Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2018

Pies Vrotcervillów

Wieczór zapowiadał się dość nudnie. Poza zwykłymi wiadomościami w telewizji nie było nic co mogłoby zająć mój umysł chociaż przez chwilę. Grałem właśnie moją własną kompozycję na skrzypce, inspirowaną dźwiękiem zarzynanego osła i piły tarczowej, kiedy komórka rozdzwoniła się wprowadzając chaos w harmonię mojej muzyki. 
W słuchawce piskliwy głosik sprawił że odłożyłem skrzypce i usiadłem w klubowym fotelu, noszącym już pewne ślady zużycia. Głównie dzięki Watsonowi, który miał okropny zwyczaj jadać w fotelu swój ulubiony pudding z dyni.
- Panie Szolmes, proszę przybyć natychmiast na pomoc! Koło mostu na Rapid River, zaraz przy Medallion Street.... to niesłychane! Straszne! Potwór zaatakował! - piskliwy głos panny Anny C. zburzył resztki nudy, która odrętwiała mój  umysł od wczoraj na równie z podejrzanym zielem jakie Watson, niby na receptę, przyniósł mi do fajki.
- Jak rozumiem pies. Proszę się nie niepokoić. To wcale nie takie niesłychane. Pies się zdarza. Ostatecznie. 
- To był OGROMNY pies, Amstaff chyba, albo Rotweiller. Ale z takim pyskiem jak wilk no! I skoczył w moim kierunku, i nie wiedziałam co robić, mój pies obronny schował się w krzaki, a ja stałam bezbronna i samotna na przeciw bestii..
- Jak ośmielę się przypuszczać pałał ogniem z oczu i ślinił się obficie.
- Skąd pan wie? Panie Szolmes..pan to jest dopiero!
- Dedukcja to ostatecznie moja specjalność. Poniekąd. Proszę wracać do domu. Zajmę się tą sprawą.

Po odłożeniu słuchawki, założyłem swój ulubiony strój roboczy - ostatni krzyk mody - dresy adidasa oraz czapkę z daszkiem tej samej firmy, do ręki wziąłem smycz a w kieszeń dresu wepchnąłem przeterminowany od roku miotacz gazu, tak na wszelki wypadek.

O tym potworze, krążyły plotki, które urosły już prawie do legendy. Cała dzielnica żyła w strachu, podając sobie przerażające opowieści w kolejkach przy stoisku mięsnym w Daisy Shop czy przy kasie pobliskiego dyskontu Little Frog. 
Podobno wczoraj zeżarł ratlerka lady Smith, kiedy nieopatrznie spuściła go ze smyczy aby załatwił większą potrzebę. Biedaczka do tej pory nie wyszła jeszcze z szoku i tuli, do dość zresztą obfitego łona, obrożę wysadzaną cyrkoniami - jedyną pozostałość po ulubieńcu. A kilka dni temu pan Grandsson wracając z działki salwował się wejściem po pas w dość brudny i cuchnący o tej porze roku nurt Rapid River. Całą przygodę przepłacił jednak ogromną dziurą w spodniach oraz jeszcze większą siwizną.
Postanowiłem ukrócić wybryki tego zwierzęcia. Zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty a sąsiad z góry odgrażał się, że wezwie policję jeśli natychmiast nie skończę "rzępolenia" jak nazwał moją muzykę.
Tak więc po chwili spaceru stanąłem nad brzegiem rzeki, wywijając młynka końcem smyczy, którą zabrałem na wszelki wypadek, aby bestię ujarzmić. W zapadającym powoli nad łąkami zmierzchu kontury pobliskich domów, wyłaniające się z nadrzecznej mgły, wyglądały w istocie dość upiornie. Nagle pod mostem zaszeleściły zarośla (od lat nie przycinane tworzyły tu istną dżunglę) i do moich nozdrzy razem z fetorem rzeki dotarł odór jaki można by przypisać jedynie paszczy dzikiej bestii. Smród nieprzetrawionych resztek, lekko słodkawy zapach nie mytego ciała drapieżnika i bukiet tysiąca innych smrodów, których rozpoznanie wymagało sprzętu używanego przez tych partaczy z CSI a którym jako detektyw używający przede wszystkim umysłu gardziłem.
Wytrenowanym ruchem ręka natrafiła natychmiast na rozpylacz z gazem, a drugą wyciągnąłem przed siebie, wydając, zgodnie z radami słynnego zaklinacza psów Ceasara Millana, dźwięk pośredni pomiędzy cmoknięciem a sykiem.
- TSPSSS!  - syknąłem - siad bestio! Starałem się nadać głosowi ton niezmąconego asertywnego spokoju.
- eeeee.... tam....kuuurła... bestio....od razu... he he he.... - wybełkotało niewyraźnie stworzenie wyłaniając się w całej okazałości z zarośli - mów mnie Franek ... ... he he...
Krzywiąc się z odrazą i starając nie wdychać więcej tego smrodu, ruszyłem przez most na drugą stronę rzeki. W oparze unoszącym się nad łąkami na samym końcu mostu zamajaczyła sylwetka wielkiego psa. Napięte do skoku mięśnie, łeb pochylony nisko do ataku. W dodatku z piersi potwora dobywało się straszne ni to warczenie ni to bulgot, kiedy zbliżał się do mnie.

