piątek, 13 stycznia 2012

Dzisiaj jakoś niewiele mam do opowiadania o poranku. 
Myśli splątane bezsenną nocą spędzoną razem z Yeats'em i niepokojem, który czasem po prostu przychodzi i nie da się nic na to poradzić. I kiedy prawie czułem się jak Poe rozmawiający z Krukiem ("Prophet still, if bird or devil!") gdzieś w mojej pamięci znalazłem te słowa, które teraz napiszę z dedykacją dla Kogoś, kto zawsze był i będzie dla mnie Ważny, chociaż nierozważnie postępuję i nierozważnie wypowiadam słowa. 


Had I the heavens’ embroidered cloths,
Enwrought with golden and silver light,
The blue and the dim and the dark cloths
Of night and light and the half-light,
I would spread the cloths under your feet:
But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly, because you tread on my dreams.


Zawsze, kiedy czytam ten wiersz znajduję w nim prawdziwe wyznanie. Jest po prostu przepiękny. 

czwartek, 12 stycznia 2012

Lean reality

    Ktoś, kto pracuje lub pracował w wielkiej korporacji zna pewnie termin "lean" i całą idącą za tym filozofię. Pokrótce znaczy to w wolnym tłumaczeniu - szukamy dziury nawet w całym i staramy się ją łatać mimo, że niekoniecznie potrzeba - za to projekt zakończy się jak zwykle sukcesem i wszyscy dostaniemy wielkie premie.  Żeby było zabawniej proces, który stworzono po to, żeby usprawniać linie produkcyjne wielkiej fabryki samochodów obecnie wdraża się i uskutecznia wszędzie gdzie się da. Czy więc jest to firma reklamowa czy też bank lub sklepy z odzieżą, wszędzie podchodzi się do tego w ten sam sposób. Co w dodatku charakterystyczne dla naszych managerów kompletnie bezkrytycznie - bo to przecież japoński wymysł a nic co zagraniczne (a szczególnie tak daleko zagraniczne), nie może być złe.

    Owszem usprawnienia są fajne i potrzebne, ale jeśli ich ceną jest dodatkowy nakład pracy całych zespołów oraz oderwanie ich od obowiązków, które muszą wykonywać tylko dlatego żeby mogli "leanować" w spolszczeniu "linieć", wydaje się czystym szaleństwem. A jak efektownie za to brzmią japońskie wyrażenia przeniesione żywcem do polszczyzny korporacyjnej, lub tego dość zabawnego "języka korporacyjnego", którym posługujemy się na codzień. Oprócz więc "koli", "forekastów", "misów" (nic wspólnego z niedźwiadkami), "baketów" i "ekarów" mamy wyrażenia tak barwne jak kaizen i za przeproszeniem gemba (nie nie gombrowiczowska gęba a gemba taka japońska). Ale skąd dzisiaj takie przemyślenia. Ano właśnie stąd że przybywa do nas sam PREZES! Z wysokości swojego biura, niedostępnego pospolitemu asystentowi, zstępuje pomiędzy lud ubogi i zaszczyca nas łaskawie obecnością swoją. Będzie gemba łoking i łorkszop nie mówiąc o "rod szoł spicz" czyli ubaw po pachy.
   Polska mentalność jest jednak dziwna - z jednej strony duma narodowa i ułańska fantazja a z drugiej momentami kompletne, bezgraniczne "włazidupstwo" i kompleks niższości. 
    Jak niewiele zmieniło się od czasów kiedy towarzysz Edward przejeżdżał przez nasze miasto swoją śliczną czarną limuzyną, a już dzień wcześniej trawę malowali nasi ojcowie na zielono farbą olejną. Oj niewiele, naprawdę niewiele, tylko teraz Nawiedzający pachnie Diorem, nosi garnitur Armaniego i buty od Gucciego a na nadgarstku zamiast złotej Pabiedy niewielki i wysmakowany Patek Phillipe kosztujący jakieś 10 razy więcej niż mój samochód. C'est la vie. 
A zresztą, może i trochę zawiść przeze mnie przemawia.. zawsze chciałem taki zegarek :) 

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Tak dla relaksu...

