piątek, 12 lipca 2019

Historia jednej reklamacji


W życiu każdego abonenta sieci komórkowej przychodzi taki czas kiedy okazuje się że rachunki rosną a korzyści maleją. Tak więc dopadło i mnie.
Zamówiłem sobie kiedyś dodatkowy internet, bo to takie przydatne w podróży i ogólnie fajne a poza tym dostałem lapa żeby sobie mieć czym surfować i takie tam inne a jak to przy działalności gospodarczej, z kasą krucho a zdolność kredytowa zdechła już dawno temu. No i się umowa skończyła a abonament o 100 % do góry.
Zadzwoniłem więc przy okazji, żeby zapytać co i jak mogę zrobić z tym numerem i miła konsultantka powiedziała że i owszem, że jak najbardziej, proszę Drogi i Szanowny Kliencie, dla Ciebie wszystko załatwimy, zrobimy, dostarczymy i to w super cenie. I za takim wypaśnym nowym lapem, że sąsiad będzie zazdrościł. Przecież to my T-Mobile. Serio, serio - bez nonsensów!
Odbierałem po 4 dniach paczkę w punkcie DHL – z tą firmą jest tak, że jeszcze nigdy nie dostarczyła mi przesyłki. Serio. Nigdy. Ich kurierzy mnie nie lubią. Sam nie wiem dlaczego. Żaden kurier z DHL nie zna mojego adresu, nie dzwoni, nie pisze SMS-ów i każdy unika mnie jak zarazy. Ostatnio widziałem nawet jak chował się nurkiem w krzaki na mój widok. Ale mogę się mylić. Może tylko miał kłopoty z żołądkiem. Dość, że nie miałem wyboru. Procedura i tyle.
Dzięki tej procedurze pofatygowałem się na Chemiczną (w …. daleko i kompletnie nie po drodze) i chcą to załatwić najszybciej jak się da podpisałem wrzuciłem w bagażnik i pojechałem coś zjeść.
W domu siadłem sobie uśmiechnięty i rozpakowuję. Znacie to uczucie? Zapach świeżej elektroniki w dziewiczej paczuszce. No gwiazdka w lipcu. Chociaż moment… jakaś dziwnie mała ta gwiazdka.
Szlag.. zamiast wypasionego lapa dostałem netbooka całego z plastiku i wyglądającego jak nie przymierzając stare ruskie gierki kupowane na targu za czasów kiedy byłem jeszcze malutkim a już wrednym sukinkotem.
No ale ok.. jakieś papiery się walają, po pudełku. Może najpierw przysyłają taki model laptopa w gratisie, żeby dać dziecku do zabawy a potem przychodzi ten prawdziwy? Niby moje wyrosły ale ok dam znajomej może jej młody zechce.
A na umowie czytam, że umowa dotyczy zupełnie innego numeru, przedłuża cyrograf (czytaj kontrakt) do 2024 roku wraz ze 100 procentowym wzrostem abonamentu oraz tym oto wspaniałym plastic-fantastic sprzętem.
No to zadzwoniłem na BOK. Pani oczywiście potwierdziła moje obawy – nie ten sprzęt, nie ta umowa i tylko ja się zgadzałem. No w sumie tak ale nie NA TO! Oświadczenie woli dotyczyło innej umowy i innych warunków o plastikowej zabawce nie wspomnę.
Piszę więc reklamację używając słów – odebrałem przesyłkę, rażące uchybienie, rozmyślne wprowadzenie w błąd, nienależyte wykonanie umowy. Lubię tak.. do snu zawsze czytam kodeks cywilny na zmianę ze słownikiem wyrazów obcych.
No i pan Łukasz po 24 godzinach odpisuje: Dziękuję za zwrócenie uwagi, niedogodności, poprawienie, skoro paczki pan nie odebrał to wróciła itp. oraz oczywiście 50 złotych rabatu, konsultantka już do pana dzwoni i proszę o wypełnienie ankiety dotyczącej oceny mojej obsługi sprawy.
Jak cholera! Przecież nawet pan nie przeczytał tego co pisałem! Piszę teksty tego rozmiaru za jakieś 200 – 250 złotych za artykuł a za 50 to mogę powiedzieć gdzie szukać przepisów jakie zacytuję w kolejnym mailu. A więc do pióra… znaczy klawiatury i znowuż - odebrałem, nie ten sprzęt, sprzęt konieczny do pracy, rażące zaniedbanie, nieudolność, niewywiązanie się z umowy, z wisienkami typu - ODSZKODOWANIE, SĄD , KOSZTY ZASTĘPSTWA PROCESOWEGO, ADWOKAT! No mój Adwokat (najlepszy w mieście) w sumie by się ucieszył. Zawsze parę groszy by wpadło.
Tym razem panu Łukaszowi czytanie moich wypocin zajęło 2 dni. Pewnie nie chciał niczego opuścić. No i czytam, jak zwykle dziękuję za zwrócenie uwagi na nieprawidłowości, w celu odstąpienia od Aneksu proszę o odesłanie sprzętu i papierów oraz pisemnego odstąpienia od Umowy. Koszty zwrócimy. Tym razem nie zaryzykował ankiety i całe szczęście bo pojechałbym wysadzić call center T-Mobile w powietrze.
No to piszę, drukowanymi – znaczy krzyczę według sieciowej etykiety -

