez kompletnego uwolnienia tego zawodu nie miałbym najmniejszej szansy, kiedy mój wzrok, kaprawy od gęstego i cholernie pikantnego sosu do chińszczyzny, padł na sąsiedni news pod tytułem "Powrót morderców" - zaintrygowany kliknąłem na linka i przeczytałem, że na skutek amnestii, zniesienia kary śmierci i takich tam innych humanitarnych zabiegów w ciągu kilku następnych lat wyjdzie na wolność około setki ukaranych za seryjne gwałty i morderstwa psychopatów. No to wszystko jasne. Po niezbyt sensownych i udanych próbach uwolnienia zawodów niewolnych, minister Gowin w końcu dopiął swego i uwolnił zawody mordercy, gwałciciela, psychopaty i seryjnego mordercy. Sukces to tyleż spektakularny co i miły społeczeństwu. Przecież jak to przemiłe i gruntownie zresocjalizowane w naszych zakładach karnych towarzystwo wylezie na wolność, obywatele od razu zaczną płacić wyższe podatki z których można będzie sfinansować dodatkowe etaty w Policji, byle broniła nas przed zakusami tychże zwyrodnialców. Dojdzie do tego, że każdy obywatel weźmie na wikt i opierunek jednego stróża prawa i zapewni mu zakwaterowanie w swoim własnym domu a wieczorem będzie on odprowadzał córki lub żony i pilnował nieletnich na placu zabaw.W tym wydaniu i wilk będzie syty i owca cała a ofiarami morderców i pedofili będą jedynie rumuńskie żebraczki i ich dzieci, których i tak nie ma kto bronić. Brawo! W każdym razie ja mam zamiar wystąpić o pozwolenie na posiadanie broni palnej, najlepiej AK-47 lub jakiegoś poręczniejszego karabinu maszynowego, którym będę mógł naszpikować ołowiem każdego psychola jaki zbliży się do mnie czy mojego stada na odległość mniejszą niż zasięg rażenia owej maszynerii. Najlepiej, żeby mnie się taki karabin w teczkę mieścił służbową.
No cóż a teraz trochę bardziej serio. Nie jestem zwolennikiem kary śmierci - to jest mimo wszystko zbyt radykalna kara i zbyt bezbolesna dla psychopaty, który nie potrafi odczuwać tak jak normalny człowiek. Ale jestem za tym, żeby takie jednostki izolować od społeczeństwa dożywotnio, do samej ich śmierci. Według kryminologów recydywa w przypadku psychopatów i seryjnych morderców czy gwałcicieli jest tak wysoka, że wypuszczanie na wolność któregokolwiek to po prostu loteria w której stawką jest niestety ludzkie życie. W dodatku przy powrocie do przestępstwa, jak się to łagodnie nazywa, bardzo często następuje eskalacja zachowań i przestępstwa stają się znacznie brutalniejsze i drastyczne. Cała rzecz w tym że psychopata nie potrafi współczuć, ani żałować - jest jednostką pozbawioną empatii wobec swoich ofiar i nastawioną czasami jedynie na zaspokajanie swoich, zwyrodniałych według nas a naturalnych dla niego, potrzeb. Tak więc nie mamy co liczyć na to, że zostali oni "nawróceni", "zresocjalizowani" i "poprawieni" w naszych zakładach karnych, gdzie resocjalizacja w większości wypadków jest tak samo skuteczna jak kadzidło w wypadku śmierci pacjenta. Nie wiem czy nasi prawodawcy zdają sobie sprawę że ci ludzie, czy też może te osobniki, bo trudno mówić tu o ludziach, nie siedzieli za kradzież pietruszki, pobicie szwagra na weselu czy nawet niezapłacenie alimentów. To są urodzeni mordercy, maszyny do zabijania i do w dodatku bardzo często bardzo dobrze potrafiący ukrywać swoją prawdziwą twarz. Są inteligentni i niebezpieczni. I nic na to nie poradzą. - tacy już się urodzili. A wymiar sprawiedliwości w ramach ochrony obywateli naszego państwa, powinien zapewnić im dożywotnią izolację od reszty, niech tam.. nawet na koszt chronionych. Paranoja polega na tym że gdyby ci osobnicy znieważyli polityków a nie daj Panie PREMIERA lub PREZYDENTA lub co najgorszą ohydą nie zapłacili podatku VAT na czas, nasze opiekuńcze państwo ścigałoby ich do końca życia, zrujnowało i posadziło na lata za kratki. Ale oni przecież tylko zabijali, gwałcili i torturowali, a to przecież rodzi tak potrzebny ruch w interesie Policji, która ma co robić, Prokuratury i Sądów, zapewnia zatrudnienie i dochody tylu osobom, że w czasach ogólnego kryzysu może i dobrze że wychodzą. Znowu coś się ruszy!
A szlag tam by trafił taką politykę przeciwdziałania bezrobociu.  W końcu wezmę sobie do serca słowa komendanta Policji w Sopocie - o pardon! byłego komendanta - "A co to nie macie kominiarek i pał ? Sami zróbcie porządek!" Toż to manifest godny pochwały! No więc może rodzi się we mnie taki Dexter Morgan? W sumie też czasami zdaje mi się, że gdzieś we mnie też jest psychopata. Szczególnie po lekturze najświeższych wiadomości.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Lekki kac

