poniedziałek, 30 stycznia 2012

Midlife crisis, czyli poniedziałek 40-latka

No i tak ładnie się zaczęło, a jak wiadomo miłe złego początki. Czyli jednak nie lubię poniedziałków. Bo zawsze podchodzę do nich z nowym entuzjazmem a okazują się ostatnimi świniami i cały ten entuzjazm gaszą jakby im za to płacili. A jutro wtorek i będzie lepiej, być może. Ja tam zawsze byłem sceptykiem.
No dobra, może i jestem dziwny. W moim wieku zacząłem pisać bloga, marzę o tym, żeby kupić sobie gitarę elektryczną (a lubię spełniać swoje marzenia - szczególnie tak niewielkie i proste do spełniania) i w dodatku na wyprzedaży kupiłem sobie koszulkę z Johnnym Bravo. 
No i martwię moich Przyjaciół zachowaniem nieprzystojnym i zgoła pasującym do nastolatka. Nawet podejrzewa się u mnie ostry przypadek kryzysu wieku średniego. Ale tak między nami. Co złego jest w tym wszystkim? Muszę się zastanowić. Właściwie to znam już odpowiedź. Ale nie będę jej na forum wyznawał, aż takim ekshibicjonistą nie jestem. Z drugiej strony miło, kiedy się martwią moją skromną osobą. To nawet przyjemne pod pewnymi względami. Chociaż przyznaję że nie jestem przyzwyczajony. Niemniej miłe to. 
Drugim tekstem dzisiejszego dnia, było stwierdzenie "nie rozumiem cię od jakiegoś czasu" - i na to stwierdzenie nie mogę odpowiedzieć, ot tak publicznie, aczkolwiek odpowiedź jest bardzo prosta                 i oczywista. Chociaż może tylko dla mnie? A może rzeczywiście zachowuję się nielogicznie i dziwnie. Ostatecznie wszyscy dookoła nie mogą się mylić. Fakt coraz więcej mi umyka i coraz mniej mam czasu, żeby zdążyć ze wszystkim, a jeszcze tak dużo zostało do zrobienia i tyle chciałbym. Nie mam czasu. 
Nie mam czasu - oglądałem "In time" - chyba przetłumaczyli to jako "Wyścig z czasem" (te marne  tłumaczenia sprawiają czasem że połowa filmu staje się niezrozumiała, a dowcipy językowe zawarte w dialogach stają się mało śmieszne). Jak człowiek nie ma ochoty na wysiłek umysłowy, to można oglądać sci-fi. Bo właśnie to ten gatunek. Niezbyt odległa przyszłość, gdzie walutą jest czas życia, który każdy ma reglamentowany i w nim płaci się rachunki i otrzymuje wypłaty. Kiedy jesteś na samym dole liczysz sekundy jakie ci zostały i budzisz się, nie wiedząc czy dożyjesz zachodu słońca. Za to jeśli jesteś bogaczem, możesz żyć wiecznie nie starzejąc się. Kuszące prawda? Szczególnie, że starzenie zatrzymuje się po 25 urodzinach. Ogólnie nie jest to wielkie kino i Oskara nie dostanie a najmocniejszym akcentem, były chyba śliczne dziewczyny (Olivia Wilde - 13-stka z House'a i Amanda Seyfried), momentami przypominało mi to opowieść o Bonnie and Clyde, czasem Robin Hooda, a czasem te setki filmów przedstawiających mniej lub bardziej sensownie wizje koszmarnej przyszłości (Minority report - chociaż tu scenariusz wg Philipa K.Dicka był naprawdę ciekawy i jak zwykle wciągający, I Robot, Equilibrium itp.), ogólnie jednak sam futorologiczny pomysł przeraża mnie w największym stopniu, szczególnie, że znam to tak dobrze. Rozumiem głównego bohatera, który mówi, że od zawsze miał najwyżej jeden dzień życia. I właściwie, tu też jest część odpowiedzi na pierwszy akapit. Nie mam czasu, żeby nie żyć. W każdej chwili może mi go zabraknąć. Więc czemu nie? Ostatecznie w jeden dzień życia można zrobić tak wiele... No ale to tylko takie tam, dywagacje na wolny temat. 

