Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korporacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korporacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 kwietnia 2017

Warsztaty z kulturoznawstwa.

Przypadek zasłyszany w trakcie spotkania międzynarodowego:

- Ten projekt jest źle zrobiony! To trzeba zmienić! Bo dlaczego niby pole FIRST name, zawiera tylko pierwsze imię a LAST NAME tylko jedno nazwisko!

- Hmmm? No......... przecież to w sumie tak już jest. Słownik języka angielskiego mówi wyraźnie, PIERWSZE IMIĘ i OSTATNIE NAZWISKO! No przecież to norma taka. Międzynarodowa!

- Ale nie w Hiszpanii! Tu każdy ma przynajmniej dwa!

Na takie dictum w istocie nie ma już żadnej sensownej odpowiedzi.
I tak lepiej wypowiedzieć Pablo Diego Jose Francisco de Pula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano la Santisima Trinidad Martyr Patricio Clito Ruiz y Picasso niż Grzegorz Brzęczyszczykiewicz




sobota, 18 lutego 2017

Rozmowa rekrutacyjna

Tak czasem zdarza mi się chodzić na rozmowy rekrutacyjne. Szukam pracy, chociaż to nie takie proste.
Rozmowy bywają różne. Czasami dość stresujące - dla mnie szczególnie zabawne są pytania - co będziesz robił za 15 lat. Cholera, przecież nawet nie wiem czy jeszcze tyle pożyję. Ale z reguły są bardzo poukładane i przewidywalne.
Czasem jednak nie do końca wszystko idzie zgodnie z harmonogramem.
Po grupowej części staliśmy, to znaczy kandydaci, przy ekspresie do kawy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, kiedy otworzyły się drzwi windy i wszedł Chłopak. Będę tak go nazywał, bo nie poznałem jego imienia. Był ubrany całkiem normalnie, w czarną kurtkę na kożuchu, buty na grubej podeszwie i czarne jeansy. I był trochę nieobecny, jakby trafił do zupełnie nieznanego wymiaru.
- Czy to już ostatnie piętro?
- Tak, ostatnie.
- I nie ma nic wyżej?
- Nie, nie ma,
- Acha....
- A czego pan szuka?
- Śmierci...
- Hmm,, tej nie trzeba wcale szukać, To ona sama nas znajduje. Czasem wcześniej a czasem później.
- No, tak... racja. To ja mogę tam wejść? - wskazał na drzwi sali gdzie odbywały się rozmowy rekrutacyjne. - Ja tylko zapytam o coś.
I wszedł, po chwili rekruterka wybiegła z sali i poprosiła żebyśmy weszli na chwilę.
Chłopak siedział przed stolikiem i rozmawiał z drugim rekruterem. Nie wiem o czym, ale było dziwnie.
Podszedłem do niego :
- Chodź,... odprowadzę cię na dół.
- Dobrze.
Wstał i potulnie poszedł ze mną do windy.
- Każdy szuka sukcesu, I dobrej roboty. - powiedział z namysłem.
- Tak. To prawda.
- A sukces to kasa i dziewczyna, którą kochasz.
- Dziewczyna, którą kochasz, która jest przy tobie to szczęście nie sukces. Chociaż i na to trzeba zapracować.
- Może i tak..
- To chodzi o dziewczynę?
- Tak,
- Dasz radę?
- Dam... ... nie...... nie wiem... Potrzebuję chyba kogoś, kto się mną zajmie.
Chłopak odjeżdżał coraz bardziej od rzeczywistości.
W końcu obsługa hotelu wezwała patrol policji. A Chłopak siedział potulnie na krześle w holu pomiędzy policjantami i mówił, że chce jechać do Bydgoszczy.
Poczułem, że to wszystko jest kompletnie nierzeczywiste, do bólu nierealne i irracjonalne.
Podobno nie ma przypadków. 

piątek, 22 sierpnia 2014

Wizytacyja część 2

Dzyń, dzyń, dzyń... dziwne, przy poruszaniu głową słyszałem dźwięk dzwonu kościelnego monstrualnych rozmiarów. "Łeee.." - wybełkotałem, wypluwając jednocześnie z ust zgniłą słomę i jakieś trudne do zidentyfikowania resztki . Świadomość powoli wracała, łącznie z pamięcią.

środa, 20 sierpnia 2014

Wizytacyja część 1

Właściwie już od wczoraj czuło się pewne napięcie. Z samego rana na dziedziniec wjechał na spienionym koniu kurier i nawet nie uwiązawszy chabety, wleciał po schodach do komnat Hrabiny, trzaskając okutymi żelazem drzwiami. Po chwili wszyscy, co znaczniejsi, wezwani zostali na naradę a po zamku gruchnęła nowina: "WIZYTACJA!" Nastał więc tumult i przygotowania, jak do oblężenia. 

niedziela, 29 grudnia 2013

Współczesne pola bawełny

Poczytałem sobie skargę pracownika Alior Banku, na traktowanie z jakim spotkał się w call center. Polecam tekst:  http://www.dziennikwschodni.pl  I tak jakoś zachciało mi się go skomentować.