Bardzo lubię tą piosenkę. I niech tam.. jestem sentymentalny...albo głupi. I niewiele mnie to obchodzi. Przynajmniej nie dziś w nocy. Miłego słuchania.


środa, 1 sierpnia 2012

Szewc z Lichtenrade, czyli podróż pomiędzy wymiarami.

Nie wytrzymałem. Po wypłacie poleciałem do księgarni i kupiłem nową antologię opowiadań Andrzeja Pilipiuka Szewc z Lichtenrade. A potem z braku czasu ponad dwa dni ostrzyłem sobie kły przed rozpoczęciem lektury, pamiętny czasów, kiedy połknąłem w jedną noc Homo Bimbrownikusa i zaczytałem w mgnieniu oka Rzeźnika Drzew.  W końcu udało mi się ukryć przed wszystkimi, wyłączyć telefon i zapiąć pas w wehikule, jaki zwykle pan Andrzej przygotowuje dla swoich czytelników, zabierając ich w podróż w niemożliwe. Fantasy i fantazja na całego.

Przyznaję, że pierwsze opowiadanie rozbawiło mnie do łez. Sam pomysł świata w którym nieco role w historii się odwracają i mamy imperium pansłowiańskie (choć nie tylko), zamiast germańskiej Rzeszy, może i nowy nie jest, ale wykonanie godne poprzednich dzieł autora. Samo wyobrażenie Adolfa Schickelgrubera, na zasiłku dla kombatantów, ubranego w berecik malarski i wygłaszającego peany na temat słowiańskiej sztuki powala. Reszta zaś, łącznie z zacnym doktorem Mengele jako dilerem dragów w zaułkach zdominowanego przez żydowską mafię i ogólnie untermensch'ów Berlina, sprawia że mimowolnie sarmackiego wąsa się podkręca - nawet jeśli się go akurat nie posiada.
Pozostałe opowiadania utrzymują poziom. Ze szczególnym według mnie wskazaniem na Sekret Wyspy Niedźwiedziej. Czasem wywołują zdumienie, czasem rozbawienie a czasem odrobinę dreszczyku, tak charakterystycznego dla dobrych opowieści grozy. Mnóstwo barwnych postaci, nie tracących pomimo niecodziennych wydarzeń w jakich przychodzi im się znajdować, nic ze swego realizmu (lub jeśli autorowi akurat tak się zamaiło  - karykaturalnego przerysowania cech charakteru) , zaskakujące zakończenia i zwroty akcji, które utrzymują czytelnika w napięciu do końca opowiadania.
U Pilipuka nadal i niezmiennie fascynuje mnie wiedza  - przede wszystkim historyczna, ale nie tylko , która jest doskonałym uzupełnieniem jego fantazji i wyobraźni, tworząc mieszankę wybuchową, sprawiającą że wraca się do jego opowiadań z przyjemnością. Nie tylko tych nowych.
Odrobinę, jako zagorzałemu zwolennikowi Jakuba Wędrowycza, brakowało mi, w tym zestawie postaci zupełnie nowych i znanych już z poprzednich opowiadań, tego starego dziada, ale przecież nie tylko bimbrem i wampirami człowiek żyje a i autorowi nudno byłoby ograniczać się wyłącznie do pisania przygód tego degenerata. Co nie przeszkadza mi czekać niecierpliwie na kolejne. Ogólnie mogę z czystym sercem polecić lekturę tego tomiku. Jest to podróż poprzez niecodzienne światy, której nasza wyobraźnia czasami potrzebuje choćby po to żeby oderwać się od rzeczywistości. 

