Rzadko chodzę na wystawy sztuki. Zawsze kojarzą mi się z brodatymi facetami w okularach i wąskich kolorowych jeansach, czarnych golfach lub wypchanych na łokciach swetrach, stającymi przez wiszącym na ścianie obrazem i śmiesznie kiwającymi się na boki, żeby obejrzeć namalowane detale pod każdym możliwym kątem, a potem między sobą wymieniać uwagi na temat kreski lub pociągnięć pędzla artysty, w tym to a tym okresie jego twórczości. i spierających się na czysto akademickie tematy, w rodzaju - co artysta miał na myśli malując ten detal w takim kolorze.
O polityce, korporacjach, życiu i nie tylko, widzianych moimi oczami. Czyli i o gruszce i o pietruszce.
poniedziałek, 29 lutego 2016
niedziela, 7 lutego 2016
W naszym własnym sosie czyli Przyjdzie Mordor i nas zje.
Lubię teatr. W teatrze inaczej niż w kinie wszystko jest realne. Począwszy od przesadzonego makijażu po dym z papierosa. Teatr jest życiem. Tylko odrobinę na opak, odrobinę szyderczo i odrobinę w krzywym zwierciadle. Tak było i tym razem.
Przygody Polaków za wschodnią granicą. Tam gdzie kiedyś nie była zagranica i tam gdzie krajobrazy znane tylko z Sienkiewiczowskich powieści i sonetów Mickiewicza. I obraz nas samych. Z narodowym kompleksem niższości wobec Zachodu, mesjanizmem i Bóg raczy wiedzieć jakimi jeszcze izmami. Tak. Scenariusz był prawdziwy. Tacy po trosze jesteśmy, małostkowi, histerycznie historyczni z poczuciem wyższości nad "niższymi" cywilizacyjnie. Patrząc na ten karykaturalny obraz Polaka za granicą, patrzącego z góry na tubylców, wschodnich barbarzyńców, którzy przecież niedawno dopiero znaleźli się w kręgu "cywilizacji", pomyślałem nie tylko o tym.
Nie jesteśmy tacy tylko za granicą. Nasze niskie poczucie wartości i zakompleksienie leczymy nie tylko na Ukraińcach, Arabach, Murzynach (wiem.. określenie politycznie niepoprawne) i Allah tam wie kim jeszcze. My codziennie sami podnosimy sobie nastrój gnojąc i poniżając każdego, kogo możemy. Faceta, który zajedzie nam drogę, bo nietutejszy- zależnie o rejestracji: pie...olony warszawiak! lub wieśniak pie...ony!, Sąsiada którego dzieciaki wyją od rana jak schodzą po schodach - co za chamy no!, kelnera w restauracji, kierowcę autobusu, współpasażerów, przechodnia na ulicy, kasjerkę w markecie, taksiarza i wszystkich innych. Jeśli tylko ktoś jest niżej od nas należy dać mu odczuć naszą wyższość. Jesteśmy przecież panami jego życia i śmierci, Za 5 czy 10 złotych, które raczymy mu łaskawie rzucić, stajemy się właścicielami tego podczłowieka - płacimy więc wymagamy! Wymagamy nie tylko normalnej obsługi i ale też bezgranicznego uwielbienia dla nas samych. Półbogów i herosów, którzy zapewniają temu robactwu pacę i wyżywienie. To my dajemy tym darmozjadom i nieudacznikom życiowym wikt i my utrzymujemy ich dzieci, z których to przecież również nic dobrego nie wyrośnie.
Ktoś powie że to przesada? Może i tak. Ale przypomnijcie sobie ile razy zdarzyło się wam wyżyć na kimś takim? W sklepie czy na ulicy. Na kimś, kto nie może wam odpyskować, nie może się na was skrzywić, nie może dać wam w ryj za ten stek bzdur jaki wygadujecie pewni swojej wyższości i racji. Nie mogą tego zrobić, bo mają do zapłacenia rachunki, bo mają dzieciaki, które trzeba nakarmić, bo studiują i nie mają bogatych rodziców. Więc łykają wasze "uzasadnione" pretensje i uśmiechają się z zażenowaniem.
I oczywiście ten medal ma dwie strony. Gdzieś kiedyś znajdzie się ktoś, kto w porządku dziobania będzie akurat stał wyżej od nas. Będzie Kimś Większym i Wyższym od nas, a my będziemy w jego obecności musieli przybrać wyraz twarzy lichy i durnowaty.
Tylko po co. Czy nie łatwiej byłoby po prostu być człowiekiem? I zobaczyć w innym przedstawiciela tego samego gatunku? To proste. Wystarczy odrobina empatii i odrobina pokory. Dzień staje się wtedy lepszy.
