niedziela, 11 marca 2012

Zalany robak, czyli powrót w lata 70-te


Wczoraj miałem małe rodzinne spotkanie. Spotkania rodzinne bywają bardzo różne, najczęściej po prostu są i nie należy ich komentować. Szczególnie jeśli ma się syndrom zatrucia alkoholowego po ogromnej ilości wódy jaką się wychlało w dniu poprzednim. I jak zawsze obiecuję sobie że już nie będę pił tego świństwa. Do następnego razu, kiedy będę chciał zalać robaka i pozbawić się na chwilę nieznośnego ciężaru egzystencji. Nieważne. "Miło było", jak powiedział kiedyś mój znajomy Japończyk, żegnając się ze mną wylewnie na lekko chwiejnych nogach po spożyciu dawki napojów wyskokowych, która nie zrobiłaby wrażenia na 5 latku.  Swoją drogą poprosiłem go potem żeby zdjął jednak ze swojej strony niektóre zdjęcia z mojego mieszkania pt. My friends in Poland, na których wyglądało, że się nad nim pastwimy. Nie uchodzi tak upowszechniać naszej kultury.
Żeby się nieco odprężyć - to znaczy przestać myśleć o tym, że w mojej głowie siedzi sobie wściekły krasnolud i nawala młotkiem, czy kilofem w resztki szarych komórek jakie jeszcze tam się obijają - słucham Nazareth. Chociaż niektórzy znajomi utrzymują, że brałem udział w bitwie pod Kadesz oraz w potopie szwedzkim (nie precyzując po której stronie), ta grupa jest nieco starsza ode mnie (co nie znaczy wcale, że przygrywała Noemu na arce).  Panowie już mocno nobliwi obecnie mają grać w kwietniu w Lublinie. Mam ochotę się wybrać na koncert, chociaż znając mnie nie będę miał czasu. Co prawda większość pamięta pewnie tylko "Dream on" czy "Love hurts", to jednak miło byłoby zobaczyć tych dinozaurów rocka na scenie. Od lat 70-tych trochę minęło to więc mam nadzieję, że przybędą bez respiratorów i na własnych nogach. 
A to taka próbka tego co jeszcze kiedyś grali :) dla tych którzy lat 70-tych nie mogą pamiętać lub pamiętają je tylko jak przez mgłę - z jakiegokolwiek powodu.