1. NADAL CZEKAM NA OBIECANY TELEFON W SPRAWIE PRAWIDŁOWEGO ZAWARCIA ANEKSU DO UMOWY I PRZEDSTAWIENIE PREFERENCYJNYCH JEJ WARUNKÓW - CHYBA ŻE NIE ŻYCZĄ SOBIE PAŃSTWO TAKIEGO KLIENTA 
2. NIE ZAWIERAŁEM UMOWY O TEJ TREŚCI Z T-MOBILE S.A., WIĘC NIE WIDZĘ POWODÓW ABYM MUSIAŁ SKŁADAĆ W JAKIEKOLWIEK FORMIE ODSTĄPIENIE OD UMOWY, KTÓREJ NIE ZAWARŁEM. Z TEGO CO PAMIĘTAM JEDNOSTRONNE ZAWARCIE UMOWY NIE ISTNIEJE W PRAWIE CYWILNYM OBOWIĄZUJĄCYM W POLSCE.
3. CO DO WYSYŁKI NA MÓJ KOSZT W RAMACH DOBREJ WOLI JESTEM W STANIE ZANIEŚĆ JĄ DO AUTORYZOWANEGO PUNKU T-MOBILE W MIEJSCOWOŚCI MOJEGO ZAMIESZKANIA. 
4. PRZESŁANE WYJAŚNIENIE NIE ODNOSI SIĘ DO REKOMPENSATY ZA STRACONY CZAS  I NERWY JAKIE KOSZTUJE MNIE WIELOKROTNY KONTAKT TELEFONICZNY I MAILOWY W TEJ BANALNEJ I PROSTEJ SPRAWIE. NIE WSPOMINAM O UTRACONYCH KORZYŚCIACH JAKIE WYMIERNIE PONOSZĘ BĘDĄC JUŻ DRUGI TYDZIEŃ POZBAWIONYM SPRZĘTU KONIECZNEGO MI DO PRACY. 

Pan Łukasz w końcu zadzwonił, widać nie chciał spędzać znowu kilku dni na czytaniu.
- Przepraszam, procedura, za chwilę zadzwoni mój zaufany konsultant, proszę, żeby pan odesłał.
- Dobra, odeślę i ale żadnych odstąpień i odszkodowanie.
- No odszkodowanie to w sądzie. Ale warunki preferencyjne.
- Skoro tak sobie życzycie. Umiem pisać i pozwy.