- Dżentelmen może iść, ale nigdy biec - mruknąłem i postanowiłem stawić czoła koszmarowi na środku dość wąskiego mostu. 
- Bestia! Stój! - usłyszałem krzyczącego dyszkantem człowieka - Stój! BESTIA DO NOGI!
Z mgły wybiegł tupiąc jak bojowy hipopotam sharpey, chrumkając i krztusząc się niemiłosiernie od tego galopu.
Bestia, zły psie, no stój bo się spocisz! - nieco krostowaty i niemiłosiernie chudy młodzieniec, biegł za swoim pupilem, sapiąc prawie jak jego pies.
Oj, ja tak pana przepraszam. no zerwał mi się, niegrzeczny! - Młodzieniec spuścił skromnie oczy i mrugną do mnie porozumiewawczo - No wiem pan... mały ale wariat!
Naciągnąłem daszek czapki na oczy i mrucząc coś niewyraźnie poszedłem dalej. 
Łąki przedstawiały po zmroku malowniczy widok,  jak z taniego horroru, pasma mgły unoszące się nad kępami krzaków i traw kołysanych lekką wieczorną bryzą. 
- Te koleś... masz jakiś problem?
Usłyszałem lekko zachrypnięty głos za moimi plecami. Cóż za miły człowiek, altruista, od razu tak pytać się o moje problemy - pomyślałem
- No jeśli już pan był łaskaw spytać. To szukam tu takiego wielkiego psa. Bardzo agresywnego, który terroryzuje okolicę.
Odwróciwszy się ujrzałem efekt stosowania dopingu na siłowni w dresie konkurencyjnej firmy Nike
Uśmiech mojego rozmówcy błysnął w mroku niczym lada jubilera.
- He, he, no co ty ziom, od razu tam terroryzuje, Fafik, noga!
Trawy po mojej lewej stronie zaszumiały znacznie mocniej niż pozwalałby na to wiatr. Stąpanie wielkiego cielska wprawiało w drżenie wodę w pobliskim rowie melioracyjnym. Po chwili spośród traw, mniej więcej na wysokości mojego nosa, wychynął wielki łeb, oślinione wargi odsłaniały kły wielkości  bagnetów od kałacha, przekrwione oczyska ,były lekko zmrużone, a z gardzieli wydobywał się pomruk, na dźwięk którego tygrys wziąłby nogi za pas.
- Tylko ręki nie wyciągaj, bo może być wąsko nie?!
Bydle wielkości cielaka podeszło, powąchało mnie ciekawie i siadło przede mną wyciągając łapę.
- O widzisz. Fafik się zna na ludziach, czyli jesteś spoko! No daj łapę Fafikowi.
Pies przechylił łeb a ja niepewnie uścisnąłem jego łapę, mimochodem zauważając pazury jak u raptora.
- Ale on... tak biega sam?
- A z kim ? Ja go tu puszczam, a sam to sobie browarka rąbnę albo dwa, czy trzy i jest dobrze. Przecież taki piesek to się wybiegać musi.
- Ale zjadł psa takiego małego!
- A tam zjadł. Chciał polizać z zabawy, a to takie nijakie się mu przykleiło do języka i połknął przez przypadek. Ale obróżkę to wysrał i śmy ją oddali tej babie.
- No a spodnie Grandssona?
- Stary, Fafik po prostu pijanych nie lubi. He, he a tak wódą jechał , to i pies nie wytrzymał.
- Co racja to racja.
Fafik na potwierdzenie tych słów polizał mnie przyjacielsko po twarzy.
- To ja może już pójdę - rzekłem zrezygnowany.
- To nara , a my z Fafikiem to jeszcze chwilę rzeki popilnujemy, żeby żadna swołocz się nie włóczyła.
- Nara.
Szybko wróciłem do mieszkania.  Usiadłem w fotelu i sięgnąłem po butelkę burbona kupioną w Ladybug na wyprzedaży
Cholerne legendy miejskie - pomyślałem lejąc pół szklanki do gardła. Po czwartej szklance życie znowu wydało mi się sensowne.

piątek, 22 sierpnia 2014

Wizytacyja część 2

Dzyń, dzyń, dzyń... dziwne, przy poruszaniu głową słyszałem dźwięk dzwonu kościelnego monstrualnych rozmiarów. "Łeee.." - wybełkotałem, wypluwając jednocześnie z ust zgniłą słomę i jakieś trudne do zidentyfikowania resztki . Świadomość powoli wracała, łącznie z pamięcią.