sobota, 28 stycznia 2012

Last call for alcohol

Wieczór w śpiącym domu, dookoła wszyscy zdążyli zasnąć lub za ścianą dopijają resztki otwartych z jakiejś okazji flaszek, a ja siedzę przed ekranem ze szklanką whisky i zaczynam powoli odpływać w pijackim odrętwieniu. Znacie to uczucie, kiedy myśli płyną coraz wolniej a twarz powoli drętwieje i zdaje się nie do końca należeń do nas. Zastanawiam się szczerze czy picie do laptopa jest tylko żałosne, czy też jest początkiem alkoholizmu. Wybieram to pierwsze.
Nieważne. Na stoliku leży książka Umberto Eco - "Cmentarz w Pradze", miałem szczery zamiar ją przeczytać, no przynajmniej zacząć, ale niestety, czy też na szczęście, wybrałem stan oszołomienia alkoholowego i film, który zaraz obejrzę - przynajmniej w takim stanie znikają pewne myśli, które na trzeźwo trzeba by przetrawić i przemyśleć do końca. Za pomocą książek Eco już nie raz wybierałem się w cudowne podróże w czasie i przestrzeni - moją ulubioną książką jest i zawsze będzie "Imię Róży". Pomimo setek lat jakie dzielą mój czas od średniowiecznego benedyktyńskiego klasztoru, podzielam zachwyt Wilhelma z Baskerville wiedzą i jego umiłowanie książek. Życie człowieka bez książek byłoby puste, bez możliwości badania choćby samym umysłem odległych galaktyk innych umysłów. W średniowieczu pewnie zostałbym mnichem tylko z tego powodu, żeby móc czytać książki.  Monasterium sine libris est sicut civitas sine opibus, castrum sine numeris, coquina sine suppellectili, mensa sine cibis, hortus sine herbis, pratum sine floribus, arbor sine foliis. 
Inne aspekty życia zakonnego nie pociągają mnie wcale. Chociaż obecnie moje życie wygląda odrobinę jak podlegające jakiejś regule zakonnej. I znowu - nieważne. Alkohol ma to do siebie że pozbawia wagi sporo spraw, przynajmniej chwilowo. Liczę się z odrobiną bólu głowy jutro rano.
Tak więc książka leży nadal pachnąca jeszcze drukarnią i nietknięta, wraz z tajemnicami Mędrców Syjonu i XIX-wiecznymi ciemnymi zaułkami Europy, a ja dokańczam butelkę w samotności, słuchając "Your latest trick", Dire Straits.

http://www.youtube.com/watch?v=0YTh1Wsqo2c

Szlag by to... zaczynam rzeczywiście być w sztok zalany. Zresztą co innego miałbym robić w bezsenny sobotni wieczór. Stat Rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus. Dobranoc. 

środa, 25 stycznia 2012

Dobre wieści

W końcu, bo człowiek w zetknięciu z niewesołą rzeczywistością zapomina o drobnych rzeczach, które mogą czynić życie łatwiejszym i przyjemniejszym.
Otóż Drodzy Przyjaciele! Koledzy! Bracia! Ziomale! Nareszcie! Jak donoszą wieści internetowe, mniej lub bardziej sprawdzone, w Kozim Grodzie znowu będzie Izba Wytrzeźwień!
W końcu zostawieni na ulicy przez zapominalskich kolegów, lub niezadowolone z naszego stanu małżonki, przyjaciółki, dzieci lub innych pociotków, nie zostaniemy odwiezieni wprost w objęcia wyrodnej (sic!) familii, która w najlepszym wypadku zostawi nas na podłodze w przedpokoju, lub do szpitala gdzie przecież tak łatwo o zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu A, B lub X, grypą lub co najgorsze HIV a nawet, o zgrozo, możliwość omyłkowej amputacji kończyn, przyległości oraz na przykład nerki, która w sumie mogła by się przydać nam samym na handelek, jak nam gotówki zbraknie
Teraz w końcu zawiozą nas do specjalnie dla nas zbudowanego hotelu klasy kilkudziesięciu gwiazdek (sądząc po cenach), gdzie miła obsługa uraczy nas zabiegami SPA wliczając w to zabiegi kriogeniczne, filiżanką wybornej, chociaż gorzkiej kawy i hołubiąc w ramionach, niczym najdroższe i ukochane dziecko, położy do łóżeczka.
Z rozrzewnieniem wspominam ów przybytek przy ulicy Kawiej, z którego usług co prawda sam nie miałem okazji korzystać, jako iż wszyscy wszem i wobec wiedzą dokładnie, że jestem cholernym abstynentem i ogólnie nie zdarzyło mi się zerwać kontaktu z bazą (poza jednym wypadkiem, którego traumatyczne wspomnienie nadal jeży mi włosy na całym ciele, a o którym ze wstydu nie wspomnę publicznie), ale znałem go z opowiadań mych kolegów i ziomków, których często, gęsto odbierałem osobiście sam lub w większym gronie, spod wierzei tegoż domu nadziei i schronienia. W końcu mam wrażenie, że Ojcowie mojego miasta podejmują działania dobre i wszem i wobec mieszkańcom potrzebne.
I jeszcze apel do Panów Budowlańców, adaptujących pomieszczenia w Komendzie Miejskiej, dla użytku owej Izby Wyższej. Panowie! Żadnej fuszerki! Wszytko zróbcie na tip top! Pracy i starań nie żałujcie! Wszak robicie to nie tylko dla innych, ale i dla siebie! Wspólnie będziemy być może podziwiać Wasze dzieło i błogosławić tak wspaniałych fachowców! Amen! 