A ja się już tak bardzo cieszyłem że nam most odremontowali ładnie i iluminowali a tu proszę...

http://www.lubelskiefakty.pl/lublin-na-wesolo/938-oprotestuja-remont-mostu

Psia dola

Właściwie można powiedzieć, że jakoś drugie święta się zrobiły w ubiegłym weekendzie. W sumie tak właśnie było, bo dla prawosławia właśnie teraz Boże Narodzenie było i mój kolega wyjechał sobie do teściów na drugie święta (tak czasami tu jest u nas) i wrócił nieco znowu przejedzony, ale za to wypoczęty. A ja pracowicie przez całe trzy dni (no dobra.. dwa) usuwałem ślady po choince i słodkie bożonarodzeniowe zbieracze kurzu stojące tu i ówdzie na półkach. Jakoś więcej miejsca się zrobiło od razu, kiedy choinka  -a raczej to co z niej zostało poleciała z balkonu na trawnik pod oknem.
Trawnik ... hmm... ok.. przyznaję, że uwielbiam czworonogi. Sam od dawna chcę mieć psa, najlepiej dużego i wrednego. Uwielbiam kotki, chociaż jako alergik najlepiej z daleka. W moim bloku prawie co drugie mieszkanie jest zamieszkane przez jakiegoś psa (nie mam tu na myśli akurat przedstawicieli żadnego zawodu) i ogólnie nie przeszkadza mi to wcale. Nawet śmieszne wydaje mi się kiedy jakaś dystyngowana paniusia jest wyprowadzana na spacer przez swojego, lub należącego do wnuczka pupilka i ciągnięta po wszystkich zakamarkach blokowiska na smyczy, przez wielkie bydle nad którym nie jest w stanie zapanować. To co prawda niebezpieczne dla kotów oraz dzieci, które akurat przyjdzie do głowy pieskowi obszczekać lub nawet delikatnie pogryźć ale co tam. Grunt że bydle się wybiega i w domu paniusia będzie miała spokój. Na równi z tymi scenkami, bawią mnie "drechy", czy też jak to może poprawniej politycznie zabrzmi "kibice sportowi", ze swoimi amstafami ( pitbulami ) na smyczach - no tylko wystarczy popatrzeć na tępe pyski - a psy wyglądają jeszcze gorzej. To chyba prawda, że po jakimś czasie zwierzę upodabnia się do właściciela, lub na odwrót  - właściciel do zwierzęcia - zależnie od tego, która strona dominuje intelektualnie.
Ale, do rzeczy! Nocą, żeby nikt nie widział (obsesja czy mania prześladowcza?) polazłem po kikut mojego chojaka, żeby go zebrać z trawnika i wyrzucić do zsypu jak należy i proszę proszę po przejściu 4 metrów (2 w jedną stronę) udało mi się wejść oboma butami w g...
Ja rozumiem potrzebę posiadania najlepszego przyjaciela (skoro żadnego wśród ludzi nie mamy lub mieć nie chcemy) psa, ale do cholery można chyba po nim sprzątać! Tymczasem cały trawnik usłany jest psimi odchodami, które nie śmierdzą bo zimno, ale też i rozkładają się wolniej niż w lecie a w dodatku bardziej są widoczne, kiedy nie ma trawy. A w tym roku śnieg litościwie nie skrywa tego zasranego trawnika przed oczami przechodniów, ani nie chroni butów przygodnych spacerowiczów przed uwalaniem po same sznurówki w ekskrementach. Oj, daleko nam do kultury zachodniej. No cóż.. za to jesteśmy przedmurzem chrześcijańskiej Europy. Poza tym jaki normalny człowiek łazi po trawniku! Okazałem wielki brak kultury osobistej i wychowania!
Z weselszych zdarzeń w piątek po raz pierwszy w naszym mieście szedł sobie pochód Trzech Króli, mimo deszczu zebrało się trochę ludzi i można powiedzieć, że poszło jakoś - pewnie pompa byłaby większa gdyby nie pogoda. Co mnie nawet cieszy. Oby się utrzymało  - bo i pouczające to i zabawne. Przyznam się jednak, że oglądałem widowisko tylko na kamerach internetowych. Dla mnie było zbyt mokro, no i moje pociechy się  zbuntowały, twierdząc, że wolą już w deszcz grać w Fifę na Playstation niż łazić z ojcem po Krakowskim. A więc -  wiwat ks. Ryszard Podpora i do bani z taką zimą!