środa, 20 sierpnia 2014

Wizytacyja część 1

Właściwie już od wczoraj czuło się pewne napięcie. Z samego rana na dziedziniec wjechał na spienionym koniu kurier i nawet nie uwiązawszy chabety, wleciał po schodach do komnat Hrabiny, trzaskając okutymi żelazem drzwiami. Po chwili wszyscy, co znaczniejsi, wezwani zostali na naradę a po zamku gruchnęła nowina: "WIZYTACJA!" Nastał więc tumult i przygotowania, jak do oblężenia. 

czwartek, 31 października 2013

Zombieland w Bździszewie

Świt powoli podnosił mgłę nad pobliskimi zaroślami ,z których powoli jakby w zwolnionym tempie wyłaziła grupa zombie, okutanych w kilka warstw zetlałych i znoszonych szmat, ruszyły w stronę magazynu.
Zakląłem cicho pod nosem i wyrzuciłem niedopałek papierosa, rozgniatając go podkutym obcasem buta. Zaczyna się - przemknęło mi przez myśl - Nic to. Ci nie są groźni, Najgorzej, że część zdobyczy może przepaść zanim zdążę się dostać do magazynu. Czas się pospieszyć.
Zombiaki nie przerażały mnie nigdy, były powolne i niezdarne. Większość przeciwników na oko wyglądała jak oddział geriatryczny pobliskiego szpitala kolejowego. Wobec czego nie powinna stanowić zagrożenia. Kilku żółtodziobów w wieku gimnazjalnym też nie.  No może ten gość postury Herkulesa, z wrednym wyrazem gęby i kilku jego kolesi, mogliby narobić kłopotów. W cieniu północnej ściany magazynu zauważyłem też kilka zażywnych gospodyń w kapelusikach i z parasolkami. Dziwne - pomyślałem - trochę są chyba nie na miejscu. Wyglądały jednak niegroźnie.
Wyprostowany wszedłem przez uchyloną bramę magazynu, nie ukrywając się wcale. Po lewej stronie geriatrycy toczyli już bój z zombie, wyrywając im z rąk fanty. Widziałem części garderoby fruwające w powietrzu i ledwo uchyliłem się przed nadlatującym butem. Uch! - to było blisko, taki trep mógł wyłączyć mnie z akcji na dość długo. Cholerne zombiaki! 
Bez wahania wybrałem cel i ruszyłem na prawo wymijając małolaty wywijające jakąś zaimprowizowaną bronią na lewo i prawo.  Żenada, przeklęci gówniarze dorwali się do zdobyczy i pakowali wszystko jak leci do kontenerów. Coś owinęło mi się wokół kostek i runąłem jak długi. Nie czekając na rozwój wypadków przetoczyłem się pod wieszak po lewej stronie gotowy odeprzeć atak. Zobaczyłem jeszcze wstrętny uśmiech zombiaka, gdzieś w okolicach moich butów, więc nie czekając na dalszy rozwój wypadków, wymierzyłem porządnego kopa. Poczułem chrzęst łamanej kości nosowej i od razu zrobiło mi się lepiej. Uśmiechnąłem się nawet i jednocześnie otrzymałem porządny kop w nerki.
Nie wolno niedoceniać przeciwnika. Jedna z pań, w filcowym czerwonym kapelusiku, tocząc pianę z pyska, wymierzała kolejne kopniaki z przerażającą dokładnością a druga tyle że w żółtym berecie deptała mnie szpilkami po nogach. Na czworakach zdołałem odczołgać się z placu boju i wykorzystując ukształtowanie towaru w magazynie posuwałem się powoli, ale skutecznie w stronę, w której widziałem szansę na dobre łupy. Nie było łatwo czołgać się pomiędzy resztkami i śmieciami. Zapach też nie był najmilszy, wszechobecny smród rozkładu i niemytych skarpet pomieszany z wonią perfum różanych. Podniosłem się z trudem jakiś metr od celu i stanąwszy pewnie na nogach rzuciłem w stronę upatrzonej zdobyczy.
Świeżo ustawiony przez obsługę magazynu stelaż! W pół skoku otrzymałem niezłą fangę w mostek od panienki ubranej w mundurek szkolny i spódniczkę w kratkę - jak na japońskich horrorach, jednocześnie oberwałem od jakiejś innej małolaty drewnianym wieszakiem w łeb. Padając zauważyłem nad sobą kilkanaście zombie, potykających się o torby i worki zmierzających wprost do mojego stelaża! Pech chciał, że stałem, a właściwie leżałem im na drodze. No to po mnie - ostatnim tchem próbowałem powstrzymać ich pęd. Bez skutku. Brudne od ziemi buciory, przewaliły się przeze mnie jak stado bawołów. Widziałem jeszcze zakrwawioną twarz Herkulesa na podłodze, gdzieś po lewej stronie. Zwinięty w kłębek przyciskał do piersi jakąś szmatę i nie dawał już żadnych oznak życia. Ostatnie co pamiętam to opadający w dół ortopedyczny but, któregoś z geriatryków.
Obudziłem się obolały pod ścianą magazynu na stercie szmat odrzuconych tu widać przez innych. Obok usłyszałem ciche łkanie. To jeden z kolesi Herkulesa, leżąc w nienaturalnie wygiętej pozycji, odreagowywał ból z kilku otwartych złamań.
Przez brudne okna pod sufitem słońce powoli docierało do wnętrza, oświetlając pobojowisko promieniami w których tańczyły drobinki unoszącego się ciągle w powietrzu kurzu.
A przy wyjściu z magazynu, w kolejce do kasy, ustawiały się gospodynie, zombiaki i geriatrycy, trzymając w rękach naręcza szmat i innych zdobyczy, ściągniętych z wieszaków i stelaży. Po ich triumfujących minach było widać, że nie zostawili niczego wartego zachodu. Powoli podniosłem się więc na nogi, czując, że za chwilę pęknie mi czaszka i utykając ruszyłem do wyjścia opierając się o ścianę.
Nienawidzę tych zakupów w ciuchlandzie - mruknąłem i splunąłem krwią na asfalt parkingu.