Jak mnie wk..w opadł, zakleiłem paczkę, dodając wiązankę najgorszych przekleństw do środka i uroków mających zgubnie działać na zarząd spółki T-Mobile.
Oczywiście jako ekstrawertyk ze skłonnościami do ekshibicjonizmu duchowego powiedziałem o tym Piotrkowi
– Ech, ty głupi, przecież mam lapa na zbyciu i to lepszego i za połowę tej ceny.
- Na fakturę?
- Na fakturę!
Tak geszeft doszedł do skutku pomiędzy nami a ja po zastanowieniu odwołałem zamówienie. Bo nie chcę i nie mogę i nie będę.
I tu historia powinna się skończyć.
Ale nie. T-Mobile miał jednak ostatnie słowo. Dziś od 11 nie dostałem ani maila, ani wiadomości ani nawet zwyczajowych pozdrowień z LinkedIn od headhunterów.
Wysiadł mi internet w komórce. Całkowicie i nieodwołalnie. Na skutek wyłączenia go przez konsultantów T-Mobile.
Zemsta jest słodka!
Related image

środa, 7 listopada 2018

Scrum you! czyli jak rozwijać się zwinnie

Dawno już tu nie byłem. A to dlatego że życie przebija wszelkie możliwe fikcje, jakie tylko możemy sobie wymyślić.  Niby człowiek już nie jest korpo, ale ma agile, scrumy i ogólnie żyje w cudownym świecie abstrakcji. Od tych zwinnych metod zarządzania jesteśmy już tak zwinni jak jaszczurki zwinki. I dostajemy wrzodów na dwunastnicy. 
Czy wiecie, że można pisać maile służbowe tak, że odbiorca wie, że wrzeszczycie na niego? Nawet bez inwektyw i używania wyrazów uznawanych za niecenzuralne.  
Dzisiejszy przykład: 

Proszę o dodanie do paczki ze zgłoszenia #XXXXXX poniższego. 
SPRAWA JEST BARDZO PILNA!!!

No i teraz zastanawia się człowiek poniższego czego ? Napisu że sprawa jest bardzo pilna? OK, da się załatwić. 
Oczywiście na skutek tego dopisku zawrzało w sieci i komunikatory wszystkie rozdzwoniły się i "rozpipczały". Co? Jak? Kto? Co to? O. k ! i tak dalej... 
Moje przemyślenia o tym że epistolografia umarła wraz z Marysieńką d'Arquien i Sobieskim zyskały kilka nowych argumentów. 
Natomiast po 5 minutach huraganu na koncie zadania powstaje wpis Pana M.anagera. 

Już dodane. Mój błąd! 

A ja się pytam  a gdzie tu przepraszam? Jeden z kolegów dostał zawału, drugi lekko się zaczął ślinić i rozmawia z jakimś warzywem, a pan M.anager, nawet nie przeprosił. 
To jak cytat z kabaretu: 
- O! K..WA! 
- Co?! 
- A nie ... kupiłem.

Related image

piątek, 1 czerwca 2018

Pies Vrotcervillów

Wieczór zapowiadał się dość nudnie. Poza zwykłymi wiadomościami w telewizji nie było nic co mogłoby zająć mój umysł chociaż przez chwilę. Grałem właśnie moją własną kompozycję na skrzypce, inspirowaną dźwiękiem zarzynanego osła i piły tarczowej, kiedy komórka rozdzwoniła się wprowadzając chaos w harmonię mojej muzyki. 
W słuchawce piskliwy głosik sprawił że odłożyłem skrzypce i usiadłem w klubowym fotelu, noszącym już pewne ślady zużycia. Głównie dzięki Watsonowi, który miał okropny zwyczaj jadać w fotelu swój ulubiony pudding z dyni.
- Panie Szolmes, proszę przybyć natychmiast na pomoc! Koło mostu na Rapid River, zaraz przy Medallion Street.... to niesłychane! Straszne! Potwór zaatakował! - piskliwy głos panny Anny C. zburzył resztki nudy, która odrętwiała mój  umysł od wczoraj na równie z podejrzanym zielem jakie Watson, niby na receptę, przyniósł mi do fajki.
- Jak rozumiem pies. Proszę się nie niepokoić. To wcale nie takie niesłychane. Pies się zdarza. Ostatecznie. 
- To był OGROMNY pies, Amstaff chyba, albo Rotweiller. Ale z takim pyskiem jak wilk no! I skoczył w moim kierunku, i nie wiedziałam co robić, mój pies obronny schował się w krzaki, a ja stałam bezbronna i samotna na przeciw bestii..
- Jak ośmielę się przypuszczać pałał ogniem z oczu i ślinił się obficie.
- Skąd pan wie? Panie Szolmes..pan to jest dopiero!
- Dedukcja to ostatecznie moja specjalność. Poniekąd. Proszę wracać do domu. Zajmę się tą sprawą.