piątek, 9 marca 2012

Wspomnienia na temat fotki

Zmieniłem fotkę. Na taką bardziej letnią. Rzeczywiście robi się cieplej, a ta fotka robiona przez Grześka na środku autostrady przypomina mi przygodę związaną z samochodami, czyli coś związanego z kolei z poprzednim postem. Czasem takie odległe skojarzenia są dość zaskakujące.
Otóż wyjeżdżając z Zagrzebia  po kilku ciężkich dniach, nasz kolega zapomniał zatankować samochodzik. Paliwo skończyło się po jakichś 10 kilometrach autostrady i stanęliśmy na rozjeździe, nie mając pojęcia gdzie jesteśmy. W dodatku komórki zaczęły padać jedna po drugiej, bo oczywiście podładować też nie mieliśmy głowy ani czasu, a mieliśmy być na lotnisku w Ljubljanie za jakieś trzy czy cztery godziny. Zdani na własną pomysłowość udaliśmy się więc na poszukiwanie paliwa na piechotę, rozpytując po drodze we wszelkich znanych i nie znanych językach o stację benzynową. Cieć na pobliskiej budowie wybałuszył gały na mnie kiedy pokazywałem mu jak się kieruje samochodem i powiedziałem coś w rodzaju - "Auto, keine benzin, no fuel, benzyny brak baranie!" W końcu coś w rodzaju zrozumienia zaświtało w jego oczach i z rozbrajającym uśmiechem uraczył mnie dwuminutową tyradą machając rękami w różnych kierunkach co miało chyba pokazać mi jak dostać się do wodopoju dla smochodów. O dziwo zrozumiałem. Jednak język migowy jest uniwersalny!
Na szczęście stacja była tylko jakieś 3  - 4 kilometry dalej po drugiej stronie autostrady. Najśmieszniejsze, że nikt nie wiedział jakie właściwie paliwo mamy zatankować, ale po konsultacjach telefonicznych wybraliśmy benzynę i zadowoleni z siebie napełniliśmy kanister. Po tym spacerku stwierdziliśmy, że zamówimy taksówkę na stacji co też miły gość z obsługi zrobił bez oporów. Ponieważ miało to potrwać Piotrek jako bardziej niecierpliwy, pomaszerował z paliwem mówiąc, że tak będzie szybciej a ja czekałem paląc fajkę prawie przy dystrybutorze, co nikogo nie raziło - łącznie z obsługą stacji. Taki liberalizm i brak poszanowania przepisów ppoż.
W końcu pojawił się zamówiony taksówkarz - wcześniej olało mnie dwóch innych kręcących głowami i udających, że nie rozumieją ani słowa oraz krajan z Poznania - oby mu pyry nigdy nie stanęły w przełyku. Od razu pomyślałem o braciach po fachu, tego sałaciarza, mieszkających w moim rodzinnym Bździszewie, fundujących turystom dość kosztowne wycieczki krajobrazowe, albo o warszawskich cwaniaczkach, zawsze gotowych prowincjusza obwieźć po całej Warszawie, żeby sobie wsiok popatrzył na stolicę. Ten był nieodrodnym przedstawicielem gatunku, miało się wrażenie, że za chwilę zagada mową Mickiewicza i Słowackiego. No ale czemu narzekam ? Ano po pierwsze zabrał mnie ze stacji jak z łaski, burcząc coś pod nosem, że nie gada po angielsku. Na szczęście kiwnął głową i powiedział coś niezrozumiałego, kiedy odezwałem się po niemiecku pytając, czy ten język rozumie. Kłamał i to bezczelnie.
Zgarnęliśmy Piotrka wędrującego z kanistrem i usłyszałem oczywiście po chorwacku całą litanię, że na wożenie benzyny to on się nie zgadzał i pobrudzimy mu samochód. Perfidnie udałem, że nie rozumiem, chociaż nasze języki są dość podobne jeśli chodzi o zestaw obowiązkowy epitetów i wyrażeń wulgarnych (ku przestrodze innych turystów to piszę!) i uśmiechnąłem się mówiąc po niemiecku, żeby jechał dalej. Po mojej tyradzie w bardzo dźwięcznym i miłym uchu języku naszych zachodnich sąsiadów i czasem najeźdźców, na temat tego gdzie ma jechać i gdzie stoi nasz wrak, kiwnął głową i ruszył ... w przeciwnym kierunku. Oczywiście wymyślił sobie, że natnie głupich turystów, wożąc nas 20 km po autostradzie, chociaż mógł przejechać dwa kilometry estakadą ponad i stamtąd mieliśmy już tylko jakieś 20 metrów. Po chwili - upał i ogólnie zmęczenie wzmagają agresję - klęliśmy już malowniczo obaj - ja i taksiarz, on po chorwacku a ja po polsku i w jakim tam przyszło mi do głowy języku. W końcu jednak wygrałem spór po prostu wrzeszcząc głośniej i opornik zawrócił i zawiózł nas do naszego zjazdu, mamrocząc pod nosem po chorwacku jakieś teksty o nas, naszych rodzinach, mamusiach i pociotkach. W sumie chciałem go zadusić a przynajmniej kopnąć mu zderzak na pożegnanie, ale Piotrek dał mu jeszcze napiwek, więc machnąłem ręką i podreptaliśmy zadowoleni do samochodu, gdzie Grzesiek nudził się straszliwie pilnując dobytku. W sumie nawet zdążyliśmy na samolot, w biegu machając znajomemu, który akurat pił którąś tam z kolei kawę i czekał na nas. Za to mieliśmy z czego się pośmiać. No i to właśnie krótka historia tej fotki. 