Jak widać dyrektorzy i kierownicy (O pardon! Managers and Supervisors) Alior Banku, przejmują wprost techniki zarządzania rodem z Indii i Stanów Zjednoczonych. Zapominając o etyce, zwykłej ludzkiej przyzwoitości i zdrowym rozsądku. Widać, tak się kształcą na SHG czy w innych supermodnych i snobistycznych uczelniach. Pracownik jest jedynie niewolnikiem pracodawcy, nie ma praw i nie ma powodów do traktowania go jak coś lepszego niż zwierzę, któe ma wykonać plan i zapewnić premię dla kierownictwa. W razie gdyby się wypalił czy był na tyle nierozsądny żeby upomnieć się o swoje prawa  - zawsze można go zwolnić dycsyplinarnie lub w zwykły sposób. A pracy sobie nowej w tym naszym Bździszewie nie znajdzie tak łatwo. I co ma innego zrobić ktoś kto ma kredyt mieszkaniowy, dzieciaki na utrzymaniu lub właśnie udało mu się załapać pierwszą pracę?
Dlatego rozumiem, że pracownicy wolą siedzieć cicho, co z kolei sprawia, że samozadowolenie i samozachwyt manegerów rośnie i sięga niebotycznych wyżyn absurdu.

Przyznaję, że takich ludzi, pełniących keirownicze funkcje i to nawet powiedzmy sobie szczerze, sięgające samego Zarządu w wielu firmach, znałem, chociaż przyznaję że znajomości tej podtrzymywać nie zamierzam. Bo mam ten luksus, że znajomych mogę sobie wybierać.

Już nawet nie to, że są oni przeknani święcie o swojej nieomylności i prawie boskiej władzy. Czasem pomimo ukończenia zagranicznych renomowanych uczelni, trzech czy czterech fakultetów, w rozmowie wyłazi z nich po prostu elementrany brak kultury, dobrego wychowania czy jak to tam chcemy nazwać. Przypominam sobie jak słyszałem kiedyś pana Wielkiego Managera, który w stosunku do swojego podwładnego (Mniejszego Managera) przy jego z kolei podwładnym, czyli mnie, używał steku takich przekleństw, że przyznaję  - nie znałem połowy z nich. A sądziłem podówczas, że jestem dość dobrze obeznany z językiem polskim. No i co ? I nic. Dalej robi karierę i jest ceniony na rynku pracy.
Jak widać nadal nie jest ważne jaki jest temat pracy. Ważne kto jest promotorem!

Z drugiej strony, my pracownicy takimi pracodawców naszych czynimy, kłądąc uszy po sobie i zamykając gęby, zachowujemy się jak Boxer z orwellowskiego Folwarku Zwierzęcego, obiecując sobie, że dla sprawy będziemy pracować jeszcze więcej.  I boimy się mówić o tym co jest nie tak, co możemy zmienić, żeby było lepiej, a jedynie przyjmujemy na siebie więcej i więcej obowiązków bojąc się utraty dochodu.
Boimy się mieć własne zdanie i strach ten rozumiem. Nie możemy jednak stać się niewolnikami naszych lęków i nie możemy tracić swojego człowieczeństwa na rzecz wykonania nierealnego planu mającego zapewnić zysk akcjonariuszom i premie zarządowi.
Jeśli więc nasi pracodawcy życzą sobie pracowników kompletnie odmóżdżonych, zastraszonych i bezwolnych, znaczy, że coś jest nie tak. I mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że w dłuższym okresie czasu będzie to miało negatywny wpływ na ich zyski i pozycję ich firm na rynku. Stara zasada, że z niewolnika nie ma pracownika, nadal się sprawdza w ekonomii. Szczególnie w Polsce, gdzie od wieków jesteśmy przyzwyczajeni do działań partyzanckich i sabotaż oraz kombinatorstwo mamy w genach.


  

wtorek, 1 października 2013

Poranek w korpo - reklamowa porażka.

Nie lubię poniedziałków. Pewnie tak jak przynajmniej 50 % ludzkości. Szczególnie jeśli po całym weekendzie resetowania mózgu należy wrócić do pracy z samego rana.
Jestem pierwszy w biurze. W pokoju, jeszcze ciemnym, unosi się w powietrzu lekki fetorek , łatwo zidentyfikować przyczynę - kosze nie wymienione, a w nich pudełka po piątkowej chińszczyźnie. Przecierając nieco kaprawe oczęta, udaję się do socjalnego z pustym czajnikiem, zapalam światło i machinalnie nalewam wodę pod korek, potem do toalety przemyć twarz i obudzić się trochę.
Strasznie jedzie, pewnie znowu zapchał się odpływ. Cholera. Nie ma ręczników? Nie ma mydła? Ogólnie jest tylko woda. Może przynajmniej papier jest? Nie ma! Ktoś poodkręcał nawet dozowniki mydła i ręczników.





Zrezygnowany, mokre łapy wycieram w spodnie. Wytarcie twarzy w spodnie to zbyt wielka ekwilibrystyka jak dla mnie, więc używam koszuli. Zabieram czajnik i robię sobie kawy.
Otwieram okno w pokoju, nakładam kurtkę i włączam komputer. W skrzynce odbiorczej jedna wiadomość nieprzeczytana. W niej zdjęcie faceta w garniturze, najwyraźniej zadowolonego z życia. Zamykam czym prędzej okienko poczty, ale na pulpicie zamiast kwiatków - uśmiechnięta twarz faceta w garniturze. Odpalam intranet - ten sam facet uśmiecha się bezczelnie i tym razem widzę pewną ironię w tym uśmiechu. W internecie na każdym portalu gość znowu uśmiecha się do mnie z bannerów i reklam. Po chwili, kiedy zamykam oczy widzę tego gościa jak krzywi się do mnie z wyższością w swoim dobrze skrojonym garniturku. I nijak go wyłączyć, przerwać błędne koło, oczyścić mózg z tej wizji.  Wchodzi Paweł i rzuca zdawkowym "cze". Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jeszcze się nie obudziłem. Bitch please!  