środa, 6 lutego 2013

Heterofobia XXI wieku

Starbuck's było wypełnione po brzegi.  W powietrzu unosił się dym elektronicznych papierosów i słodkawy zapach palonych przy sąsiednim stoliku skrętów.
Holender... - przebiegło mi przez głowę - że też stać gówniarzy na taki towar.
Po pobieżnym otaksowaniu wzrokiem grupki kolorowo ubranych dziewcząt z których jedna, nosząca kurtkę motocyklisty, zaciągała się ze znawstwem jointem, mój wzrok przyciągnął siedzący dwa stoliki dalej facet. Wyraźnie odróżniał się od otoczenia. Dwudniowy zarost, który lubię u facetów, dodawał mu seksapilu. Pomimo zmęczonej twarzy miał w sobie coś zwierzęcego i niesamowicie pociągającego. Szerokie barki i widoczna spod nijakiego ubrania w odcieniach beżu i brązu niezła muskulatura. Wyglądał jak wilk, dzikie zwierzę, bez grama zbędnego tłuszczu. Przyjemny dreszczyk przebiegł mi po karku na myśl o tych mięśniach. Nie żeby mój Misiek nie był męski i silny. Ale czasem tak jakoś się myśli o przygodnych kontaktach. Mogłoby być przyjemnie. Bardzo przyjemnie nawet.
Chociaż zaraz! Przecież jak go znam - mam pamięć do twarzy - to ten gość co się wprowadził niedawno do naszej klatki! A może podejść i zagadać? Ostatecznie z sąsiadem to nie zdrada! No i wypada chyba się zaprzyjaźnić?
Facet chyba był telepatą. Spojrzał na mnie trafiając na mój wzrok i  natychmiast odwrócił głowę.
- No proszę to jednak czegoś szukamy, albo kogoś? Może jak się uśmiechnę to nie będzie taki skrępowany. Chociaż to może jakiś psychol. Spokój! Żadna aberracja nie jest mi obca. No to spróbujmy  - noga na nogę, tak żeby widział - spódniczka ledwo za połowę uda a nogi to moja duma, chociaż może trochę są zbytnio umięśnione - i pobawię się włosami. To zawsze działa na takich nieśmiałych.
Jednak wyraźnie unikał mojego spojrzenia - nie tylko mojego. Gapił się w kubek kawy i nie zdradzał większego zainteresowania otoczeniem.
Świnia, może jak wyleję mu tą kawę na łeb to zobaczy! - myśl o tym wrednym czynie wywołała bezwiedny uśmiech, który siedzący na linii wzroku inny gość zinterpretował widać zachęcająco, bo mrugnął do mnie i delikatnie oblizał językiem górną wargę.
Spadaj wale! - wyciągnięty środkowy palec pokazanej mu dłoni, nie powinien pozostawić mu nawet grama wątpliwości. Po pierwsze zajęte, po drugie takich oblechów nie toleruję. Niech się sam zadowoli! Zresztą moje kochanie zostało w domu i słodko śpi po nocnej zmianie. Praca w policji nie jest lekka ale za to mamy prawdziwe kajdanki no i uwielbiam zdecydowanych chłopców z bronią u pasa. A obyczajówka to dopiero wyzwanie. Tropienie tych cholernych zboczeńców. Biedactwo często był tak zmęczony po pracy, że aż było mi go żal.
Do stolika "sąsiada" podeszła dziewczyna. Jejku, no i po sprawie. Zmiana jaka zaszła w postawie siedzącego przy stoliku mężczyzny była więcej niż zauważalna. Zmęczoną twarz rozjaśnił uśmiech i widać było że dziewczyna nie jest mu obca. Para przy stoliku pogrążyła się w rozmowie - najwyraźniej cichej i tajnej, bo ich głowy prawie się dotykały.  Pewnie siostra. Eeech. Czas iść.
Minęło kilka dni. Od tamtej pory mój sąsiad nie pokazał się ani razu. Przy moim trybie życia w sumie nie było dziwne, że go nie widuję. Ostatecznie praca dla Ruchu P. była dość zajmująca a asystentka samego prezesa musi uczestniczyć w różnych wyjazdach, rautach, kolacyjkach i oczywiście w obowiązkowych po zmianie konstytucji w 2023 roku manifach. Tak więc balanga na okrągło. Ale lubię to, no i nieźle płacą a człowiek czuje się potrzebny, zamiast siedzieć w domu i bawić się w gosposię.
Zamykające się drzwi na górze stuknęły o framugę. O proszę - tajemniczy sąsiad. Kroki nie pozostawiały wątpliwości, że ktoś schodził po schodach. W tym stroju wyglądam zabójczo - wąskie spodnie z rozszerzanymi nogawkami, bluzeczka z dużym dekoltem i skórzana kamizelka, delikatny makijaż i rozpuszczone włosy.  Niech się chłopczyk napatrzy. Schodziły dwie osoby. Dziewczyna wbiła wzrok w schody a mężczyzna mijając mnie rzucił zdawkowe cześć.
- O kurczaczek... tak wcześnie ? No to chyba musiała u niego spać. A na siostrę mi nie wygląda. Coś mi tu nie pasuje..
Michał odebrał telefon po dwóch sygnałach.
- Co jest Słonko? - Jego ciepły głos zawsze działał na mnie uspokajająco.
- Miśku, pamiętasz tego facia co się wprowadził do naszej klatki? No to słuchaj: dziś rano wychodził z mieszkania z jakąś flądrą. Nie żeby od razu .. ale no wiesz.. podejrzana sprawa.
- Ok. Skarbie. Jak chcesz to go sprawdzę. A teraz mam trochę spraw więc może jak wrócę wieczorem to pogadamy.
Zawsze był taki stanowczy. Uwielbiam to!
Zakupy po pracy zabrały mi odrobinę więcej czasu, ale nowa letnia sukienka i zabójcze szpilki do kostiumu były rekompensatą straconej okazji i jałowego poranka. Przed klatką stały trzy radiowozy na sygnale. Stojąca w drzwiach policjantka zatrzymała mnie i odsunęła na bok. Schodami dwóch innych mundurowych sprowadzało naszego sąsiada z rękami skutymi za plecami i wyraźnymi śladami stawiania oporu władzy na twarzy.
No wiadomo było! Co przeczucie, to przeczucie! - na mojej twarzy chyba widać było tą satysfakcję, bo więzień przechodząc obok sykną z nienawiścią - Pieprzona ciota! Za nimi na schodach pojawił się Michał. Granatowy mundur miał rozpięty prawie do brzucha i widać było jego doskonale zbudowaną klatę. Fajnie mieć takiego faceta!
- O cześć Andrzejku, Widzisz! Dobrze, że zadzwoniłeś, to cholerny, zboczony, heteroseksualista. Dzięki tobie go mamy. Zwyrodnialcy! No i jeszcze chcą mieszkać w normalnych dzielnicach zamiast w rezerwacie gdzie miejsce dla takich jak oni!