czwartek, 8 marca 2012

Stłuczka

Jestem całkiem znośnym kierowcą kiedy nie myślę właśnie o niebieskich migdałach i nie wyłączam mózgu prowadząc mechanicznie. Nie uniknąłem jednak dzisiejszej stłuczki. Ot normalnie zwalniałem przed przejściem jadąc za kimś i nagle usłyszałem małe bum z tyłu. Chłopak zagapił się i wjechał w jadącą przed nim dziewczynę a ta z kolei uderzyła w moje autko i odbiła się jak piłka żeby zatrzymać się na przednim zderzaku Passata. W sumie nic. A jednak jak bardzo pouczające. Nie tylko z powodu lekcji poglądowej fizyki (coś tam o akcji i reakcji), ale raczej ludzkich zachowań. 
W takich zdarzeniach z reguły bierze udział kilka grup aktorów. Po pierwsze główni bohaterowie - poszkodowani i winowajcy, po drugie - znajomi i krewni Królika, którzy pojawiają się od razu na scenie wnosząc koloryt do tak prozaicznego zdarzenia, po trzecie władza - uosobienie spokoju i rozwagi oraz bezdusznych przepisów i biurokracji, po czwarte wszechwiedzący i wszechobecni pomocnicy - role niby drugo  a nawet trzecioplanowe, ale jakże ważne. No i po piąte, oczywiście żaden spektakl nie obejdzie się bez widowni. 
Zaczynając od pierwszych: dwoje studentów (za moich czasów studenci jeździli znacznie gorszymi samochodami lub autobusami, a pod koniec miesiąca jeśli przechlali kasę na miesięczny  - na piechotę) i ja oczywiście, z nieco zblazowaną miną jako, że to nie pierwszy raz i w sumie rutyna. 
Niestety wypadamy z roli. Nie ma zwykłych wrzasków i przekleństw, ot stało się więc dojdźmy do porozumienia i jedźmy dalej. Tu jednak, żeby ożywić akcję  wkraczają krewni i znajomi, krzycząc coś o wzywaniu policji bo "tata pracuje w komendzie" a "koleżankę trzeba odwieźć do szpitala". Po widowni przeszedł lekki dreszcz zadowolenia - a jednak krew! Po chwili aktorka drugoplanowa przejmuje rolę wiodącą w sztuce - dzięki czemu staje się ona bardziej ciekawa "Co oni tak długo jadą? Zadzwonię do taty to ich popędzi!" 
Widząc miotającą się znajomą dwojga pozostałych bohaterów pozostało mi wycofać się w cień zdarzeń, lecz tu znów pomocnicy wkraczają do akcji "Panie! A co się stało? Bo ja WSZYTKO widziałem! Mogę świadczyć!" Ta nielogiczna dość wypowiedź spowodowała, że wyciągnąłem spokojnie papierosa z paczki i otoczyłem się zasłoną dymną zachowując pełne godności milczenie. Co nie zrażało pomocników. 
Po 30 minutach gapie zniknęli już wcześniej nie widząc tłuczonego szkła,  ani krwi na jezdni, chociaż sułyszałem gdzieś za plecami tekst "Bo pani wie, o tam to potrącili taką staruszkę!". Przyznaję że poczułem się prawie winny, że tak nie było. Z radością potrąciłbym mówiącą. Dwukrotnie. 
Obok trzech samochodów stojących BARDZO NIEPRZEPISOWO przejechało 7 radiowozów (liczyłem) i żaden nie zainteresował się właściwie czemu to tak sobie kierowcy stoją i palą fajki lub siedzą na masce wyglądając nieszczególnie szczęśliwie. Władza zaznaczała więc swoją obecność, nie mając zamiaru interweniować bez potrzeby. Ostatecznie przecież od tego jest Ruch Drogowy. Jednak fajnie byłoby żeby któryś z pretorian szanownych zapytał stojących i wyglądających podejrzanie  - Co jest ? A może coś pomóc? Nie.To raczej nie należy do obowiązków. Za to do dobrych manier. 
Jednak zwracam honor mundurowym - za chwilę zatrzymał się obok pojazd świecący niebieskim kogucikiem. Płonne nadzieje umarły we mnie natychmiast - to jedynie Straż Miejska. Bynajmniej nie z propozycją pomocy. Raczej węsząc zarobek - bo w istocie staliśmy bardzo nieprzepisowo. Prawie widziałem w oczach pana strażnika blokady zaciskające się na kołach naszych samochodów. Niestety, pamiętny na boje toczone z SM wcześniej, burknąłem uprzejmie, że zdarzenie drogowe i czekamy na patrol i nie ruszymy się z miejsca i tyle. Pojechali wyraźnie zawiedzeni. 
Po kilkudziesięciu minutach w końcu zjawił się patrol. I tak szybko jak na Lublin - czyżby jednak tatuś znajomej miał takie chody? I z fachowością przeprowadził oględziny - no przecież nic się nie stało. W sumie jednak byłem zaskoczony. Policjanci byli mili, ba! pełni dobrej woli i nawet z pewną dozą poczucia humoru. Po 30 minutach można było się rozjechać. Gapie zniknęli już wcześniej nie widząc tłuczonego szkła, za to przyszedł młodzieniec, który zażądał interwencji w sprawie mandatu od Straży Miejskiej. I tyle. Bo jak nie to on zadzwoni. 
W jeden dzień tak sobie poobeserwować  - warto było. Szczególnie że zderzak i tak był do lakierowania. 