piątek, 23 sierpnia 2013

Powaga wymiaru sprawiedliwości

Wchodząc do Sądu obywatel mimo woli przybiera wygląd lichy, durnowaty i czapkę z głowy ściąga z szacunkiem, aby przypadkiem nie zbezcześcić świątyni Temidy i nie ściągnąć na siebie gniewu tejże niewidomej boginii. Tutaj, cytując jedną z moich ulubionych książek, "w większości wypadków znika wszelka logika, a zwycięża §, dusi §, bałwani §, parska §, śmieje się §, grozi §  i nie przepuszcza nikomu".
Już w wejściu przeszukiwany i prześwietlany przez groźnych pretorian, pełniących straż przy detektorach, obywatel narażony jest na opróżnianie kieszeni z drobnych i kluczy, zdejmowanie pasków a czasem, jeśli owi strażnicy mają poczucie humoru i ustawią dyskryminację detektora odpowiednio, nawet butów. Potem przemyka chyłkiem przy ścianie korytarza, spoglądając nieśmiało na Osoby w togach o różnokolorowych oblamowaniach. Aż w końcu staje przed obliczem Wysokiego Sądu kompletnie zagubiony i z przerażeniem spogląda na Majestat i Powagę Urzędu i Osoby. 
Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nieco uważnie, nie wszystko wygląda tak poważnie. Codziennie z pewnym rozbawieniem obserwuję takie oto sceny:





Nie, Drogi Czytelniku - to nie jest bagaż naszych miłych sąsiadów zza Buga, którzy przyjechali aby sprzedać nam swoje przepyszne czekoladki na pobliskim bazarze, ani nawet nie bagaż studentów, którzy sprowadzają się właśnie na stancję do mieszkania piętro wyżej.
To jest służbowa poczta Sądu. Poczta zawierająca dane o powodach i pozwanych oraz tysiące innych superważnych spraw sądowych. Codziennie całe wózki - identyczne jak w hipermarketach (czyżby Sąd "pożyczał" z Biedronki albo Tesco?) - kopert, paczuszek i ekologicznych toreb pełnych dokumentów, są wynoszone z budynku Sądu do samochodu, którym z kolei są dostarczane do innych Sądów lub innych instytucji.
Dlaczego mnie to tak bawi? A no dlatego, że wspomniane, ściśle tajne, dokumenty są wynoszone w taki sposób z budynku SĄDU, walają się na bruku i szczerze powiedziawszy, ma się to nijak zarówno do powagi INSTYTUCJI, jak i bezpieczeństwa informacji. Jeszcze zabawniejsze jest to, że budynek będący siedzibą Sądu, posiada wjazd na parking podziemny, gdzie owe dokumenty mogłyby trafiać bezpośrednio do samochodu, bez konieczności robienia, dla znudzonych pracowników okolicznych firm, podobnego widowiska. Ale pewnie nikt nie pomyślał. Ciekawe, czy w jesienne słoty i zimowe mrozy, ekspedycja dokumentacji będzie odbywała się w ten sam sposób? Ostatecznie Temida jest ślepa, więc pewnie nie zauważy błota na aktach lub przemoczonych dokumentów. W każdym razie pomysłu gratuluję!

poniedziałek, 4 marca 2013

Znajomości nigdy nikomu nie zaszkodziły!

A co tam! W takich trudnych czasach, niepewności tego co będzie za tydzień, miesiąc, rok, nie ma co się oglądać na honor. Jak się ma znajomych i to nieźle ustawionych i potężnych to trzeba się chwalić. A kto wie - może dzięki temu zrobi się zawrotną karierę. Lub przynajmniej utrzyma posadę.  W więc się chwalę. :) Jestem prawomyślny i oddany firmie okropnie. I już od lat wierzyłem, że słuszną linię ma nasz Zarząd :)