Po odłożeniu słuchawki, założyłem swój ulubiony strój roboczy - ostatni krzyk mody - dresy adidasa oraz czapkę z daszkiem tej samej firmy, do ręki wziąłem smycz a w kieszeń dresu wepchnąłem przeterminowany od roku miotacz gazu, tak na wszelki wypadek.

O tym potworze, krążyły plotki, które urosły już prawie do legendy. Cała dzielnica żyła w strachu, podając sobie przerażające opowieści w kolejkach przy stoisku mięsnym w Daisy Shop czy przy kasie pobliskiego dyskontu Little Frog. 
Podobno wczoraj zeżarł ratlerka lady Smith, kiedy nieopatrznie spuściła go ze smyczy aby załatwił większą potrzebę. Biedaczka do tej pory nie wyszła jeszcze z szoku i tuli, do dość zresztą obfitego łona, obrożę wysadzaną cyrkoniami - jedyną pozostałość po ulubieńcu. A kilka dni temu pan Grandsson wracając z działki salwował się wejściem po pas w dość brudny i cuchnący o tej porze roku nurt Rapid River. Całą przygodę przepłacił jednak ogromną dziurą w spodniach oraz jeszcze większą siwizną.
Postanowiłem ukrócić wybryki tego zwierzęcia. Zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty a sąsiad z góry odgrażał się, że wezwie policję jeśli natychmiast nie skończę "rzępolenia" jak nazwał moją muzykę.
Tak więc po chwili spaceru stanąłem nad brzegiem rzeki, wywijając młynka końcem smyczy, którą zabrałem na wszelki wypadek, aby bestię ujarzmić. W zapadającym powoli nad łąkami zmierzchu kontury pobliskich domów, wyłaniające się z nadrzecznej mgły, wyglądały w istocie dość upiornie. Nagle pod mostem zaszeleściły zarośla (od lat nie przycinane tworzyły tu istną dżunglę) i do moich nozdrzy razem z fetorem rzeki dotarł odór jaki można by przypisać jedynie paszczy dzikiej bestii. Smród nieprzetrawionych resztek, lekko słodkawy zapach nie mytego ciała drapieżnika i bukiet tysiąca innych smrodów, których rozpoznanie wymagało sprzętu używanego przez tych partaczy z CSI a którym jako detektyw używający przede wszystkim umysłu gardziłem.
Wytrenowanym ruchem ręka natrafiła natychmiast na rozpylacz z gazem, a drugą wyciągnąłem przed siebie, wydając, zgodnie z radami słynnego zaklinacza psów Ceasara Millana, dźwięk pośredni pomiędzy cmoknięciem a sykiem.
- TSPSSS!  - syknąłem - siad bestio! Starałem się nadać głosowi ton niezmąconego asertywnego spokoju.
- eeeee.... tam....kuuurła... bestio....od razu... he he he.... - wybełkotało niewyraźnie stworzenie wyłaniając się w całej okazałości z zarośli - mów mnie Franek ... ... he he...
Krzywiąc się z odrazą i starając nie wdychać więcej tego smrodu, ruszyłem przez most na drugą stronę rzeki. W oparze unoszącym się nad łąkami na samym końcu mostu zamajaczyła sylwetka wielkiego psa. Napięte do skoku mięśnie, łeb pochylony nisko do ataku. W dodatku z piersi potwora dobywało się straszne ni to warczenie ni to bulgot, kiedy zbliżał się do mnie.