wtorek, 6 marca 2012

Kazimiera Szczuka story czyli z pamiętnika męskiego szowinisty.

5:30 to kiepska pora na wstawanie. W normalnych warunkach nic i nikt nie zmusiłby mnie do poderwania się z wyra o tak nieludzkiej porze. Ale warunki nie były normalne. To była koszmarna noc. Jak zwykle nie pamiętałem co mi się śniło, ale że nie było to normalne, ani przyjemne to pewne. Pewnie każdy kiedyś miał takie uczucie że budzi się zlany potem jakby spadł na łóżko z wysokiego budynku.
No nic. Wcześniej pojadę do pracy. Będzie spokojnie i zdążę napić się kawy zanim telefon rozdzwoni się na dobre. Jak zwykle nie zjadłem śniadania tylko po dłuższym prysznicu, którym chciałem zmyć z siebie te koszmarne wizje senne ubrałem się i z teczką w ręku podreptałem po samochód.
Strażniczka na parkingu popatrzyła na mnie dziwnie i jakby z wyrzutem - musiałem wyglądać kretyńsko z przekrwionymi ślepiami i worami pod nimi jakich nie powstydziłby się rasowy alkoholik. Może to kwestia nieuprasowanej koszuli? Nie ważne. Samochód szybko się nagrzewał.
Minus 3 stopnie, Marzec. Cholera - pomyślałem  - mogłoby już być cieplej. Mniej wachy by szło.
Włączyłem radio i spikerka miękkim seksownym głosem zaczęła mówić o sukcesach premier Muchy, która właśnie podpisała traktat o uzależnieniu Niemiec od dostaw polskiego gazu łupkowego z kanclerz Angelą Merkel.
Swoją drogą - przemknęło mi przez myśl - kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu. Wszyscy pamiętali o blamażu na Euro 2012 - wpadka milenium. Udekorowała sędziego finałowego meczu. A teraz? Premierka. A Merkel  - stara klępa trzyma się u koryta już tyle lat i nadal wygląda na 60. Baby! Eeeech ...
Samochód lekko i posłusznie poddając się  ruchom kierownicy wyjechał na ulicę cicho mrucząc silnikiem. Jak na takiego grata trzymał się nieźle. A ja lubię prowadzić. Nawet bardzo. Zawsze byłem dumny z tego, że mimo wieku refleks mam lepszy niż niektóre małolaty.
Bardziej wyczułem niż zobaczyłem malutką toyotkę, która wyjeżdżając ze stacji benzynowej wymusiła na mnie pierwszeństwo. Zakląłem i zatrąbiłem, o włos tylko unikając zderzenia.
No i jak chamie jeździsz! Debil! - usłyszałem, kiedy po stronie kierownicy opuściła się szyba toyoty - Prostak niewychowany! Kobiecie pierwszeństwa nie ustąpi. Kto ci prawo jazdy dał tłuku!
Zatkało mnie. O, żesz ty.. w mordę!
Ale filigranowa brunetka za kierownicą czerwonego samochodziku nie miała zamiaru wdawać się w polemiki z takim elementem jak ja i popędziła lewym pasem trąbiąc na czym świat stoi.
Dobra. Tylko spokojnie. Przecież to początek dnia. Nie ma co sobie psuć humoru jedną babą. Podkręciłem głośność radia - akurat nadawano jakąś audycję muzyczną - Barbara Streisand śpiewała "Woman in love" a ja pogwizdywałem sobie nerwowo do melodii. Pewnie tamta mała też była "in love", chociaż kto by tam chciał taką heterę. Swoją drogą ESKA ROCK od paru lat nadaje nad ranem takie smuty że żal już ich słuchać. Przełączyłem na CD z przyjemnością przyjmując właściwą dawkę decybeli w postaci piosenki Mutter Rammstain'u. Klasyka - westchnąłem.
Jak zwykle pod firmą nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania. Dwa razy przetoczyłem się dookoła budynku zanim zobaczyłem jak do wielkiego vana jakaś młoda mama pakuje dziecko, wózek i laptopa, niekoniecznie w tej kolejności i szykuje się do odjazdu.