piątek, 1 marca 2013

Teksas Rangers nie przybędą czyli wątpliwości na Dzikim Wschodzie


Mam chyba jakieś takie skrzywienie.  Za długo pewnie pracuję w korporacjach. Różnych. I daltego z pewnym sceptycyzmem odnoszę się do tak zwanego usprawniania procesów, wielkich szans dla rozwoju mojej kariery oraz przygody, jaką właśnie mój pracodawca, kompletnie za darmo, funduje swoim pracownikom. Z reguły oznacza to reorganizację struktury (czytaj zwolnienia), zwiększanie kompetencji (czytaj obowiązków) i oczywiście większe "zfokusowanie na targecie" jakim jest optymalizacja kosztów osobowych (czytaj obniżka płacy). A w praktyce? Dochodzi do sytuacji kompletnie debilnych.
Ano, że wspomnę tu  przykład mojego znajomego, który został zwolniony z dniem 1 marca z zaprzyjaźnionej firmy.  Kilka dni przed zwolnieniem, kiedy okazało się że nowy właściciel i jego specjaliści najwyższej klasy, nie bardzo mogą sobie poradzić z zastąpieniem go bo po prostu brakuje im wiedzy i fachowości, otrzymał propozycję umowy na jeszcze 1,5 miesiąca za całkiem niezłą kasę, aby zdążył wprowadzić kogoś w swoje obowiązki. A więc średnio chyba na tym "zaoszczędzono". Podobne akcje są w korporacjach na porządku dziennym a ten i podobne przykłady świadczą dobitnie o tym, że ich działania nie mają nic wspólnego z logiką, sensem oraz jakością procesów jakie są tam wykorzystywane. Liczy się doraźny efekt. Miesięczny obrót, odzysk, zmniejszenie kosztów czy uwolnienie rezerw w danej chwili. Nie liczą się głębsze i dalekosiężne plany ani logika. Być może jest to spowodowane krótkoterminowymi kontraktami dla managerów. Skoro istnieję w danej organizacji tylko na 5 lat to obchodzi mnie tylko to co teraz. A po mnie choćby potop!
Tak jakoś pisze mi się o tym w związku z kolejną reorganizacją, przesunięciami i związnymi z tym kolejnymi obietnicami. I rozumiem chęć utrzymania morale załogi na wystarczającym poziomie w celu uniknięcia paniki, ale czasem brak informacji lub unikanie tematu działa gorzej niż prawda powiedziana wprost. I powtarzanie że będzie dobrze i nie ma się co martwić daje efekt wręcz odwrotny od zamierzonego.
Najbardziej śmieszą zaś ludzie, którzy mówią półprawdy (a jak wiadomo pół prawdy to całe kłamstwo) oraz lawirują w semantyce na forum publicznym, przekonani o swoim ogromnym intelekcie i niskim IQ słuchaczy, opowiadający jak to złapaliśmy Pana Boga za nogi, mając szansę uczestniczyć w czymś tak wielkim i doniosłym. Na pytania natomiast mają uniwersalną odpowiedź  - "To ja się zorientuję i wam przekażę", albo "Nie wiem, ale to przecież nie jest ważne!"  Nie pobije to co prawda narcyzmu jednego z moich kierowników, który na biurku miał swoje zdjęcie w samych slipkach, ale i tak jest przedstawieniem żenującym i wystawiającym marne świadectwo prelegentom.
Co nam pozostaje? Czytać między wierszami, domyślać się prawdy i weryfikować informacje w każdy możliwy sposób. I zachować zdrowy rozsądek i logikę w odbieraniu rzeczywistości. Bo niestety nie możemy liczyć w naszym kraju na Strażników Teksasu z Chuckiem Norrisem na czele - ten zresztą za kasę BZWBK właśnie pojechał na wczasy w Bieszczady -  i niestety w razie czego kawaleria nie przybędzie.  Za to z pewnością przybędzie wątpliwości.


czwartek, 7 lutego 2013

Tłusty czwartek.

Chyba trochę przesadziliśmy ale no cóż. Kształt kulisty jest kształtem doskonałym. A więc dążmy do doskonałości !





środa, 23 stycznia 2013

O pracy, premii dla marszałków i małych miastach

Przy okazji wielkiej przygody, jaką zafundował nam nowy pracodawca, rozmyślania częściej niż zwykle kieruję w stronę poszukiwania nowych możliwości. Taki odruch warunkowy  - jak tylko nasi szefowie mówią o przygodach, to od razu odpala mi się strona pracuj.pl. Na wszelki wypadek. Bo wypadki jak wiadomo się zdarzają. Szczególnie, że reguły są równie zmienne i zależne od widzimisie pracodawcy, jak obecna pogoda. Niestety my nie możemy strajkować, czy nawet zagrozić blokadą kancelarii premiera. A więc przyglądając się pracującym przy odśnieżaniu, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, że nie będę musiał, z drugiej, że jak będę musiał, to śnieżyce będą szalały do maja.
Swoją drogą nie jest to chyba taka zła praca. Jadąc Wrotkowską o godzinie 7.00  rano, codziennie widzę następujący obrazek  - pięciu gości zajętych odśnieżaniem, z czego czterech stoi lub ciągnie za sobą łopaty a piąty machający łopatą, aż miło, lub pchający ją przed sobą zawaloną śniegiem. Czyli jak widać wszędzie jest jeden jeleń, który zap...., znaczy pracuje i co najmniej kilku, którzy dbają o jego PR, HR oraz strategię pracy, aby biedak wiedział gdzie i co odśnieżać. Mam nadzieję, że załapię się do kadry kierowniczej, jak już będę musiał


Na szczęście jest w Polsce zakład pracy, który docenia swoich pracowników, kupuje im drogie zabawki (np. iPady), żeby nie nudzili się w pracy, zapewnia im darmowe przejazdy koleją i komunikacją miejską oraz służbowe limuzyny do dyspozycji, gratisowe wycieczki zagraniczne oraz szeroki pakiet socjalny - darmowe noclegi, wyszynk oraz ochronę, hołubi ich jak matka swoje ukochane dzieci, nie zmuszając nawet do chodzenia do roboty, a na dodatek daje im premie - no przynajmniej kadrze kierowniczej  - po 40 tysięcy na łebka. Pewnie wszyscy się domyślili - to Sejm Rzeczpospolitej Polskiej. Takie rzeczy tylko tam!
Pani Marszałek Kopacz przyznała właśnie sobie i swoim wicemarszałkom po 40 tysięcy premii (sobie 45 - spryciula). W wywiadzie dla mediów oczywiście stwierdziła, że marszałek ma takie prawo a jej współpracownicy i ona zasłużyli sobie ciężką pracą.
Pani Marszałek! Błagam! Będę pracował ciężej, niż panowie Kuchciński, Grabarczyk, Grzeszczak oraz Wenderlich i pani Nowicka razem wzięci! Mam ponadto odpowiednie kwalifikacje i niebagatelne doświadczenie, znam 4 języki obce i to wszystko jedynie za przeznaczoną dla nich premię bez miesięcznego wynagrodzenia!
A tak serio - odrobinę przyzwoitości, do jasnej i niespodziewanej Anielki, by się przydało - pani Kopacz rozdaje NASZĄ KASĘ! I to bardzo szczodrze. A przypominam, że część z nas nie mając sejmowych gaży, musi przeżyć cały rok za sumę znacznie mniejszą niż 40 tysięcy  - utrzymując rodziny i spłacając kredyty. To, że marszałek sejmu ma takie prawo nie oznacza, że ma taki OBOWIĄZEK - różnicę pomiędzy prawem a obowiązkiem wyjaśni pani marszałek byle student pierwszego roku prawa! Nie jest to więc konieczność czy prawo a zwykła PAZERNOŚĆ, KUMOTERSTWO i zwykła GRANDA! Kropka.
Wracając do przygody - nieustannie mnie zadziwia sposób myślenia w korporacji. To, że każda korporacja ma swój język zdążyliśmy się przyzwyczaić, chociaż nadal potworki językowe w rodzaju "popuszać" (od angielskiego to push - czyli popchnąć, skłonić kogoś do zrobienia czegoś), straszą mnie równie bardzo, co bawią. Ale dzisiaj z tej całej radości przeżywanej przygody dowiedziałem się, że nasze Bździszewo, nie jest dużym miastem. Owszem Wrocław, Poznań czy Bydgoszcz jest, Świętochłowice są, ale Lublin już nie.
Biorąc pod uwagę całokształt, to jak tak ma nas traktować Polska "A", to ja strzelam regularnego focha. Połączmy się z Cełmem, Zamościem i Świdnikiem, zażądajmy autonomii a potem korytarza do morza. W sumie patrząc na całokształt - kto wie, czy na dobre by to nam nie wyszło. W innym wypadku obawiam się, że do końca świata i o jeden dzień dłużej będziemy traktowani jak tania siła robocza dla wyżej rozwiniętych regionów a wszystkich nas będą doiły partie polityczne, będące akurat u władzy bez różnicy czy z lewej czy z prawej strony sceny politycznej.
A śnieg nadal pada.