 Przytuliłem się do niego na chwilę i szepnąłem - Świetnie, że ten przynajmniej wróci tam gdzie jego miejsce.
- No dobra mały! Ja jadę na komendę a ty zrób kolację, jak wrócę to pobawimy się w złego policjanta.
Klepnąłem go pieszczotliwie po pupie. Zachichotał i poszedł do swojego radiowozu.
Czekając na Michała rozmyślałem o heterykach, pomimo że są obrzydliwi i zwierzęcy, nie jest im przecież tak źle! Co prawda od 2040 po wydaniu ustawy o ochronie moralności, nie wolno im opuszczać wyznaczonych rezerwatów a aktem kontroli populacji mniejszości seksualnej wprowadzono przepisy zezwalające na zatrzymanie tylko jednego dziecka, ale to przecież dla ich dobra. Nie można pozwolić, żeby zboczenia się pleniły. A ci ciągle uciekają! Przecież racje żywnościowe jakie państwo im zapewnia nie są znowu takie małe. Ruch Palikota jako jedyna pozostała partia po rewolucji genderowej, dba przecież o to, żeby mogli się rozmnażać, bo dzieci do adopcji przecież są ciągle potrzebne. Dziwne.
Na kolację zrobiłem bitki cielęce z sosem i otworzyłem butelkę czerwonego wina. Wieczorem gdy bosko zmęczeni leżeliśmy z Miśkiem w łóżku - szepnął cicho - a może, jak chcesz, to adoptujemy sobie jakiegoś małego chłopczyka? Ten to wie jak zadowolić chłopaka. Byłem taki szczęśliwy. A  za oknem naszej sypialni osiedle im. Biedronia powoli pogrążało się w tęczowych snach

wtorek, 6 marca 2012

Kazimiera Szczuka story czyli z pamiętnika męskiego szowinisty.