Sadystka zrywa o takiej porze dzieciaka  - skrzywiłem się, odkręcając szybę i zapalając papierosa.
Mała dziewczynka przypięta w foteliku na tylnym siedzeniu, uśmiechnęła się słodko i pomachała mi z entuzjazmem, a potem pokazała język, krzywiąc się groteskowo.
Smarkula. Niech się cieszy, że nie jestem tatusiem. Dostałaby w dupę jak nic - niewesoła refleksja o wychowaniu pociech nie zepsuła mi frajdy z papierosa.
Włączyłem awaryjne i cierpliwie poczekałem 5 minut, aż mamuśka wycofa. Nie było sensu się spieszyć, przecież wstałem rano i miałem mnóstwo czasu. Ulica była całkiem pusta i słychać było tylko moje kroki. Nie lubię kiedy półbuty mi stukają jakbym szedł na wysokim obcasie. Ale no wiadomo dress code obowiązuje i obuwie trzeba nosić odpowiednie. Zbudziłem portierkę i poprosiłem o klucz na trzecie piętro. Babsztyl spojrzał na mnie, jak co dzień, z pewnym niesmakiem i wyciągnął klucz do biura, podając mi go z obrzydzeniem jak zdechłą mysz. Poczułem z ulgą, że drzwi windy zamykają się za moimi plecami i ciarki jakich zawsze dostawałem, kiedy ktoś gapi się na mnie z tyłu powoli mijają.
Ostatecznie była uzbrojoną i nieźle przeszkoloną babą o posturze NRD-owskiej lekkoatletki. Może to niemęskie ale odrobinę się jej bałem. Odkąd zaczęła tu pracować, widać było, że darzy mnie antypatią, chociaż starałem się, żeby nie dać jej poznać że odwzajemniam to uczucie. W swoim dobrze rozumianym interesie. Ostatecznie dostać pałą po plecach nie zalicza się do przyjemności.
Puste biuro o wczesnym poranku ma w sobie coś ze scenografii tanich horrorów. Po takiej nocy jak ta, mój mózg dodatkowo płatał mi figle, podpowiadając sceny z oglądanych kiedyś filmów klasy C czy D. Cholerna wyobraźnia. W ciemnym socjalnym napełniłem czajnik i wróciłem do pokoju. Odruchowo sprawdziłem kalendarz na dziś. Standard. Po południu spotkanie z psycholożką - chodzę na terapię od kilku lat. Wieczorem ma wpaść córka - odkąd została chirurżką w Klinice Uniwersyteckiej, ma coraz mniej czasu dla starego. Czajnik bezprzewodowy powoli zaczynał parować na stoliku obok. Zapach porannej kawy to najprzyjemniejsza część dnia. Potem może być już tylko gorzej.
To prawda.  Było. Ledwie wybiła 8:00 dzwonek telefonu oderwał mnie od sprawdzania maili.
Na górę mi tu !- ten wrzask rozpoznałbym wszędzie. - Dywanik! Natychmiast!
Szefowa nie uznawała sprzeciwu. Zresztą ci co się sprzeciwiali, "kontynuowali karierę poza strukturami firmy", znikając z biurowej rzeczywistości jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki.
Stara czarownica - mruknąłem zabezpieczając komputer i pakując do kieszeni marynarki telefon.  - Pewnie znowu ma problem ze zrozumieniem ostatniego raportu.
Wejście do Gabinetu było jak wrota Hadesu - brakowało tylko napisu "lasciate ogni speranza voi ch'entrate". Podejrzewam nawet że wchodzący dopiekła mieli przyjemniej i większe szanse na wyjście.
Asystentka Szefowej jak zwykle w schludnym kostiumie, kiwnęła mi głową, pomalowaną na wściekle rudy kolor i wskazała na drzwi. W jej oczach błysnęło coś jakby współczucie.
Nawet fajna kicia - pomyślałem lubieżnie i  z ciężkim sercem otworzyłem drzwi.
No w końcu ruszyłeś swój gruby tyłek! - smok nie dawał chwili na zebranie myśli.  - Ale dzisiaj dość już tego! Koniec ciepłej posadki! Masz.. podpisuj albo wynocha! Zrozumiano?
Lekko speszony wziąłem do ręki podsunięty mi papier:


