O polityce, korporacjach, życiu i nie tylko, widzianych moimi oczami. Czyli i o gruszce i o pietruszce.
środa, 29 maja 2013
niedziela, 19 maja 2013
piątek, 17 maja 2013
Walka o byt, czyli rowerowa wycieczka.
Statystycznie sport to zdrowie a ludzie powinni się ruszać więcej i więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu, zamiast siedzieć przed komputerem. Bzdura! Po dzisiejszych wydarzeniach uważam, że to idiotyzm a każdy kto tak twierdzi jest kretynem. A doszedłem do tego w sposób następujący:
Postanowiłem zrobić sobie dzień sportu a więc ubrawszy krótkie spodenki "popedałowałem" raźno do pracy rowerem. Przyznaję, że dość milo się zaczęło - chłód poranka, pusta ścieżka rowerowa i ogólnie sielanka. Dopóki nie spróbowałem podjechać pod górkę - po 10 - 15 minutach rowerowej wspinaczki osiągnąłem stan przedzawałowy i przestałem oddychać a przynajmniej tak mi się zdawało. Ok. Nie ma róży bez kolców. W końcu dotarłem na miejsce i dumny z siebie przypiąłem rower do miejsca parkingowego. Prawdziwym horrorem okazał się powrót. W godzinach szczytu nasze ulice zamieniają się w prawdziwą dżunglę, gdzie aby przetrwać należy mieć kły, pazury i siłę dinozaura. Co oznacza, że większy i silniejszy wygrywa. Niestety rowerzysta jest tu nie równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego, tylko zwierzyną łowną.To nie Holandia czy inne tam kulturalne kraje. Wracając udało mi się włączyć do ruchu z niemałym trudem, w momencie, kiedy w zasięgu wzroku nie było żadnego samochodu. Natychmiast usłyszałem ryk klaksonu samochodu, którego tam być nie powinno. Po przejechaniu kilkunastu metrów facet w BMW stwierdził chyba, że jestem niewidzialny lub ogólnie postanowił wyeliminować mnie jako osobnika z gatunku i tak skazanego na porażkę. Nic to! Jeden debil wiosny nie czyni! Ale sto metrów dalej szczytem mojej frustracji stał się autobus linii 31, który wjeżdżając w zatoczkę na przystanku nie zwracał uwagi na taką drobnostkę, jak rowerzysta jadący prawą stroną swojego pasa, czyli po lewej tejże zatoczki. A ponieważ znów byłem wolniejszy i słabszy najechał na mnie po prostu, co poczułem, kiedy przód autobusu uderzył mnie w bark. Oczywiście, jak każde słabsze zwierzę postanowiłem nadrabiać miną i w krótkiej acz treściwej przemowie, odniosłem się do mamusi i większości przodków kierowcy autobusu. Co zostało skwitowane durnowatym uśmieszkiem i wyciągniętym środkowym palcem dłoni kierowcy, w dość popularnym geście. Kiedy w końcu uciekłem spośród potoku czyhających na mnie samochodów, zdawało mi się, że niebezpieczeństwo minęło. Poczułem się jak antylopa (w moim wypadku gnu i to z nadwagą) na łonie stada. Do czasu kiedy jadąca przede mną paniusia, ni z tego ni z owego, zaczęła skręcać w lewo a potem odbiła nagle w prawo co spowodowało, że omal na nią nie wpadłem i wydałem z siebie kolejną wiązankę przebojów, dotyczącą jej intelektu oraz mojej irytacji tak niestosownym zachowaniem. Przyznaję, że kiedy w końcu schowawszy rower w piwnicy, zamknąłem za sobą drzwi mieszkania, zziajany, spocony i u kresu wytrzymałości psychicznej, poczułem ulgę, jaką może czuć jedynie chory jeleń, kiedy uda mu się uciec przed stadem wilków z tą różnicą, że po drodze zamiast leśnego powietrza, musiałem wdychać tonę kurzu i spalin. Może więc ruch to zdrowie. Ale osobiście wolę zamknąć się w moim metalowym pudełku, włączyć klimę oraz składankę przebojów do jazdy na czele z "Born to be wild" i z rykiem silnika pokazać innym uczestnikom ruchu drogowego, że jestem gotów na konfrontację. I jest to gra w której jestem dość dobry.
