Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rekiny pracy.

Wypoczywam. To znaczy leżę sobie na trawie, liczę chmury albo leniwie rozglądam się po okolicy. A okolica jest prześliczna. Mazury, niewielkie miasteczko w którym wszyscy znają wszystkich i ogólnie rzecz biorąc niewiele się dzieje. Jezioro w którym nawet raki bytują sobie całkiem spokojnie, dając świadectwo czystości wody znacznie pewniejsze niż SANEPID. Obserwując przyrodę, oprócz łabędzi, perkozów dwuczubych, zauważyć można również ciekawe zachowania gatunku homo sapiens.

wtorek, 17 czerwca 2014

Oldboy na koncercie - Owocobranie 2014

Jestem już w wieku, kiedy chodzę na koncerty wtedy kiedy córka chce, bo sama jeszcze nie może. W dodatku występujący wykonawcy mogliby być moimi dziećmi, a dla odmiany moi ulubieńcy, jeśli w ogóle występują, to z balkonikiem i kroplówką (Rolling Stones się trzymają jeszcze). Jednak grunt to dobra zabawa. W gronie gimnazjalistów i dziwnych gości w dresach i czapeczkach z wielkimi daszkami. Przynajmniej miałem uzasadnienie swojej obecności, podobnie jak reszta nielicznych dinozaurów, w postaci aparatu  i Smarkuli podskakującej i piszczącej przed samą sceną. Zresztą nie było żle.




















poniedziałek, 11 listopada 2013

Dzień Niepodległości 2013

W Warszawie na ulicach rozruchy, w telewizjach biadolenie nad podziałami narodu a u nas spokój i błogostan, jaki tylko na prowincji być może i być zresztą chyba powinien.
Przyznaję, że było odrobinę zimno, ale można było jak zwykle popatrzeć na składających wieńce, na popisy wojskowej orkiestry dętej - w tym roku ujęli mnie dość brawurowym wykonaniem marsza imperialnego z Gwiezdnych Wojen.
Jak zwykle grupy rekonstrukcyjne stanęły na wysokości zadania, dodając do kolekcji również malowniczy obóz kosynierów (w tym kosynierek, co z pewnością atrakcyjniejsze dla męskiej części odwiedzających). A poza tym pośpiewałem sobie z harcerzami do bólu gardła. Co fajniejsze pośpiewali sobie i inni. Miło było popatrzeć jak wspólnie z zuchami i harcerzami, śpiewają też przechodnie oraz babcie i dziadkowie a maluchy potupują do rytmu i tańczą sobie do znanych melodii w rodzaju "Przybyli ułani".
Oglądając wieczorem wiadomości myślałem, że dobrze jest mieszkać w mieście, może nie tak wielkim, ale za to normalniejszym niż stolica. I oby takim zostało.
Polityka i tak miesza się do nas bezustannie, a dni takie jak ten, są po to żeby pamiętać cenę jaką za wolność zapłacili nasi dziadowie i rozmawiać ze sobą. Z przygodnie spotkanymi ludźmi, którzy uśmiechają się do nas, częstują herbatą, albo po prostu przystają i na chwilę pozwalają i nam się zatrzymać razem z nimi. Tak to właśnie widziałem:



 