5:30 to kiepska pora na wstawanie. W normalnych warunkach nic i nikt nie zmusiłby mnie do poderwania się z wyra o tak nieludzkiej porze. Ale warunki nie były normalne. To była koszmarna noc. Jak zwykle nie pamiętałem co mi się śniło, ale że nie było to normalne, ani przyjemne to pewne. Pewnie każdy kiedyś miał takie uczucie że budzi się zlany potem jakby spadł na łóżko z wysokiego budynku.
No nic. Wcześniej pojadę do pracy. Będzie spokojnie i zdążę napić się kawy zanim telefon rozdzwoni się na dobre. Jak zwykle nie zjadłem śniadania tylko po dłuższym prysznicu, którym chciałem zmyć z siebie te koszmarne wizje senne ubrałem się i z teczką w ręku podreptałem po samochód.
Strażniczka na parkingu popatrzyła na mnie dziwnie i jakby z wyrzutem - musiałem wyglądać kretyńsko z przekrwionymi ślepiami i worami pod nimi jakich nie powstydziłby się rasowy alkoholik. Może to kwestia nieuprasowanej koszuli? Nie ważne. Samochód szybko się nagrzewał.
Minus 3 stopnie, Marzec. Cholera - pomyślałem  - mogłoby już być cieplej. Mniej wachy by szło.
Włączyłem radio i spikerka miękkim seksownym głosem zaczęła mówić o sukcesach premier Muchy, która właśnie podpisała traktat o uzależnieniu Niemiec od dostaw polskiego gazu łupkowego z kanclerz Angelą Merkel.
Swoją drogą - przemknęło mi przez myśl - kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu. Wszyscy pamiętali o blamażu na Euro 2012 - wpadka milenium. Udekorowała sędziego finałowego meczu. A teraz? Premierka. A Merkel  - stara klępa trzyma się u koryta już tyle lat i nadal wygląda na 60. Baby! Eeeech ...
Samochód lekko i posłusznie poddając się  ruchom kierownicy wyjechał na ulicę cicho mrucząc silnikiem. Jak na takiego grata trzymał się nieźle. A ja lubię prowadzić. Nawet bardzo. Zawsze byłem dumny z tego, że mimo wieku refleks mam lepszy niż niektóre małolaty.
Bardziej wyczułem niż zobaczyłem malutką toyotkę, która wyjeżdżając ze stacji benzynowej wymusiła na mnie pierwszeństwo. Zakląłem i zatrąbiłem, o włos tylko unikając zderzenia.
No i jak chamie jeździsz! Debil! - usłyszałem, kiedy po stronie kierownicy opuściła się szyba toyoty - Prostak niewychowany! Kobiecie pierwszeństwa nie ustąpi. Kto ci prawo jazdy dał tłuku!
Zatkało mnie. O, żesz ty.. w mordę!
Ale filigranowa brunetka za kierownicą czerwonego samochodziku nie miała zamiaru wdawać się w polemiki z takim elementem jak ja i popędziła lewym pasem trąbiąc na czym świat stoi.
Dobra. Tylko spokojnie. Przecież to początek dnia. Nie ma co sobie psuć humoru jedną babą. Podkręciłem głośność radia - akurat nadawano jakąś audycję muzyczną - Barbara Streisand śpiewała "Woman in love" a ja pogwizdywałem sobie nerwowo do melodii. Pewnie tamta mała też była "in love", chociaż kto by tam chciał taką heterę. Swoją drogą ESKA ROCK od paru lat nadaje nad ranem takie smuty że żal już ich słuchać. Przełączyłem na CD z przyjemnością przyjmując właściwą dawkę decybeli w postaci piosenki Mutter Rammstain'u. Klasyka - westchnąłem.
Jak zwykle pod firmą nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania. Dwa razy przetoczyłem się dookoła budynku zanim zobaczyłem jak do wielkiego vana jakaś młoda mama pakuje dziecko, wózek i laptopa, niekoniecznie w tej kolejności i szykuje się do odjazdu.
Sadystka zrywa o takiej porze dzieciaka  - skrzywiłem się, odkręcając szybę i zapalając papierosa.
Mała dziewczynka przypięta w foteliku na tylnym siedzeniu, uśmiechnęła się słodko i pomachała mi z entuzjazmem, a potem pokazała język, krzywiąc się groteskowo.