- Dżentelmen może iść, ale nigdy biec - mruknąłem i postanowiłem stawić czoła koszmarowi na środku dość wąskiego mostu. 
- Bestia! Stój! - usłyszałem krzyczącego dyszkantem człowieka - Stój! BESTIA DO NOGI!
Z mgły wybiegł tupiąc jak bojowy hipopotam sharpey, chrumkając i krztusząc się niemiłosiernie od tego galopu.
Bestia, zły psie, no stój bo się spocisz! - nieco krostowaty i niemiłosiernie chudy młodzieniec, biegł za swoim pupilem, sapiąc prawie jak jego pies.
Oj, ja tak pana przepraszam. no zerwał mi się, niegrzeczny! - Młodzieniec spuścił skromnie oczy i mrugną do mnie porozumiewawczo - No wiem pan... mały ale wariat!
Naciągnąłem daszek czapki na oczy i mrucząc coś niewyraźnie poszedłem dalej. 
Łąki przedstawiały po zmroku malowniczy widok,  jak z taniego horroru, pasma mgły unoszące się nad kępami krzaków i traw kołysanych lekką wieczorną bryzą. 
- Te koleś... masz jakiś problem?
Usłyszałem lekko zachrypnięty głos za moimi plecami. Cóż za miły człowiek, altruista, od razu tak pytać się o moje problemy - pomyślałem
- No jeśli już pan był łaskaw spytać. To szukam tu takiego wielkiego psa. Bardzo agresywnego, który terroryzuje okolicę.
Odwróciwszy się ujrzałem efekt stosowania dopingu na siłowni w dresie konkurencyjnej firmy Nike
Uśmiech mojego rozmówcy błysnął w mroku niczym lada jubilera.
- He, he, no co ty ziom, od razu tam terroryzuje, Fafik, noga!
Trawy po mojej lewej stronie zaszumiały znacznie mocniej niż pozwalałby na to wiatr. Stąpanie wielkiego cielska wprawiało w drżenie wodę w pobliskim rowie melioracyjnym. Po chwili spośród traw, mniej więcej na wysokości mojego nosa, wychynął wielki łeb, oślinione wargi odsłaniały kły wielkości  bagnetów od kałacha, przekrwione oczyska ,były lekko zmrużone, a z gardzieli wydobywał się pomruk, na dźwięk którego tygrys wziąłby nogi za pas.
- Tylko ręki nie wyciągaj, bo może być wąsko nie?!
Bydle wielkości cielaka podeszło, powąchało mnie ciekawie i siadło przede mną wyciągając łapę.
- O widzisz. Fafik się zna na ludziach, czyli jesteś spoko! No daj łapę Fafikowi.
Pies przechylił łeb a ja niepewnie uścisnąłem jego łapę, mimochodem zauważając pazury jak u raptora.
- Ale on... tak biega sam?
- A z kim ? Ja go tu puszczam, a sam to sobie browarka rąbnę albo dwa, czy trzy i jest dobrze. Przecież taki piesek to się wybiegać musi.
- Ale zjadł psa takiego małego!
- A tam zjadł. Chciał polizać z zabawy, a to takie nijakie się mu przykleiło do języka i połknął przez przypadek. Ale obróżkę to wysrał i śmy ją oddali tej babie.
- No a spodnie Grandssona?
- Stary, Fafik po prostu pijanych nie lubi. He, he a tak wódą jechał , to i pies nie wytrzymał.
- Co racja to racja.
Fafik na potwierdzenie tych słów polizał mnie przyjacielsko po twarzy.
- To ja może już pójdę - rzekłem zrezygnowany.
- To nara , a my z Fafikiem to jeszcze chwilę rzeki popilnujemy, żeby żadna swołocz się nie włóczyła.
- Nara.
Szybko wróciłem do mieszkania.  Usiadłem w fotelu i sięgnąłem po butelkę burbona kupioną w Ladybug na wyprzedaży
Cholerne legendy miejskie - pomyślałem lejąc pół szklanki do gardła. Po czwartej szklance życie znowu wydało mi się sensowne.

czwartek, 22 marca 2018

SKYNET istnieje... czyli Big Data w akcji.