Imponderabilia życia małego osiedla

Małe dzieci to mały kłopot, a duże? Czasami zastanawiam się, gdzie podziało się to bezradne stworzonko jakie przyniosłem kiedyś do domu. Teraz wyrosło na pyskatą, czasami w sekundę doprowadzającą mnie do szału wampirzycę, chociaż momentami całkiem fajną.
        Przy okazji wychowywania nastolatków można zauważyć, jak bardzo mało mamy prywatności mieszkając w jednym miejscu od tylu lat. A tak się składa, że od ponad 30 lat mieszkam na tym samym osiedlu. Jestem dość przywiązany do miejsca, tak to prawda i mimo tego, że uwielbiam opuszczać moje miasto i sam śmieję się z małomiasteczkowości naszego Bździszewa, to jednak lubię też wracać i wdychać powietrze mojego własnego miejsca.
        A w tym miejscu ciągle śledzą nas i obserwują, nie żeby specjalnie, ot tak przypadkiem wszystko wiedzą i widzą. Pomimo, że miasto mamy dość duże to jednak tutaj, na "naszym osiedlu", każdy zna każdego i wszyscy wiedzą o wszystkich i o wszystkim. To znaczy ci co chcę wiedzieć. Czasem wydaje mi się, że jak kichnę głośniej to za chwilę słyszę echo z samego końca osiedla mówiące "na zdrowie!". Permanentna inwigilacja!  
        Tak więc mimo tego, że niektórzy znają mnie od dziesięcioleci, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że moi sąsiedzi skarżą się na moje dzieci nie do mnie, a do mojego ojca, zanosząc skargi na zachowanie mojej pierworodnej i jej znajomych, do jej dziadka, zamiast porządnie obsztorcować jej ojca, który swego czasu też był odpowiedzialny za odrobinę zniszczeń i niewyjaśnionych zdarzeń w okolicy.
        Okazuje się, że mimo iż wycofałem się z życia osiedla dość dawno i obecnie więcej mnie tu nie ma, niż jestem, traktując dom jako sypialnię, wszystkie tercjanki, babcie i dziadkowie a nawet młodsze pokolenie znają moje dzieci i wiedzą, że są moje. Zastanawiające. A mój staruszek bierze sobie do serca to wszystko i opowiada mi o okropieństwach jakich dopuszcza się jego wnuczka w rodzaju przestawanie z zakapturzonymi osobnikami płci obojga, tudzież podpalenie numerów na domofonie lub zdemolowanie altanki. 
       Daleki jestem od uważania, że moje dzieci są ideałami chodzącymi i aniołkami, które tylko przypadkiem potraciły aureolki i skrzydełka w trakcie kopania zziębniętych łabędzi na Zalewie, ale nie mogę karać nikogo nie mając dowodów, ani nie przeprowadziwszy stosownego i sprawiedliwego postępowania w sprawie. Audiatur et altera pars!   A altera pars patrzy na mnie swoimi ślepiami brązowymi (los i genetyka chciały że ma dokładnie takie jak moje) i wypiera mi się w żywe oczy. W tych wszystkich CSI takie przesłuchania są łatwiejsze. No i zawsze ma się schowane pod stołem dowody w postaci DNA, odcisków palców, ucha czy innych mikrowłókien. I co z tym począć? Ano postanowiłem przeczekać, może w końcu ktoś przyjdzie i powie mi prawdę. Bo w sumie pewien niepokój mnie ogarnia i nie dotyczy wcale zakapturzonych osobników - ostatecznie jak już nie noszę krawata i marynarki to uwielbiam nosić bluzy z kapturem. 
      Poza tym mam chyba lekkiego focha na moich sąsiadów. W sumie wyrosłem na dość spokojnego, w miarę kulturalnego (jak sobie pochlebiam) gościa, niby taki jestem w miarę normalny a tu wstydzą się przyjść czy na klatce zaczepić z okazji zwyczajowego "dzień dobry" i powiedzieć co myślą.
     A może rację miała jedna z moich znajomych, twierdząc że tworzę dookoła siebie jakiś dystans i barierę, której niektórym nie chce się przekraczać a niektórzy po prostu boją się przekroczyć? Może i tak. A może to jakiś strach przed moją agresywnością? Ktoś-Kogo-Zdanie Bardzo-Cenię powiedział, że jestem skłonny do zachowań agresywnych. No fakt, kiedyś dałem sąsiadowi po pysku, ale po pierwsze był pijany w sztok a po drugie naszczał mi pod drzwiami, a na obie te rzeczy reaguję bardzo alergicznie (po ojcu mam). Może rzeczywiście - jak będą mi stresować staruszka to w końcu nie wytrzymam i dopiero wtedy będę agresywny! 