Smarkula. Niech się cieszy, że nie jestem tatusiem. Dostałaby w dupę jak nic - niewesoła refleksja o wychowaniu pociech nie zepsuła mi frajdy z papierosa.
Włączyłem awaryjne i cierpliwie poczekałem 5 minut, aż mamuśka wycofa. Nie było sensu się spieszyć, przecież wstałem rano i miałem mnóstwo czasu. Ulica była całkiem pusta i słychać było tylko moje kroki. Nie lubię kiedy półbuty mi stukają jakbym szedł na wysokim obcasie. Ale no wiadomo dress code obowiązuje i obuwie trzeba nosić odpowiednie. Zbudziłem portierkę i poprosiłem o klucz na trzecie piętro. Babsztyl spojrzał na mnie, jak co dzień, z pewnym niesmakiem i wyciągnął klucz do biura, podając mi go z obrzydzeniem jak zdechłą mysz. Poczułem z ulgą, że drzwi windy zamykają się za moimi plecami i ciarki jakich zawsze dostawałem, kiedy ktoś gapi się na mnie z tyłu powoli mijają.
Ostatecznie była uzbrojoną i nieźle przeszkoloną babą o posturze NRD-owskiej lekkoatletki. Może to niemęskie ale odrobinę się jej bałem. Odkąd zaczęła tu pracować, widać było, że darzy mnie antypatią, chociaż starałem się, żeby nie dać jej poznać że odwzajemniam to uczucie. W swoim dobrze rozumianym interesie. Ostatecznie dostać pałą po plecach nie zalicza się do przyjemności.
Puste biuro o wczesnym poranku ma w sobie coś ze scenografii tanich horrorów. Po takiej nocy jak ta, mój mózg dodatkowo płatał mi figle, podpowiadając sceny z oglądanych kiedyś filmów klasy C czy D. Cholerna wyobraźnia. W ciemnym socjalnym napełniłem czajnik i wróciłem do pokoju. Odruchowo sprawdziłem kalendarz na dziś. Standard. Po południu spotkanie z psycholożką - chodzę na terapię od kilku lat. Wieczorem ma wpaść córka - odkąd została chirurżką w Klinice Uniwersyteckiej, ma coraz mniej czasu dla starego. Czajnik bezprzewodowy powoli zaczynał parować na stoliku obok. Zapach porannej kawy to najprzyjemniejsza część dnia. Potem może być już tylko gorzej.
To prawda.  Było. Ledwie wybiła 8:00 dzwonek telefonu oderwał mnie od sprawdzania maili.
Na górę mi tu !- ten wrzask rozpoznałbym wszędzie. - Dywanik! Natychmiast!
Szefowa nie uznawała sprzeciwu. Zresztą ci co się sprzeciwiali, "kontynuowali karierę poza strukturami firmy", znikając z biurowej rzeczywistości jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki.
Stara czarownica - mruknąłem zabezpieczając komputer i pakując do kieszeni marynarki telefon.  - Pewnie znowu ma problem ze zrozumieniem ostatniego raportu.
Wejście do Gabinetu było jak wrota Hadesu - brakowało tylko napisu "lasciate ogni speranza voi ch'entrate". Podejrzewam nawet że wchodzący dopiekła mieli przyjemniej i większe szanse na wyjście.
Asystentka Szefowej jak zwykle w schludnym kostiumie, kiwnęła mi głową, pomalowaną na wściekle rudy kolor i wskazała na drzwi. W jej oczach błysnęło coś jakby współczucie.
Nawet fajna kicia - pomyślałem lubieżnie i  z ciężkim sercem otworzyłem drzwi.
No w końcu ruszyłeś swój gruby tyłek! - smok nie dawał chwili na zebranie myśli.  - Ale dzisiaj dość już tego! Koniec ciepłej posadki! Masz.. podpisuj albo wynocha! Zrozumiano?
Lekko speszony wziąłem do ręki podsunięty mi papier:


Do najwyższej kontroli komisji czystości gatunku

Ja, niżej podpisana, oświadczam, że urodziłam się mężczyzną wbrew swojej woli. W związku z powyższym wnoszę, aby moje dotychczasowe poczynania jako samca uznano za niebyłe, gdyż działałam zbałamucona ówcześnie panującą męską cywilizacją. Jednocześnie w pełni zgadzam się z powszechnie panującym przekonaniem, iż mężczyzn nie było, nie ma i nie potrzeba.