Nocne przemyślenia o dzieciach, budownictwie i Egipcie

Zdajemy się sobie lepsi od naszych rodziców i przodków, a jesteśmy jedynie karłami, które wspięły się na barki olbrzymów i teraz myślą. że są od nich większe. Czy rzeczywiście jako rasa dziczejemy? Stajemy się jedynie powielaczami tego co już było i nie potrafimy samodzielnie tworzyć niczego? Nie wiem. Słuchając muzyki moich pociech dochodzę czasem do takiego wniosku. Tak popularne obecnie remiksy, to po prostu beat nałożony na melodię z lat osiemdziesiątych czy sześćdziesiątych i jakieś dodatkowe wstawki mruczane w slangu, którego poza afroamerykaninem, nikt nie jest w stanie zrozumieć. Przyznaję, że czasem brzmi to nieźle, chociaż nie jestem fascynatem tego typu muzyki.
No ale nie od dziś tak było, że dzieci korzystając z osiągnięć rodziców, czy dziadków wybijały się i zyskiwały poklask i sławę. Przy okazji opowiadań znajomych o tym jak tam było w Egipcie, słuchałem peanów na temat tego, jakie wrażenie robi piramida Cheopsa czy Sfinks i zapytałem czy byli też w Dahshur, żeby zobaczyć pierwszą piramidę jaką zbudowano w Egipcie. A to ta w Gizie nie była pierwsza? - pechowo zapytał kolega. Pechowo, bo akurat wsiadł na mojego małego konika a ja zacząłem na nim z przejęciem galopować, aż mi się przypomniało, że to akurat nie o moich wakacjach rozmawiamy. Mając więc odrobinę taktu (chociaż pewnie niektórzy stwierdzą, że akurat w tym nie jestem najmocniejszy), wlepiłem oczy w kubek z kawą i zająłem się swoimi myślami.


A myślałem o tym biedaku, z odrobiną manii wielkości, Sneferu. Z tą odrobiną, to może nieco eufemizuję. Facet miał ego jak stąd do Kairu. Zamarzyło mu się mieć najfajniejszy nagrobek na świecie, a tak się składało, że miał na to, prócz ochoty zarówno środki jak i okazję. Ostatecznie był założycielem czwartej dynastii faraonów Egiptu. On, czyli Pan Mądrości (o ile dobrze pamiętam tłumaczenie słowa maat) Horusa, Złoty Sokół Horusa, Ten Który Czyni Doskonałym, jak w wolnym dość tłumaczeniu brzmiały niektóre z jego imion, w skrócie Sneferu czy też Snefru, wybudował sobie grobowiec piramidę w Dashur, ale zanim zbudowano mu ten doskonale kształtny pomniczek, jak wyczytałem w tym artykule http://news.discovery.com/history/pharaoh-sneferu-120724.html , z uporem maniaka ćwiczył sobie na swoim własnym piramidowym poletku doświadczalnym o powierzchni około bagatela 420 hektarów, nie wspominając o projektach, które porzucił  jako poronione pomysły, nie spełniające królewskich norm, jak piramida w Meidum, czy znajdująca się także w Dahshur Łamana Piramida, która za czasów świetności musiała błyszczeć z daleka białym kamieniem licowym, ku chwale budowniczego, bo zwano ją "Tą która błyszczy na południu". Nie była jednak dość dobra. Dopiero Czerwona Piramida spełniła jego wymagania i łaskawie dał się niej pochować. Właściwie we wszystkim przewyższał zapał budowlany swoich następców - zarówno w pomysłowości, uporze, jak i ilości - wszystkie jego piramidy (w sumie cztery sztuki) ważą około 9 milionów ton, co było nie było, przewyższa osiągnięcia jego synka Chu-fu czyli naszego poczciwego Cheopsa (taka ksywka grecka) No, ale kto tam by po 4,5 tysiąca lat pamiętał. Wiemy, że jak piramidy to Cheops i tyle. Sic transit gloria mundi! Niech więc tam sobie spoczywa biedaczyna w spokoju, w jakichkolwiek tam chciał zaświatach. A mi czas wrócić do naszej rzeczywistości z nadzieją, że moje potomstwo prześcignie znacznie moje osiągnięcia i popijając sobie piwko z Abrahamem, będę mógł dumnie się tym chwalić. A niech tam! Jestem mniej wymagający od Sneferu. No i właśnie znowu zagalopowałem się nieco z moim konikiem. A miałem pracować nad poważnymi rzeczami. :)