Przygody Polaków za wschodnią granicą. Tam gdzie kiedyś nie była zagranica i tam gdzie krajobrazy znane tylko z Sienkiewiczowskich powieści i sonetów Mickiewicza. I obraz nas samych. Z narodowym kompleksem niższości wobec Zachodu, mesjanizmem i Bóg raczy wiedzieć jakimi jeszcze izmami. Tak. Scenariusz był prawdziwy. Tacy po trosze jesteśmy, małostkowi, histerycznie historyczni z poczuciem wyższości nad "niższymi" cywilizacyjnie. Patrząc na ten karykaturalny obraz Polaka za granicą, patrzącego z góry na tubylców, wschodnich barbarzyńców, którzy przecież niedawno dopiero znaleźli się w kręgu "cywilizacji", pomyślałem nie tylko o tym.
Nie jesteśmy tacy tylko za granicą. Nasze niskie poczucie wartości i zakompleksienie leczymy nie tylko na Ukraińcach, Arabach, Murzynach (wiem.. określenie politycznie niepoprawne) i Allah tam wie kim jeszcze. My codziennie sami podnosimy sobie nastrój gnojąc i poniżając każdego, kogo możemy. Faceta, który zajedzie nam drogę, bo nietutejszy- zależnie o rejestracji: pie...olony warszawiak! lub wieśniak pie...ony!, Sąsiada którego dzieciaki wyją od rana jak schodzą po schodach - co za chamy no!, kelnera w restauracji, kierowcę autobusu, współpasażerów, przechodnia na ulicy, kasjerkę w markecie, taksiarza i wszystkich innych. Jeśli tylko ktoś jest niżej od nas należy dać mu odczuć naszą wyższość. Jesteśmy przecież panami jego życia i śmierci, Za 5 czy 10 złotych, które raczymy mu łaskawie rzucić, stajemy się właścicielami tego podczłowieka - płacimy więc wymagamy! Wymagamy nie tylko normalnej obsługi i ale też bezgranicznego uwielbienia dla nas samych. Półbogów i herosów, którzy zapewniają temu robactwu pacę i wyżywienie. To my dajemy tym darmozjadom i nieudacznikom życiowym wikt i my utrzymujemy ich dzieci, z których to przecież również nic dobrego nie wyrośnie.
Ktoś powie że to przesada? Może i tak. Ale przypomnijcie sobie ile razy zdarzyło się wam wyżyć na kimś takim? W sklepie czy na ulicy. Na kimś, kto nie może wam odpyskować, nie może się na was skrzywić, nie może dać wam w ryj za ten stek bzdur jaki wygadujecie pewni swojej wyższości i racji. Nie mogą tego zrobić, bo mają do zapłacenia rachunki, bo mają dzieciaki, które trzeba nakarmić, bo studiują i nie mają bogatych rodziców. Więc łykają wasze "uzasadnione" pretensje i uśmiechają się z zażenowaniem.
I oczywiście ten medal ma dwie strony. Gdzieś kiedyś znajdzie się ktoś, kto w porządku dziobania będzie akurat stał wyżej od nas. Będzie Kimś Większym i Wyższym od nas, a my będziemy w jego obecności musieli przybrać wyraz twarzy lichy i durnowaty.
Tylko po co. Czy nie łatwiej byłoby po prostu być człowiekiem? I zobaczyć w innym przedstawiciela tego samego gatunku? To proste. Wystarczy odrobina empatii i odrobina pokory. Dzień staje się wtedy lepszy.
piątek, 18 września 2015
Nie miała baba kłopotu czyli bokser w domu
No i stało się. Po latach próśb, błagań i robienia maślanych oczu, uznaliśmy że nasze latorośle są dość duże, żeby stać się opiekunkami dla psa. Jak się okazuje "manie" psa nie jest wcale takie oczywiste i proste. Jest to ogólnie rzecz biorąc dość ciekawy i skomplikowany proces w którym pies powoli wrasta w codzienną rutynę, a czasem zdarza się wywraca porządek rzeczy do góry nogami.
Wybór rasy był ciężki - oczywiście marzył mi się Jack Russel Terrier (nie bo one skaczą i biegają) albo buldog angielski (nie, bo się ślini!), albo coś w tym stylu (nie. bo to ty wymyśliłeś!) - od razu zrezygnowaliśmy z pudelka, pekińczyka, yorka, ratlerka i innych ras kieszonkowych. Padło więc większością głosów na boksera.