Do najwyższej kontroli komisji czystości gatunku

Ja, niżej podpisana, oświadczam, że urodziłam się mężczyzną wbrew swojej woli. W związku z powyższym wnoszę, aby moje dotychczasowe poczynania jako samca uznano za niebyłe, gdyż działałam zbałamucona ówcześnie panującą męską cywilizacją. Jednocześnie w pełni zgadzam się z powszechnie panującym przekonaniem, iż mężczyzn nie było, nie ma i nie potrzeba.


O k....!  - wyrwało mi się.
Szefowa spojrzała z sadyzmem w oczach i sięgnęła ręką pod biurko - Nie tacy jak ty próbowali śmieciu!
Usłyszałem dźwięk alarmu i trzask drzwi gdzieś z tyłu za mną. Do pokoju wpadły cztery ochroniarki, wszystkie mniej więcej postury tego cerbera z portierni.
Nie chce po dobroci? To pogadamy z nim inaczej dziewczyny - głos Szefowej przeszedł w syk - brać go! I niech poczuje, że nieposłuszeństwo boli!
Przypadkiem wróciło mi właśnie czucie w nogach więc zdołałem uchylić się przed pierwszą i podstawiając jej nogę uniknąć ciosu pałką w potylicę, obróciłem się wokół własnej osi, bardziej przypadkiem niż rozmyślnie, chwytając strażniczkę za nadgarstek i jakimś cudem spowodować, że druga i trzecia wpadły na nią z impetem.
Po moim trupie!  - wrzasnąłem uradowany tym sukcesem i dziarsko jak na staruszka o mojej tuszy wywijając kozła na podłodze, co pozwoliło mi z kolei minąć się z kopniakiem wymierzonym w moje krocze. Walnąłem z całym impetem w drzwi do sekretariatu. Na moje szczęście drzwi otwierały się na zewnątrz. Zdążyłem je zamknąć za sobą kiedy poczułem jak ostatnia z ochrony walnęła w nie z kopa z siłą godną dorosłego bawołu. Wytrzymały. Słuchając wrzasku ślicznotki z sekretariatu przesunąłem pod drzwi szafę z aktami, której w normalnym stanie nie mógłbym nawet odchylić od ściany. Adrenalina działa cuda! Lepiej niż viagra!
W tym momencie usłyszałem jak sekretarka  - żmija jedna, nadaje do swojej różowej komóreczki!
TU JEST! OCHRONA BUDYNKU DO SEKRETARIATU!! - wrzeszczała ruda małpa.
Zamknij się ! wrzasnąłem zabierając jej telefon.
Nie było dużo czasu do namysłu. Trzeba było działać póki miałem jeszcze adrenalinę w sobie.
No tak, mają mnie - pomyślałem  - stąd nie ma ucieczki. Pewnie obstawiły już wyjścia, a winda to pułapka.
Rzucając komórą sekretarki o ścianę, wybiegłem na schody pożarowe i skierowałem się do góry. Drzwi na dach były zamknięte  - ale tego dnia żaden zamek i żadne drzwi nie stanowiły dla mnie przeszkody. Z marszu uderzając barkiem w drzwi wypadłem na dach pokryty białym żwirkiem.
Moje wejście przerwało chyba kopulację jakiejś parze gołębi, ale poza tym dach był pusty. Drzwi zamknąłem i zaryglowałem znalezionym obok kawałkiem metalowej sztaby. Dysząc podbiegłem do krawędzi dachu i rozejrzałem się dookoła. Nie było drogi ucieczki! Najbliższym budynkiem był wielki wieżowiec o szybach lekko różowych w promieniach wschodzącego słońca. Na wielkim billboardzie zawieszonym na całej prawie długości ściany wielki portret Kazimiery Szczuki  uśmiechał się kpiąco patrząc na mnie krzywo - miałem wrażenie że w jej oczach widzę triumf.
Napis wielkimi czerwonymi literami wyżerał mi świadomość - Liga Broni! Liga Radzi! Liga nigdy Cię nie zdradzi! Śmierć samcom!
Drzwi na dach pękły pod naporem szturmujących strażniczek i stanęły otworem. Pozostało tylko jedno. Niczym zaszczuty pies zawróciłem z chrzęstem żwiru w połowie dachu i wybiegłem całym pędem poza jego krawędź.
Nigdy mnie nie dostaniecie! Modliszki! - wrzasnąłem z całych płuc. Zacząłem spadać......