czwartek, 6 grudnia 2012

Jedzie pociąg z daleka.

Przeczytałem sobie gdzieś, że prezes PKP pan Karnowski ma około 60 tysięcy złotych pensji plus jakieś 50% tej sumy, premii a także dodatki w kwocie, której nie pamiętam. I nie ma czemu się dziwić. Facet pracuje dniami i nocami, żeby było europejsko, tanio i ogólnie super. Czyż nie widać wszędzie, że koleje nasze są nowoczesne, tabor nowiutki i lśniący a obsługa po prostu cudowna i przemiła? Szczególnie przed Euro widać to było w telewizji, a ta przecież nie kłamie!.
Ostatnio, na użytek podróży służbowych korzystałem z polskich kolei. To podobno taniej i wygodniej, .
bo pociąg zapewnia wybieg dla co mniej cierpliwych, miejsca, gdzie można sobie wypić coś lub zjeść i ogólnie społecznie fajniej, bo można pogadać, poznać ciekawych ludzi i temu podobne.
Ponieważ od dobrych 15 lat chyba nie  miałem przyjemności rozsiadać się w przedziałach pociągów dalekobieżnych, pełen nadziei i niecierpliwości, wysiadłem pod dworcem głównym i nieco zagubiony podreptałem na miejsce spotkania z kolegą posiadającym BILETY, z miejscówkami nawet.
Biorąc pod uwagę, że ostatnio wiele się mówi o kolejach w różnych aspektach - nie tylko katastrof i wypadków, ale i postępu na przykład, liczyłem na pewną dozę nowoczesnego luksusu i komfortu.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy poczułem znajomy zapach sprzed lat. Zapach kojarzący mi się z dzieciństwem, kiedy ojciec- pocztowiec, zabierał swojego pierworodnego na wycieczki to tu, to tam w służbowym przedziale wagonu pocztowego. Z lubością i uśmiechem więc wdychałem aromat pociągu. Przyjemny jedynie ze względu na wspomnienia. Albowiem dominującym akcentem tego bukietu, zawsze była i jest nadal,  toaleta kolejowa, której zapachu będącego mieszanką aromatów i odorów właściwych tylko temu miejscu nie da się z niczym pomylić.
Na reklamie:



Podobnie jak zapachu przedziału i starej tapicerki, która doczekała swoich lat w braku poszanowania przez pasażerów. A wszystko okraszone zapachem laminatu i metalu, nieco nadżartego zębem czasów. Ale przecież do wszystkiego idzie się przyzwyczaić.
Znacznie mniej przyjemne było to, że okna ostatni raz były myte prawdopodobnie jakieś dwa lub trzy lata temu. Co znacznie utrudniało obserwację pejzaży naszej pięknej Ojczyzny przesuwających się w dość wolnym tempie za oknem pociągu. Jak się okazało poza tym, od mojej ostatniej jazdy pociągiem nieco utyłem i ledwo mieściłem się w granicach przewidzianego dla mnie miejsca. Siedzenia w przedziale 2 klasy, tak są bowiem zaprojektowane i wykonane, że przy pełnym obłożeniu miejsc, czyli osiem osób w przedziale, jedyną pozycją możliwą do zajęcia przez pasażera jest pozycja jaką zwykł przybierać na swoim tronie faraon Egiptu, z wyłączeniem korony i insygniów władzy. Co nie jest wcale męczące! Przez pierwszych 30 minut jazdy. Potem jednak coś chciałoby się zmienić. Kiedy jedzie z nami paczka znajomych obu płci, wszelkie konfiguracje i położenia ciał będą możliwe, a nawet momentami przyjemne. W przypadku jednak osób obcych, lub jednej płci są wykluczone i prowokacyjnie niestosowne. 