O k....!  - wyrwało mi się.
Szefowa spojrzała z sadyzmem w oczach i sięgnęła ręką pod biurko - Nie tacy jak ty próbowali śmieciu!
Usłyszałem dźwięk alarmu i trzask drzwi gdzieś z tyłu za mną. Do pokoju wpadły cztery ochroniarki, wszystkie mniej więcej postury tego cerbera z portierni.
Nie chce po dobroci? To pogadamy z nim inaczej dziewczyny - głos Szefowej przeszedł w syk - brać go! I niech poczuje, że nieposłuszeństwo boli!
Przypadkiem wróciło mi właśnie czucie w nogach więc zdołałem uchylić się przed pierwszą i podstawiając jej nogę uniknąć ciosu pałką w potylicę, obróciłem się wokół własnej osi, bardziej przypadkiem niż rozmyślnie, chwytając strażniczkę za nadgarstek i jakimś cudem spowodować, że druga i trzecia wpadły na nią z impetem.
Po moim trupie!  - wrzasnąłem uradowany tym sukcesem i dziarsko jak na staruszka o mojej tuszy wywijając kozła na podłodze, co pozwoliło mi z kolei minąć się z kopniakiem wymierzonym w moje krocze. Walnąłem z całym impetem w drzwi do sekretariatu. Na moje szczęście drzwi otwierały się na zewnątrz. Zdążyłem je zamknąć za sobą kiedy poczułem jak ostatnia z ochrony walnęła w nie z kopa z siłą godną dorosłego bawołu. Wytrzymały. Słuchając wrzasku ślicznotki z sekretariatu przesunąłem pod drzwi szafę z aktami, której w normalnym stanie nie mógłbym nawet odchylić od ściany. Adrenalina działa cuda! Lepiej niż viagra!
W tym momencie usłyszałem jak sekretarka  - żmija jedna, nadaje do swojej różowej komóreczki!
TU JEST! OCHRONA BUDYNKU DO SEKRETARIATU!! - wrzeszczała ruda małpa.
Zamknij się ! wrzasnąłem zabierając jej telefon.
Nie było dużo czasu do namysłu. Trzeba było działać póki miałem jeszcze adrenalinę w sobie.
No tak, mają mnie - pomyślałem  - stąd nie ma ucieczki. Pewnie obstawiły już wyjścia, a winda to pułapka.
Rzucając komórą sekretarki o ścianę, wybiegłem na schody pożarowe i skierowałem się do góry. Drzwi na dach były zamknięte  - ale tego dnia żaden zamek i żadne drzwi nie stanowiły dla mnie przeszkody. Z marszu uderzając barkiem w drzwi wypadłem na dach pokryty białym żwirkiem.
Moje wejście przerwało chyba kopulację jakiejś parze gołębi, ale poza tym dach był pusty. Drzwi zamknąłem i zaryglowałem znalezionym obok kawałkiem metalowej sztaby. Dysząc podbiegłem do krawędzi dachu i rozejrzałem się dookoła. Nie było drogi ucieczki! Najbliższym budynkiem był wielki wieżowiec o szybach lekko różowych w promieniach wschodzącego słońca. Na wielkim billboardzie zawieszonym na całej prawie długości ściany wielki portret Kazimiery Szczuki  uśmiechał się kpiąco patrząc na mnie krzywo - miałem wrażenie że w jej oczach widzę triumf.
Napis wielkimi czerwonymi literami wyżerał mi świadomość - Liga Broni! Liga Radzi! Liga nigdy Cię nie zdradzi! Śmierć samcom!
Drzwi na dach pękły pod naporem szturmujących strażniczek i stanęły otworem. Pozostało tylko jedno. Niczym zaszczuty pies zawróciłem z chrzęstem żwiru w połowie dachu i wybiegłem całym pędem poza jego krawędź.
Nigdy mnie nie dostaniecie! Modliszki! - wrzasnąłem z całych płuc. Zacząłem spadać......






5:30. Cholera.. co za sen... ufff... tylko sen? To wszystko pewnie przez to że przed zaśnięciem oglądałem Kazimierę Szczukę. i Manuelę Gretkowską słodko udowadniające w programie Lisa że mężczyźni to jednak przeżytek.
A właściwie którego to mamy? 8 marca?? Koszmar.....