Postanowiłem zrobić sobie dzień sportu a więc ubrawszy krótkie spodenki "popedałowałem" raźno do pracy rowerem. Przyznaję, że dość milo się zaczęło - chłód poranka, pusta ścieżka rowerowa i ogólnie sielanka. Dopóki nie spróbowałem podjechać pod górkę - po 10 - 15 minutach rowerowej wspinaczki osiągnąłem stan przedzawałowy i przestałem oddychać a przynajmniej tak mi się zdawało. Ok. Nie ma róży bez kolców. W końcu dotarłem na miejsce i dumny z siebie przypiąłem rower do miejsca parkingowego. Prawdziwym horrorem okazał się powrót. W godzinach szczytu nasze ulice zamieniają się w prawdziwą dżunglę, gdzie aby przetrwać należy mieć kły, pazury i siłę dinozaura. Co oznacza, że większy i silniejszy wygrywa. Niestety rowerzysta jest tu nie równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego, tylko zwierzyną łowną.To nie Holandia czy inne tam kulturalne kraje. Wracając udało mi się włączyć do ruchu z niemałym trudem, w momencie, kiedy w zasięgu wzroku nie było żadnego samochodu. Natychmiast usłyszałem ryk klaksonu samochodu, którego tam być nie powinno. Po przejechaniu kilkunastu metrów facet w BMW stwierdził chyba, że jestem niewidzialny lub ogólnie postanowił wyeliminować mnie jako osobnika z gatunku i tak skazanego na porażkę. Nic to! Jeden debil wiosny nie czyni! Ale sto metrów dalej szczytem mojej frustracji stał się autobus linii 31, który wjeżdżając w zatoczkę na przystanku nie zwracał uwagi na taką drobnostkę, jak rowerzysta jadący prawą stroną swojego pasa, czyli po lewej tejże zatoczki. A ponieważ znów byłem wolniejszy i słabszy najechał na mnie po prostu, co poczułem, kiedy przód autobusu uderzył mnie w bark. Oczywiście, jak każde słabsze zwierzę postanowiłem nadrabiać miną i w krótkiej acz treściwej przemowie, odniosłem się do mamusi i większości przodków kierowcy autobusu. Co zostało skwitowane durnowatym uśmieszkiem i wyciągniętym środkowym palcem dłoni kierowcy, w dość popularnym geście. Kiedy w końcu uciekłem spośród potoku czyhających na mnie samochodów, zdawało mi się, że niebezpieczeństwo minęło. Poczułem się jak antylopa (w moim wypadku gnu i to z nadwagą) na łonie stada. Do czasu kiedy jadąca przede mną paniusia, ni z tego ni z owego, zaczęła skręcać w lewo a potem odbiła nagle w prawo co spowodowało, że omal na nią nie wpadłem i wydałem z siebie kolejną wiązankę przebojów, dotyczącą jej intelektu oraz mojej irytacji tak niestosownym zachowaniem. Przyznaję, że kiedy w końcu schowawszy rower w piwnicy, zamknąłem za sobą drzwi mieszkania, zziajany, spocony i u kresu wytrzymałości psychicznej, poczułem ulgę, jaką może czuć jedynie chory jeleń, kiedy uda mu się uciec przed stadem wilków z tą różnicą, że po drodze zamiast leśnego powietrza, musiałem wdychać tonę kurzu i spalin. Może więc ruch to zdrowie. Ale osobiście wolę zamknąć się w moim metalowym pudełku, włączyć klimę oraz składankę przebojów do jazdy na czele z "Born to be wild" i z rykiem silnika pokazać innym uczestnikom ruchu drogowego, że jestem gotów na konfrontację. I jest to gra w której jestem dość dobry.
poniedziałek, 6 maja 2013
Orła cień po weekendzie
Fajnie jest oderwać się od telewizji i wiadomości na kilka dni. Człowiek wraca i pełna radocha! Cały internet i nie tylko rozbrzmiewa skandalem jakim stała się akcja "Orzeł może", która według jej propagatorów miała łączyć naród, zachęcać do optymizmu i ogólnie dobrze wpływać na rodaków. Miało być fajnie a wyszło jak zwykle. Polskie Radio Trójka chce skarżyć Radio Wnet, że sobie podśmiechujki robiło i na stronie swojej opublikowało grafikę godzącą w oną ideę szczytną oraz znak towarowy (znaczy się Pana Prezydenta?). Blogerzy zależnie od orientacji wyrażają święte oburzenie lub żal, że strona aktualnie przeciwna jest tak zaściankowo - pisiarska. A ja się zastanawiam. Dlaczego na siłę chce się nas jednoczyć i optymizować? W sumie jesteśmy, jacy jesteśmy. Polak zawsze będzie narzekał i marudził. Bo ma to w swojej naturze. Nie jesteśmy Amerykanami, który nawet na łożu śmierci będą odpowiadali ostatnim tchem, że czują się świetnie i ogólnie wszystko jest OK! Za to mamy swoiste poczucie humoru i wbrew obiegowym opiniom umiemy się bawić jak większość nacji a nawet lepiej. Pod warunkiem, że nikt nas do tego nie zmusza.
Podobne akcje są zwykłym marnowaniem państwowej - to jest naszej własnej kasy - i prowadzą jedynie do ośmieszania organizatorów oraz krytykantów, którzy w swoim świętym oburzeniu idą zbyt daleko. W tym więc wypadku jestem za tym, żeby dać nam, Polakom wolną rękę w świętowaniu. Niech każdy świętuje jak mu tam się chce. Ja na ten przykład wolałem napić się piwa niż brać udział w obchodach. I nie czuję się przez to mniej optymistycznie nastawiony do życia. Pomimo, że państwo w którym żyję robi wszystko, żeby mnie z mojego optymizmu wyleczyć ostatecznie, poprzez nieudolność w administrowaniu, podatki zabierające mi lwią część dochodu oraz opiekę zdrowotną, która za każdym razem kiedy się z nią stykam (a to ostatnio jakoś częściej chyba ze względu na wiek) doprowadza mnie do szału. A jednak wywiesiłem flagę na balkonie i byłem z tego dumny. Wracając do optymistycznych Amerykanów, tam przed domem prawie każdy ma maszt z flagą i na dźwięk hymnu wszyscy stają na baczność z ręką na sercu. Przyznaję, że chciałbym żeby moje córki były nie mniej dumne z białego orła i flagi narodowej. Ku mojemu utrapieniu władze utrudniają mi to zadanie jak tylko mogą. Różowe okulary i baloniki, oraz biało różowe transparenty i gadżety mają się nijak do święta flagi narodowej. Szanując trud cukierników Wedla, muszę również stwierdzić, że orzeł na ... hmm ... czymś tam brązowym, wyszedł średnio. Tak samo jak logo całej imprezy. I naprawdę głupio mi było tłumaczyć dziecku, że nasze godło to jednak trochę inaczej wygląda a to taka sobie wolna jego interpretacja.
sobota, 4 maja 2013
niedziela, 28 kwietnia 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