W rzeczywistości: 
Dodatkiem czyniącym całość podróży jeszcze ciekawszą jest ogrzewanie, które jest włączone na max lub wcale i sprawia, że stłoczeni w przedziale pocą się jak myszy lub szczękają zębami w kurtkach i rękawiczkach.
Co do obsługi nie narzekam, każdy może mieć gorszy dzień. Konduktor nawet się uśmiechał pod nosem, ale już SOKiści nawet się nie przywitali i raczyli jedynie pogrozić kolegom, mówiąc że zabronione jest spożywanie napojów alkoholowych i jak będą wracali to piwo ma zniknąć, bo wlepią nam mandat. Piwo oczywiście zniknęło w naszych gardłach. Więc co im to dało? Za to imprezy dwa przedziały dalej nie zauważono, tak jak dyskoteki urządzanej przy użyciu telefonu jednego z pasażerów. No ale pewnie wszyscy oni zarabiają znacznie mniej niż prezes Karnowski, więc co się dziwić.
Palić w wagonach też nie można. Co najdziwniejsze, chyba na wniosek partii Palikotów, napisy mówią jedynie o tym, że zabronione jest palenie TYTONIU. Czyli jakby kto miał inne zioło - proszę bardzo - palcie do woli! Niestety nie miałem, a pewnie ubarwiłoby to znacznie naszą podróż.
Osławione Intercity, na które załapałem się w odwrotną stronę, było jeszcze zabawniejsze. Co prawda fotele wygodniejsze, ale już w tym wagonie, w którym były miejsca, nie było za to przedziałów, więc 40 osób siedziało na "ołpenspejsie" (taki wtręt korporacyjny) i musiało bawić się swoim towarzystwem przez dwie godziny, lub zapaść w lekturę tego, co kto miał. Jedynym bonusem był poczęstunek - herbatka lub kawa. A ja jako, że nie urosłem zbytnio, dodatkowo przeżyłem publiczne upokorzenie, podskakując jak grubawy pasikonik, w celu umieszczenia swojego bagażu i kurtki na półce nad siedzeniem. W końcu kolega się zlitował, widząc moje bezskuteczne i nieco pewnie zabawne podskoki i włożył moje klamoty na półkę. Żeby nie było, za bilety z Poznania do Lublina zapłaciliśmy prawie 100% więcej, niż w stronę odwrotną (ostatecznie ekspres i herbatka, nieprawdaż).
Ostatecznym ciosem było dla mnie to, że do stolicy Wielkopolski podróż z mojego ukochanego Bździszewa trwa jedynie 6 godzin i 30 minut. Pociągiem pospiesznym i tyleż samo ekspresem z przesiadką w Warszawie. Samochodem natomiast, aż 5 godzin i 30 minut, przy średnim nadużywaniu mocy silnika i poszanowaniu większości przepisów. Jedynym plusem podróży PKP pozostają więc dobre humory współpasażerów a więc gdyby nie to, że nie dostanę delegacji na samochód prywatny, to na drugi raz to ja bym to ogólnie pendolino.


czwartek, 27 września 2012

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Reminiscencje wyprawy wojennej.