Z pamiętnika (nie)młodego (ex)rewolucjonisty


Mam brzydki zwyczaj włączania telewizora o poranku, żeby w trakcie nakładania skarpetek, tudzież reszty garderoby, być mniej więcej zaktualizowanym w tym co dzieje się na świecie. Wiem. To lekkie uzależnienie. Ale do licha gorsze jest znacznie sprawdzanie co chwila skrzynki mailowej (dzięki smartfonom w końcu jest to mniej uciążliwe), spoglądanie na ekran telefonu co kilka sekund, czy nie przyszedł SMS na który czekam (lub nie czekam) i tym podobne zaburzenia obsesyjno – kompulsywne na jakie cierpię (nie bez powodu uwielbiam detektywa Monka). Ale nie o tym chyba chciałem.
Zaraz jak tylko przetarłem kaprawe oczka dowiedziałem się, że nasza rodaczka została nominowana do Oskara, co mnie ogromnie ucieszyło, jednak im dłużej słuchałem, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać nad tym wszystkim.
Uznaję, że pani Agnieszka zasługuje na wszelkie laury i pochwały, co prawda nie będąc fanatycznym fanem kina, ostatnim dziełem jakie widziałem w jej reżyserii był Janosik, prawdziwa historia, który przyznaję, rozczarował mnie jako wychowanego na przygodach Perepeczki jako Janosika i przezabawnych Pyzdry i Kwiczoła w wykonaniu panów Pyrkosza i Bilewskiego. Peany pochwalne, jak najbardziej zasłużone w tym wypadku, w jakich prześcigają się dziennikarze telewizyjni i radiowi, nieco martwią mnie z zupełnie innego powodu. 
Podobnie jak w wypadku naszych sportowców, malarzy, projektantów, aktorów itp. którzy zostają łaskawie zauważeni przez zagraniczne media, akademie czy tabloidy, przesadna reakcja mediów na takie wydarzenia obnaża nasze narodowe poczucie niższości i braku docenienia przez świat. A im bardziej wynosi cnoty  i dorobek zauważonego nad niebiosa tym bardziej staje się groteskowa. Parafrazując stary dowcip z czasów zapadłej komuny - od rana strach otworzyć konserwę bo może się okazać, że tam też będzie Agnieszka H.
        A świat, na przekór naszym kompleksom, bierze przykład z nas, jak pokazuje Steven Tyler z Aerosmith  wykonaniem hymnu Stanów Zjednoczonych podczas otwarcie meczu w aranżacji podobnej do Edyty Górniak, która już dobrych parę lat temu wykonała hymn państwowy w wersji nieco hmm... innej.
Czekam, aż o tym też się w TVN24 wypowiedzą, chwaląc Edytę za awangardowość i nowatorstwo w którym wyprzedziła amerykanów o całe lata!