5:30. Cholera.. co za sen... ufff... tylko sen? To wszystko pewnie przez to że przed zaśnięciem oglądałem Kazimierę Szczukę. i Manuelę Gretkowską słodko udowadniające w programie Lisa że mężczyźni to jednak przeżytek.
A właściwie którego to mamy? 8 marca?? Koszmar.....








niedziela, 4 marca 2012

Premier z ministrami na miejscu katastrofy

Oto pomysł znamienny dla prowadzenia polityki w naszym kraju. Myślenie prawdziwie polityczne naszego Premiera : "Skoro ze wszystkich stron dokopują mi za brak refleksji, konsultacji społecznych, autostrady, Muchę, stadiony, nieudolność ministrów oraz rozchlapywanie na lewo i prawo kasy państwowej, ja jako dobry ojciec narodu pojawię się na miejscu katastrofy i będę ze zbolałą miną ubolewał nad losem ofiar - załapię plusa u maluczkich" Brawo Panie Premierze!
Mimo to obrzydliwe i niesmaczne jest robić sobie PR na tragedii do której tak naprawdę rząd i jego ministrowie po części dokładają swoje trzy grosze. Przecież to, że infrastruktura kolejowa jest w takim stanie jakim jest, to między innymi zasługa nietrafionych, niepotrzebnych i kosztownych decyzji rządu i naszych "wybrańców" sejmowych, którzy zajmują się związkami partnerskimi, trawką i innymi sprawami zastępczymi a pozwalają na rozkradanie nieistniejących jeszcze autostrad, dewastację kolei, podpisywanie kontraktów managerskich przez idiotów nie potrafiących czytać ze zrozumieniem i zarabianie kasy przez krewnych i znajomych Królika poumieszczanych na intratnych stołkach w spółkach Skarbu Państwa.
Pamiętam jeszcze kilka lat temu jak to Nasz Drogi Ojciec Narodu z poważną i strapioną miną przechadzał się po zniszczonych wałach w Sandomierzu i biadał nad losem powodzian w Wilkowie, z asyście BOR i gości w garniturach dla picu poubieranych w kaloszki. I co? I za przeproszeniem g...  W tym roku pewnie znowu ich zaleje, bo jakoś obiecanego zwiększenia środków na obronę przeciwpowodziową nie było.
Teraz pewnie Premier z poważną miną obieca że infrastruktura się poprawi i będzie więcej kasy na nowoczesne koleje a wyjdzie jak zwykle. Do następnej tragedii. A nuż się uda że będzie za kadencji następnego rządu? Ostatecznie Premier może latać rządowymi helikopterami a tylko społeczeństwo musi zabijać się na drogach lub narażać życie w pociągach.
No i jak tu nie mieć dość zbijania sobie kapitału politycznego na krwi i nieszczęściu innych. Widać wśród polityków nie mamy tylko osły i świnie, ale również sępy i hieny.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Premier-z-ministrami-na-miejscu-katastrofy,wid,14302976,wiadomosc.html?ticaid=1e07d