Jakoż wiadomo wszem, iż czyny bohaterskie a sławne godzi się na wieczystą pamięć pokoleniom przyszłym pozostawić, ku ich zbudowaniu i sławie bohaterów nieśmiertelnej, tak ja rycerz prosty, słowami niewprawnymi wyprawę ową, w której przyszło mi udział brać opisać pragnę, aby rycerskie czyny i chwała wojenna Kniazia naszego miłościwie nam panującego i wojsk jego przesławnych w zapomnienie pójść nie mogły a pieśnią przez potomków naszych wychwalane były na wieki. 
A poczęło się ono zbożne dzieło w piątek 15 czerwca roku pańskiego 2012 o świtaniu prawie. Na rozkaz wydany przez miłościwie nam panującego Kniazia naszego Jaśnie Oświeconego, w miejscu zwanym Globusem, gdzie igrzyska sportowe odbywać się w mieście naszym zwykły, hufce nasze w liczbie ponad pół sta rycerzy godnych a drugież tyle lub i więcej białogłów, jako że w ziemi naszej te równie w polu stawać gotowe, zebrały się sprawnie, prowadzone ręką wprawną przez chorążych. I każdy rycerz z ochotą stawał zbrojny ilością trunku, zdolną zabić stado elefantów afrykańskich. Ruszyliśmy tedy ku północy, śpiewając w drodze miast  "Bogurodzicy", pieśń równie miłą uchu, "Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa.. do Mrągowa nad jeziorem Czos".  Celem bowiem owej wyprawy, tak dzielnie poczętej miał być gród ów od wrażego Mazurów panowania srodze podówczas pognębion i zażycie wojny a zdobyczy wojennej, której wojska nasze dzielne i waleczne, od lat i miesięcy nie zaznały. Łupów też siła każdy obiecywał sobie do dom przywieźć, jako iż wiadomym jest, że ziemie one słynne dobrobytem, a i bogactwem turystyką zwanym, której zażyć nam obiecywano z dobrodziejstwa Wodza i Kniazia naszego. 
Przyznam, że z ochoty mało co i całkiem gardeł nie zdarliśmy, wznosząc na cześć Księcia Pana okrzyki radosne i wyjąc pieśni pełne męstwa, choć od gorąca i okowita w jukach naszych, szybko mimo klimatyzacyji, nabrała temperatury pokojowej. Co jak każdy rycerz cny rozumie, po drugiej kwarcie i tak nikomu nie szkodziło. Siedząc z dobrą mą kompanią na samym przodzie górnej galerii wozu naszego, doprowadzaliśmy do rozpaczy siedzących pod nami towarzyszy, którym gorzej się powiodło, albowiem z braku zwierzchności jakowejś i służby zbywszy zawczasu, mogliśmy jako to na każdej wyprawie dobrej rycerstwo na śmierć idące, pić na umór i zażywać pieśni, aby w chwilach ostatnich zaznać radości i dobrej kompanii, z którą i w bitewny ogień nie strach skoczyć. 
Jakoż i drogi samej to może i nie zapamiętaliśmy wiele, za to malowniczo wysypaliśmy się kwieciem różnokolorowych szat na dziedziniec zamku, w którym kwatery nam naznaczono i z pewnym trudem, albowiem korytarze kręte były i ciemne a łuczywa znaleźć nijak nie było, trafiliśmy do komnat naszych. Po obiedzie obfitym, w stanie ducha pogorszonym chorobą straszną jaka każdego po okowicie dotyka a kacem wśród ludu naszego zwaną, z miną nietęgą udaliśmy się na wojsk odprawę, gdzie bakałarz jakowyś, rady dawać miał nam jako to do zwycięstwa dojść poprzez sztukę umysłu. Szczęśliwie jeno kwadrans trwało misterium ono - nikt nie był w stanie zdzierżyć dłużej  - druh mój serdeczny Emil z Olszowa, magister scientiorum  - w sztuce matematycznej kształcony, do tego stopnia pogrążon był, iż nie potrafił napisać rzymskich cyfr do dziesięciu i ósemkę zapisał był jako IIX, co salwą śmiechu skwitowali ci co śmiać się jeszcze mogli i przytomnie widzieli co się dzieje. Takoż i wojsko utyskiwać poczęło, iże po tak trudnej drodze wywczasu właściwego nie zażyło i przeciw dyscyplinie sarkać.
A tu bez litości wodzowie nasi, miast pozwolić wojsku dojść nieco do siebie - jako ćwiczenia taktyki gry miejskie na orientację zarządzili. Wymarsz ogłoszono natychmiast po onej  konferencji, w grupach niczym na bitwę straszliwą uszykowanych! I biegiem marsz! Estymą wielką darzę ów "biegiem marsz" zazwyczaj, ale w moim wieku podagra i nieznośny ból istnienia, wywołany przez niebagatelną ilość trunku spożytego w trakcie jazdy, obiadu i piętnastominutowej przerwy, wywołały niejaką niechęć, jeśli nie niemożność, nadążenia za znacznie mniej posuniętymi w latach i doświadczeniu drużynnikami i białogłowami, które rącze będąc nad miarę, popędziły w przód, za siebie się nie oglądając. 
Pragnąc mimo wieku posuniętego i choroby onej, która do biegu niezdolnym mnie uczyniła, wszelkie rozkazy wypełnić, chciałem pędzić za nimi, lecz niestety napotkany tubylec nie zechciał mi użyczyć roweru, odpór prośbom moim stanowczy dając. Nic więc dziwnego, że zmordowany upałem, zostałem daleko w tyle, utykając na lewą nogę i klnąc jak szewc, dla niepoznaki. Ot i starość - pomyślałem - pewnie zagubię się tu w kraju onym pogańskim i kres kompletny na mnie przyjdzie. Zginę tu ja i pchły moje! 
Los mój jednak, dopełnić się miał widać kiedy indziej  - oto kątem oka dostrzegłem nadchodzące zbawienie w postaci niedobitków z innej grupy - tak się składało, że i oni całkiem również upadli na duchu i ciele i mimo ochoty wielkiej zagubieni byli tak jak ja! Cóż za przykład więzi i zintegrowania wojsk naszych! Byłem oto ocalony i mogłem walczyć o wraz z towarzyszami mymi samopięt. Tak więc postanowiliśmy godnie uczcić nasze wybawienie, w najbliższej gospodzie. Tamże gasząc pragnienie i topiąc smutek i troskę o towarzyszy, którzy niechybnie w bitwie zdobywali sławę, w zimnym kuflu piwa z soczkiem, dzięki zanosiliśmy niebiosom za wybawienie z tak trudnych terminów. Przekonani, że owa driakiew lekiem będąca na wszelkie przypadłości, sił nam doda niechybnie, abyśmy i my mogli hańbę słabości naszej zmyć mogli bohaterskimi czynami
Jakoż po chwili rozległo się wołanie o pomoc towarzyszy, którzy zostali wcześniej od nas na tyłach i postanowili odbić pobliski obozu naszego bar pohańcom! Jako odważni woje, nie mieszkając ruszyliśmy w sukurs - akurat zbieżnie do drogi powrotnej do naszego obozu, a całkiem i zupełnie w innym kierunku, niż pozostałe wojska nasze. Po dość krótkim marszu, zmęczeni ale wciąż waleczni duchem, przyłączyliśmy się do towarzyszy naszych, plądrujących pobliską tawernę u Zygiego, gdzie na szyldzie we wrażym nam języku germańskim, stało napisane Bei Sigi - stąd też i wściekłość nasza, a chęć zdobywania onego miejsca, aby dać znać germańskiej zawierusze, że z Polakami wygrać nie zdoła. Tak i zwycięstwo ono dzięki zapałowi naszemu, pewnym się stało i sławę naszą chwalić mi tu przyjdzie, jako że po kilku ledwie chwilach i bez oporu prawie bar został wzięty, a dzielni woje zmęczeni lecz szczęśliwi, mogli znów wzmocnić się szlachetnym chmielowym trunkiem. Po splądrowaniu piwniczki zdobytej tawerny i pozostawiwszy towarzyszy ucztujących, radosnych i bezpiecznych, ruszyłem nie napotykając oporu, ani sił sprzymierzonych, w stronę zamku naszego, zażyć odrobiny wywczasów nim nadejdzie reszta wojsk naszych, aby gotowym być do dalszej służby wiernej jak szlachcicowi przystało.Takoż i jakąś godzinę później sterani walką, acz dumni - zazdrosnym wzrokiem patrząc na nas  - pachnących po kąpieli i w czyściutkich strojach, wrócili sławni woje nasi głośno chwaląc się zwycięstwem i przewagami jakie w trakcie onej bitwy wielkiej zdobyli. A to stając oko w oko z tubylczym plemieniem pogańskim, tuż syreny za przeciwniczki mając i inne stwory spotykane jeno w legendach. A chełpiąc się niemiernie z czynów swoich niezwykłych. 
Ostatecznie po dwóch godzinach, kiedy wszyscy rozpełzli się po hotelu i okolicy, dokańczając pozostałe z podróży napitki, tudzież zażywając kąpieli i masaży, leczących rany w bitwie otrzymane, zwołano wszystkich z powrotem do sali, gdzie już w gotowości stał słynny bard - Paweł z Eski, pełen krotochwil i pomysłów na to jak
zabawić towarzystwo konkursami, śpiewem i tym podobnymi igrami. A wszyscy, prócz nielicznych w których grupie się znalazłem, szaty założyli przednie a frymuśne na modę lat 70-tych poprzedniego wieku. Zabawa więc miała się odbyć pod hasłem ówczesnym "sex, drugs and rock'n'roll" z języka Angielczyków wziętym a oznaczającym poróbstwo, okowitę i muzykę. Jakoż tak i było. Przyznać  trzeba, że widok białogłów nam towarzyszących niezwykły był, jako iż zwykle w kaftanach zgrzebnych a strojach prostych chodzące, tu nad podziw godnie prezentować się zdały. Gdyż na co dzień ani w połowie tak powabnie nie wyglądają. Chociaż może wrażenie owo potęgowała ilość trunków wysoce szkodliwych, jakie nadal w siebie wlewaliśmy, siedząc w trakcie gier i zabaw w komnacie, gdzie napitek i jadło służba zamkowa na rozkaz Kniazia nam przygotowała. Niektórzy rycerze w ich liczbie i druh nasz serdeczny Emil z Olszowa, również stroje przywdziało wymyślne a sprośne, ku uciesze gawiedzi a w szczególności białogłów. Nas jednak doświadczonych wojów niewiele rzeczy było w stanie oderwać od pełnych pucharów. Może z wyjątkiem tańców. W których biegłość równą ochocie wykazywać nam przyszło jako że po tej ilości wypitej gorzałki większość z nas uznało się za tancerzy nie gorszych od znanych trubadurów zamorskich- Johna Travolty czy Patryka Swayze. Jakoż w istocie wszyscy z mniejszym lub większym efektem wywijali hołubce mniej więcej do rytmu. Zdawało się, że nikomu to nie przeszkadza więc zabawa szła w najlepsze. Tu jednak i ówdzie, ze zmęczenia pewno, niektórzy rytm poczęli gubić kołysząc się zgoła w innych melodiach niż akurat wybrzmiewające, a potem w grupach lub samowtór poczęli znikać z parkietu, na dłuższe lub krótsze chwile.