czwartek, 5 stycznia 2012

Krolowie 3.4

Siedzę sobie i zastanawiam się, czy to czego się uczę ma jakiś sens. W sumie i tak nigdy programistą nie zostanę (słaba głowa z matmy, a i jak sądzą niektórzy z logiką u mnie marnie), ale sprawia mi to niesamowitą frajdę. Nie mówiąc o tym, że lenistwo wymaga ciężkiej pracy  - to co robiłem pół dnia obecnie zajmuje mi tylko sekundę  - kliknę sobie w przycisk i już, ale musiałem ze dwa dni się męczyć żeby to oprogramować. Ot i mechanizacja w rolnictwie. Z drugiej jednak strony, jesteśmy strasznie uzależnieni od naszych maszyn. Wczoraj padły serwery w centrali w Warszawie i nasi lamerscy administratorzy nie potrafili ich podnieść przez pół dnia a my wszyscy siedzieliśmy za biurkami nie mając nawet możliwości robienia niczego sensownego. A co będzie jeśli szlag trafi systemy ZUS, szpitali, urzędów, wojska itp. ? Mało kto zdaje sobie sprawę jak bardzo jesteśmy  bezradni bez elektroniki.
Właściwie to pamiętam jeszcze czasy kiedy wszystko było "analogowe" - telewizja, gazety, radio, stosunki międzyludzkie. Zabrzmię jak 80 latek ale wszystko było nieco prostsze i bardziej oczywiste w tamtych czasach. Obecnie mamy połączenie do tysięcy lub nawet milionów źródeł informacji, udostępniamy wiadomości o sobie w chmurze trylionów bajtów krążących pomiędzy komputerami na całym świecie, a koncerny internetowe skrzętnie zbierają informacje o nas i karmią nas tym co same uznają za nam potrzebne nawet bez naszej wiedzy. Paradoksalnie ułatwienie nam komunikacji wcale nie wpłynęło na jej jakość czy intensywność. Coraz bardziej jesteśmy wirtualni,  a coraz rzadziej realnie udaje nam się porozmawiać z kimkolwiek. Żeby poderwać dziewczynę, kiedyś trzeba było przynajmniej wyjść z domu - teraz logujesz się na czat i dostajesz po chwili rozmowy fotki a po godzinie możesz się umówić lub jakże wygodnie "zniknąć" w sieci. Zdaje się, że nieuchronnie zmierzamy do realizacji wizji autorów scenariusza "Surogatów" - w sumie niezbyt mądrej opowieści sci-fi, która pod otoczką sensacji i fantastyki, przemyca ponure ostrzeżenie, że w wirtualnym świecie, każdy może być każdym i powoli zatracać swoje człowieczeństwo i osobowość.
Oglądam to na przykładzie moich dzieciaków - spędzanie sylwestra z koleżankami mając wolną chatę polega na włączeniu facebooka i skype, żeby pogadać z tymi którzy siedzą w domu lub na sąsiedniej prywatce.
No ale co się dziwić, kiedy sam jestem uzależniony od mojego telefonu, który sprawdza moją pocztę, podaje mi wiadomości ze wszystkich portali, zapewnia mi dostęp do muzyki, filmów, książek (co za cudowna sprawa mieć przy sobie całą bibliotekę), informuje co robią moi znajomi a nawet sam wysyła zdjęcia jakie nim robię do sieci żeby wszyscy zobaczyli gdzie jestem i co robię. Permanentna inwigilacja! Ale tak wygodna. 

wtorek, 3 stycznia 2012

2012 - koniec świata!!

No to, na przekór futurologom i innym masochistom związanym z nurtem wieszczenia wszem i wobec co roku końca świata, mamy rok 2012. I jakoś przeżyliśmy. Z trudem co prawda  - biorąc pod uwagę ilość wypitego alkoholu i zjedzonych czy też może raczej pożartych potraw. Dowiedziałem się, że sylwestrowym rekordzistą w szpitalu Bożego Jana w Lublinie był gość z zawartością 6 promili we krwi, ale to jeszcze nic! Sam sądziłem, że upodliłem się okropnie, wypijając na dwóch połówkę whiskacza a do tego 0,7 litra nalewki pigwowej (swoją drogą boski to trunek!) a tu znajomy lekarz opowiadał, że przywieźli z balu na izbę przyjęć gościa (należącego zresztą do śmietanki towarzyskiej i establishmentu naszego ukochanego Bździszewa), który nie dość że był nawalony do nieprzytomności, to jeszcze jako wonny dodatek do swojej  nieskromnej i poważanej ogólnie osoby, w portkach od smokingu miał pospolitego "kleksa". Tak to widać że pomimo że nasza władza panuje miłościwie w naszym kraju, to nie do końca panuje nad własnymi zwieraczami. Ot paradoksik.
A z weselszych spraw. Fajnie wrócić do roboty po przerwie, wysłuchać opowieści kolegów i zobaczyć znajome, chociaż nieco bledsze lub zielone (zależy od ilości przyjętego wcześniej pokarmu i alkoholi) mordki.
A więc wszystkim to czytającym i niekoniecznie - Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!