czwartek, 31 października 2013

Zombieland w Bździszewie

Świt powoli podnosił mgłę nad pobliskimi zaroślami ,z których powoli jakby w zwolnionym tempie wyłaziła grupa zombie, okutanych w kilka warstw zetlałych i znoszonych szmat, ruszyły w stronę magazynu.
Zakląłem cicho pod nosem i wyrzuciłem niedopałek papierosa, rozgniatając go podkutym obcasem buta. Zaczyna się - przemknęło mi przez myśl - Nic to. Ci nie są groźni, Najgorzej, że część zdobyczy może przepaść zanim zdążę się dostać do magazynu. Czas się pospieszyć.
Zombiaki nie przerażały mnie nigdy, były powolne i niezdarne. Większość przeciwników na oko wyglądała jak oddział geriatryczny pobliskiego szpitala kolejowego. Wobec czego nie powinna stanowić zagrożenia. Kilku żółtodziobów w wieku gimnazjalnym też nie.  No może ten gość postury Herkulesa, z wrednym wyrazem gęby i kilku jego kolesi, mogliby narobić kłopotów. W cieniu północnej ściany magazynu zauważyłem też kilka zażywnych gospodyń w kapelusikach i z parasolkami. Dziwne - pomyślałem - trochę są chyba nie na miejscu. Wyglądały jednak niegroźnie.
Wyprostowany wszedłem przez uchyloną bramę magazynu, nie ukrywając się wcale. Po lewej stronie geriatrycy toczyli już bój z zombie, wyrywając im z rąk fanty. Widziałem części garderoby fruwające w powietrzu i ledwo uchyliłem się przed nadlatującym butem. Uch! - to było blisko, taki trep mógł wyłączyć mnie z akcji na dość długo. Cholerne zombiaki! 
Bez wahania wybrałem cel i ruszyłem na prawo wymijając małolaty wywijające jakąś zaimprowizowaną bronią na lewo i prawo.  Żenada, przeklęci gówniarze dorwali się do zdobyczy i pakowali wszystko jak leci do kontenerów. Coś owinęło mi się wokół kostek i runąłem jak długi. Nie czekając na rozwój wypadków przetoczyłem się pod wieszak po lewej stronie gotowy odeprzeć atak. Zobaczyłem jeszcze wstrętny uśmiech zombiaka, gdzieś w okolicach moich butów, więc nie czekając na dalszy rozwój wypadków, wymierzyłem porządnego kopa. Poczułem chrzęst łamanej kości nosowej i od razu zrobiło mi się lepiej. Uśmiechnąłem się nawet i jednocześnie otrzymałem porządny kop w nerki.
Nie wolno niedoceniać przeciwnika. Jedna z pań, w filcowym czerwonym kapelusiku, tocząc pianę z pyska, wymierzała kolejne kopniaki z przerażającą dokładnością a druga tyle że w żółtym berecie deptała mnie szpilkami po nogach. Na czworakach zdołałem odczołgać się z placu boju i wykorzystując ukształtowanie towaru w magazynie posuwałem się powoli, ale skutecznie w stronę, w której widziałem szansę na dobre łupy. Nie było łatwo czołgać się pomiędzy resztkami i śmieciami. Zapach też nie był najmilszy, wszechobecny smród rozkładu i niemytych skarpet pomieszany z wonią perfum różanych. Podniosłem się z trudem jakiś metr od celu i stanąwszy pewnie na nogach rzuciłem w stronę upatrzonej zdobyczy.
Świeżo ustawiony przez obsługę magazynu stelaż! W pół skoku otrzymałem niezłą fangę w mostek od panienki ubranej w mundurek szkolny i spódniczkę w kratkę - jak na japońskich horrorach, jednocześnie oberwałem od jakiejś innej małolaty drewnianym wieszakiem w łeb. Padając zauważyłem nad sobą kilkanaście zombie, potykających się o torby i worki zmierzających wprost do mojego stelaża! Pech chciał, że stałem, a właściwie leżałem im na drodze. No to po mnie - ostatnim tchem próbowałem powstrzymać ich pęd. Bez skutku. Brudne od ziemi buciory, przewaliły się przeze mnie jak stado bawołów. Widziałem jeszcze zakrwawioną twarz Herkulesa na podłodze, gdzieś po lewej stronie. Zwinięty w kłębek przyciskał do piersi jakąś szmatę i nie dawał już żadnych oznak życia. Ostatnie co pamiętam to opadający w dół ortopedyczny but, któregoś z geriatryków.
Obudziłem się obolały pod ścianą magazynu na stercie szmat odrzuconych tu widać przez innych. Obok usłyszałem ciche łkanie. To jeden z kolesi Herkulesa, leżąc w nienaturalnie wygiętej pozycji, odreagowywał ból z kilku otwartych złamań.
Przez brudne okna pod sufitem słońce powoli docierało do wnętrza, oświetlając pobojowisko promieniami w których tańczyły drobinki unoszącego się ciągle w powietrzu kurzu.
A przy wyjściu z magazynu, w kolejce do kasy, ustawiały się gospodynie, zombiaki i geriatrycy, trzymając w rękach naręcza szmat i innych zdobyczy, ściągniętych z wieszaków i stelaży. Po ich triumfujących minach było widać, że nie zostawili niczego wartego zachodu. Powoli podniosłem się więc na nogi, czując, że za chwilę pęknie mi czaszka i utykając ruszyłem do wyjścia opierając się o ścianę.
Nienawidzę tych zakupów w ciuchlandzie - mruknąłem i splunąłem krwią na asfalt parkingu.


wtorek, 1 października 2013

Poranek w korpo - reklamowa porażka.

Nie lubię poniedziałków. Pewnie tak jak przynajmniej 50 % ludzkości. Szczególnie jeśli po całym weekendzie resetowania mózgu należy wrócić do pracy z samego rana.
Jestem pierwszy w biurze. W pokoju, jeszcze ciemnym, unosi się w powietrzu lekki fetorek , łatwo zidentyfikować przyczynę - kosze nie wymienione, a w nich pudełka po piątkowej chińszczyźnie. Przecierając nieco kaprawe oczęta, udaję się do socjalnego z pustym czajnikiem, zapalam światło i machinalnie nalewam wodę pod korek, potem do toalety przemyć twarz i obudzić się trochę.
Strasznie jedzie, pewnie znowu zapchał się odpływ. Cholera. Nie ma ręczników? Nie ma mydła? Ogólnie jest tylko woda. Może przynajmniej papier jest? Nie ma! Ktoś poodkręcał nawet dozowniki mydła i ręczników.