W samym zabawy szczycie, nadeszły niespodzianie hufce pogańskie plemienia Mrągowian z zamiarem odbicia nam zamku, zapasów oraz prawdopodobnie palenia i zadania gwałtu wszelkiego (o czym w wielu wypadkach i mowy po prawdzie być nie mogło). Zaroiło się tedy ćmą pogańską i niczym szarańcza szło na nas od lasu. I wtedy własnymi oczami ujrzałem Kniazia naszego jako z błyskiem lwim w oku na czele wojska staje i swych rycerzy woła i druhów moich serdecznych Grzegorza z Wierzchowisk i Maćka z Czechowa, jak mężnie w polu stają w gotowości - a każdy w ordynku. Mimo, iż z głów się kurzyło jeno hetman zawołał, tak i wojsko sprawiło się dzielnie. Wróg ujrzawszy wojska straszliwe i uszykowane, serce do walki całkiem stracił i pole oddał pierzchając w popłochu. Tak też i bez bitwy, dzielne wojsko wróciło do zabawy przerwanej tak nagle i nagrodę po większej części odebrało z rąk dam swoich. Ja jako, że swojej damy nie miałem na podorędziu, nagrodę sam wziąłem w postaci kolejnego garnca piwa wybornego. I tak też walcząc bezkrwawo, do świtania samego większość legła w jakiej bądź komnacie pozostawiając na placu samych najwytrwalszych. Ci też w końcu na spoczynek się udali, jeno ja jako rycerz błędny, samotnie na pomoście siedziałem cierpiąc losu swego i opilstwa karę. Nad ranem też jako pierwszy z miną męczennika zwlokłem się na śniadanie i z niejaką satysfakcją wysłuchiwałem wieści przynoszonych przez towarzyszy powoli zbierających się na posiłek do refektarza. A wieści to były tyleż zatrważające co krotochwilne. Chwała jednak upływowi czasu  - czas bowiem było zapakować się do autobusów i wracać. I tak po drodze wychwalając swoje przewagi bitewne - na bardzo różnych polach, a każdy miał inną do opowieści i chełpienia się  historię, do domu wróciliśmy szczęśliwie i w gronie nieuszczuplonym bitwą ni chorobą. Takoż i opowieść moja kresu dobiega albowiem wszystko kres swój znajduje niechybnie.