Tak więc, dzięki pomocy znajomego, którego brak jest weterynarzem, zamieszkał z nami bokserek o wdzięcznym imieniu Bucky (nie, nie będzie się nazywał Frodo ani Bilbo ani Nazgul, skąd ty bierzesz takie durnowate pomysły na imię dla psa)
Zanim zamieszkał usunąłem z pokoi wszystko co mogłoby zostać zasikane, poszarpane, pogryzione i ogólnie zdemolowane przez malucha. Skutkiem tej demolki było zniknięcie dywanów, książek z dolnych półek, frędzli, wiszących obrusików oraz butów z ... - no gdziekolwiek one tam były - a były prawie wszędzie!
W pierwszych dniach popełniliśmy chyba wszystko możliwe błędy wychowawcze. I tak udało się go nauczyć przyłażenia w nocy do łóżka dowolnie wybranego członka rodziny i piszczenia, dopóki nie da mu się ręki do której może się przytulić. Na szczęście teraz ceni sobie swoją prywatność i śpi na swoim własnym legowisku. Nadal tylko przychodzi czasem w nocy polizać mnie w nos lub co tam akurat dostanie i po kilku minutach głaskania idzie grzecznie na miejsce chrapać dalej. Chwilowo zrezygnował też z prób włażenia do łóżka i skakania na fotele. Prawie udało się oduczyć go gryzienia rąk ludzi jako zabawy, pomimo wysiłków torpedowania tej nauki ze strony wszystkich jak leci. (Oj, jak fajnie mnie gryzie! Patrz! - Proszę nie dawać mu rąk do gryzienia! - Ale i tak go pan nie oduczysz! To szczeniak więc będzie gryzł). Na spacerach z takim stworzeniem, można się też doskonale socjalizować: Oj, jaki śliczny piesek! Taki słodki! - piszczą mamusie i ich pociechy. A bydlaczek robi słodkie oczka i gapi się na mnie jakby mówił - No i widzisz? Jestem teraz celebrytą i jako taki nie muszę się ciebie słuchać! - No to jeszcze zobaczymy! Czytam fachową literaturę i coraz więcej wiem o wychowaniu takich zbójów! Niestety szczeniak chyba też czytał sporo bo chwilowo tresuje swoje nowe stado nad podziw sprawnie i efektywnie.
Ponieważ ogólnie jednak jest przylepa, podbił serca całej rodziny. Nawet moje wampirzyce wstają o 5:30 i idą na spacer z pieskiem. albo specjalnie czekają, żeby wyjść z nim wieczorem przed snem. Ciekawe co z niego wyrośnie i na jak długo wystarczy zapału moim córkom.
niedziela, 9 sierpnia 2015
XXXI Balonowe Mistrzostwa Polski. Nałęczów 2015
Zawsze miałem ochotę polecieć balonem. Tak majestatycznie i niespiesznie żeglować sobie ponad ziemią. To musi być wspaniałe uczucie. I patrząc na balony unoszące się w powietrzu ta tęsknota powróciła.
środa, 22 lipca 2015
Śladami Singera 2015.
Dziś mało kto wie już jak było. A przecież małe żydowskie sztetl, były częścią krajobrazu naszej ziemi tak samo jak drewniane chaty naszych dziadków. Potem przyszły nowe filozofie, wojny, Holokaust, spory o to kto był katem a kto ofiarą, lata pisania historii przez ludzi najmniej do tego uprawnionych. Może więc i dobrze, że są takie inicjatywy. Przypominające odrobinę tamten świat, zapomniany i ożywający tylko w kamieniach rynków małych miasteczek, które jeszcze pamiętają.
I dobrze, że mogłem to zobaczyć. A nawet być odrobinę uczestnikiem tej magii Sztukmistrza z Lublina, który sam opowiadał o wszystkim. był wszędzie i mamił nas swoimi sztuczkami. I celem jego opowieści była sama opowieść.
Kiedy siadam do pisania, nie mam innego celu poza samą opowieścią. Opowiadanie jest celem. (I.B. Singer)
I dobrze, że mogłem to zobaczyć. A nawet być odrobinę uczestnikiem tej magii Sztukmistrza z Lublina, który sam opowiadał o wszystkim. był wszędzie i mamił nas swoimi sztuczkami. I celem jego opowieści była sama opowieść.
Kiedy siadam do pisania, nie mam innego celu poza samą opowieścią. Opowiadanie jest celem. (I.B. Singer)
Roztocze - powrót do przeszłości
Moje pierwsze wyjazdy wakacyjne to było Roztocze, okolice Krasnobrodu, Zwierzyńca. Nocowanie w chatach dobrych ludzi, stogach siana, stodołach i na polach namiotowych. W tym roku znowu odwiedziłem te miejsca. Było inaczej, chociaż czasem nie mniej magicznie. I przez kilka dni niczego nie musiałem i to było najpiękniejsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