piątek, 2 marca 2012

Z Chuck'iem żartów nie ma!


We wtorek, czy tam poniedziałek dowiedzieliśmy się oficjalnie tego co i tak już wszyscy wiedzieli od kilku miesięcy i o czym wszystkie wróble ćwierkały od roku. Santander kupuje nas z dobrodziejstwem inwentarza. I ma zamiar połączyć BZWBK i KB w jeden wielki twór. Trwają przygotowania, badania i takie tam inne analizy. Nie wiadomo jeszcze jak będzie ze zmianą marki i barw klubowych (rebranding - ulubione słowo w artykułach prasowych) ale twór ten miałby być trzecim co do wielkości bankiem w Polsce. I wszyscy są zadowoleni. KBC, bo pozbyło się banku którego zyskami udało im się uratować padającą centralę, Santander, który może przejąć prawie 10% rynku bankowego w Polsce i BZ WBK, któremu wzrośnie płynność a ratingi pójdą odrobinką w górę. Jeszcze tylko KNF musi wyrazić zgodę na cały ten zgiełk, a słychać, że mają zamiar postawić ostre warunki dla tej transakcji.
A co właściwie to oznacza? No cóż, dla klientów banku i szarego Kowalskiego niewiele się zmieni. Może tylko będą musieli przyzwyczaić się do nowych kolorków na wyciągach z banku i reklam w TV. A dla pracowników? A cholera go wie. Chociaż musi być zabawnie. Same prezesy przyjeżdżają do Bździszewa, uspokajając nas i łagodząc "szok" wśród przerażonych i zagubionych pracowników. Do tej pory jakoś omijano nas szczęśliwie w trakcie wizyt duszpasterskich po całym kraju, a tu proszę - całe dwa dni konstruktywnego słuchania "dołów" i pochylania się nad ich narzekaniem. Czyżby zarząd zaczął obawiać się o własne posady? Do tej pory jakoś nikt nie przejmował się naszym zdaniem za bardzo. A tu niespodzianka - wszyscy doceniają naszą fachową wiedzę i profesjonalne zaangażowanie . Widać będzie więcej pracy i więcej obowiązków a mniej kasy. Nihil novi sub sole.
Poza tym po stronie BZ WBK jest Chuck Norris a ten z bocianami panów Manna i Materny poradzi sobie z półobrotu. Ja się nie boję za bardzo, bo mam zdjęcie z Chuck'iem i piłem z nim browar jak równy z równym. Natomiast ze zdziwieniem zauważam, że jakoś nie widać paniki również wśród moich kolegów. Chuck'a się nie boją. Raczej spokojne zniechęcenie i ogólny spadek morale. Ale czemu tu się dziwić? Od lat  sprzedają i kupują nas, non stop kolor i nie zmieniając biurka zmieniłem pracodawcę już chyba z 5 razy. Więc to kwestia przyzwyczajenia. Szkoda tylko że większość z nas pomimo zapewnień wyląduje na "zielonej trawce". I tyle. Chyba za starzy jesteśmy na wiarę w obietnice, że nowy bank weźmie to co najlepsze. Biorąc pod uwagę stosunek wymiany akcji ~ 7 (BZ WBK) do 100 (KB), widać że lepsze to BZ WBK. Żal też trochę, że tyle pracy, naszych pomysłów i zaangażowania poszło na marne, a tylu naprawdę dobrych specjalistów zostanie przejętych przez inne firmy. Chociaż akurat to może i dobrze.