Zrezygnowany, mokre łapy wycieram w spodnie. Wytarcie twarzy w spodnie to zbyt wielka ekwilibrystyka jak dla mnie, więc używam koszuli. Zabieram czajnik i robię sobie kawy.
Otwieram okno w pokoju, nakładam kurtkę i włączam komputer. W skrzynce odbiorczej jedna wiadomość nieprzeczytana. W niej zdjęcie faceta w garniturze, najwyraźniej zadowolonego z życia. Zamykam czym prędzej okienko poczty, ale na pulpicie zamiast kwiatków - uśmiechnięta twarz faceta w garniturze. Odpalam intranet - ten sam facet uśmiecha się bezczelnie i tym razem widzę pewną ironię w tym uśmiechu. W internecie na każdym portalu gość znowu uśmiecha się do mnie z bannerów i reklam. Po chwili, kiedy zamykam oczy widzę tego gościa jak krzywi się do mnie z wyższością w swoim dobrze skrojonym garniturku. I nijak go wyłączyć, przerwać błędne koło, oczyścić mózg z tej wizji.  Wchodzi Paweł i rzuca zdawkowym "cze". Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jeszcze się nie obudziłem. Bitch please!  


piątek, 23 sierpnia 2013

Powaga wymiaru sprawiedliwości

Wchodząc do Sądu obywatel mimo woli przybiera wygląd lichy, durnowaty i czapkę z głowy ściąga z szacunkiem, aby przypadkiem nie zbezcześcić świątyni Temidy i nie ściągnąć na siebie gniewu tejże niewidomej boginii. Tutaj, cytując jedną z moich ulubionych książek, "w większości wypadków znika wszelka logika, a zwycięża §, dusi §, bałwani §, parska §, śmieje się §, grozi §  i nie przepuszcza nikomu".
Już w wejściu przeszukiwany i prześwietlany przez groźnych pretorian, pełniących straż przy detektorach, obywatel narażony jest na opróżnianie kieszeni z drobnych i kluczy, zdejmowanie pasków a czasem, jeśli owi strażnicy mają poczucie humoru i ustawią dyskryminację detektora odpowiednio, nawet butów. Potem przemyka chyłkiem przy ścianie korytarza, spoglądając nieśmiało na Osoby w togach o różnokolorowych oblamowaniach. Aż w końcu staje przed obliczem Wysokiego Sądu kompletnie zagubiony i z przerażeniem spogląda na Majestat i Powagę Urzędu i Osoby. 
Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nieco uważnie, nie wszystko wygląda tak poważnie. Codziennie z pewnym rozbawieniem obserwuję takie oto sceny:





Nie, Drogi Czytelniku - to nie jest bagaż naszych miłych sąsiadów zza Buga, którzy przyjechali aby sprzedać nam swoje przepyszne czekoladki na pobliskim bazarze, ani nawet nie bagaż studentów, którzy sprowadzają się właśnie na stancję do mieszkania piętro wyżej.
To jest służbowa poczta Sądu. Poczta zawierająca dane o powodach i pozwanych oraz tysiące innych superważnych spraw sądowych. Codziennie całe wózki - identyczne jak w hipermarketach (czyżby Sąd "pożyczał" z Biedronki albo Tesco?) - kopert, paczuszek i ekologicznych toreb pełnych dokumentów, są wynoszone z budynku Sądu do samochodu, którym z kolei są dostarczane do innych Sądów lub innych instytucji.
Dlaczego mnie to tak bawi? A no dlatego, że wspomniane, ściśle tajne, dokumenty są wynoszone w taki sposób z budynku SĄDU, walają się na bruku i szczerze powiedziawszy, ma się to nijak zarówno do powagi INSTYTUCJI, jak i bezpieczeństwa informacji. Jeszcze zabawniejsze jest to, że budynek będący siedzibą Sądu, posiada wjazd na parking podziemny, gdzie owe dokumenty mogłyby trafiać bezpośrednio do samochodu, bez konieczności robienia, dla znudzonych pracowników okolicznych firm, podobnego widowiska. Ale pewnie nikt nie pomyślał. Ciekawe, czy w jesienne słoty i zimowe mrozy, ekspedycja dokumentacji będzie odbywała się w ten sam sposób? Ostatecznie Temida jest ślepa, więc pewnie nie zauważy błota na aktach lub przemoczonych dokumentów. W każdym razie pomysłu gratuluję!

sobota, 22 czerwca 2013

VII Nałęczowski Festiwal Tańca

Kilka fotek z festiwalu a dalej próba generalna przed Nocą Kupały :) W sumie też taniec chociaż bardziej taki pogański. :) No i można było się przyłączyć. Co prawda ja jako kulawy diabeł, nie bardzo do tańca ostatnimi dniami, ale młodych a żwawych, białki owe przyjąć by przyjęły :) Chociaż wojów własnych do ochrony miały. Jakby co, to dziś w nocy tańce i hulanki będą miały ciąg dalszy ku, chwale Swarożyca i Trygława. :)