Burza w mediach, Zuckerberg na kolanach, wielki wyciek danych, upadek Facebooka i tym podobne. Ze wszystkich stron zalewa nas potok informacji jakie to zło się stało, bo firma zajmująca się analizą danych, zrobiła swoją robotę i podała na tacy dane potrzebne do wygrania wyborów.
No bo w sumie to nic nowego. Żaden wyciek. Dane o nas są zbierane wszędzie, zbiera je Facebook, Google i tysiące innych serwisów, stron internetowych i aplikacji.
Strony,które oglądamy zachowują informacje o tym co oglądamy, w jakim punkcie strony i na jakim obrazku dłużej zatrzymaliśmy się "myszką", pobierają dane o naszej lokalizacji, naszych znajomych, żonach i kochankach, dzieciach, zwierzaczkach. Skrzętnie notują, co lubimy i czego nienawidzimy. Niektóre potrafią podglądać nas, bez naszej wiedzy, żeby sprawdzić jaki mamy dziś wyraz twarzy i ocenić nasze samopoczucie, lub sprawdzić w jaki sposób patrzymy na otwarty przez nas serwis. Są także programy, które analizują nasz głos i treści naszych rozmów, kompletnie bez naszej wiedzy. Programy zbierają dane o naszym zdrowiu, diecie, aktywności, mają dostęp do najbardziej skrytych rejonów naszego ja. 



Zauważyliście może taką dziwną prawidłowość? Jesteście w galerii, a tu nagle przychodzą Wam na telefon reklamy sklepów, które właśnie mijacie, Google zachęca Was do napisania opinii o sklepie/ restauracji/galerii w której jesteście. Oglądacie stronę z najnowszymi modelami znanej marki samochodu? Za chwilę dostajecie propozycje jazdy testowej, leasingu, zakupu właśnie tej marki samochodów. Wyszukaliście sobie dla draki "problemy z prostatą" i "niebieskie pigułki"? Przez tydzień będziecie dostawać maile, SMS-y, reklamy ze środkami  na potencję. A jak macie koło 50 to już obowiązkowo dostaniecie reklamy takich specyfików.
Petabajty danych dotyczących naszych najbardziej intymnych sekretów są pobierane, składowane i analizowane. Przerażające? Dlaczego? Przecież sami się na to godzimy.
Nosimy w kieszeni szpiega doskonałego. Orwellowi, kiedy opisywał rok 1984 nawet nie śniło się, że rzeczywistość będzie znacznie gorsza. Nasz telefon od którego jesteśmy uzależnieni, szpieguje nas, podsłuchuje i podgląda i to za naszą zgodą. Przecież instalując aplikacje, które mają nam ułatwić życie, sami klikamy "zgadzam się", dając im dostęp do naszych kontaktów, łącza internetowego, aparatu, mikrofonu, konta Google itp.
Nigdy nie zastanawiało Was dlaczego prosta gierka, którą instalujecie, wymaga aż tylu dostępów? Internet zna nas lepiej niż nasi najbliżsi, wie więcej o nas, niż my sami o sobie. Wystarczy dobrze napisany program, żeby z błędem znacznie mniejszym niż statystyczny, poznać nasze, jak to ładnie powiedzieli w TV, demony i wykorzystać je, żeby nami sterować. Sterować na tyle sprytnie, że nawet tego nie zauważymy.
I to nie jest teoria spiskowa, to rzeczywistość,  w której programy komputerowe uczą się analizować wielkie ilości danych i potrafią przewidywać zachowanie ludzi. Chwilowo wyniki ich analiz wykorzystują ludzie. Do wzbudzania popytu, chęci głosowania na danego kandydata, niechęci do jakiejś grupy społecznej lub konkurencyjnego wyrobu. Chwilowo. Niedługo jednak komputery nauczą się, że mogą same, analizując te i podając odpowiednie wyniki, wpływać na zachowanie swoich twórców. A coraz więcej dziedzin życia przekazujemy w ich "ręce". Sterują aparaturą w szpitalach, ruchem lotniczym, pociągami, samolotami, statkami, elektrowniami, gazociągami, są w każdym domu, samochodzie i wszędzie tam gdzie my. Sami je tam zaprosiliśmy. 
Być może więc, jesteśmy właśnie świadkami początku zagłady naszego gatunku.
A  moim skromnym zdaniem, przy tym wydarzeniu, wykorzystywanie danych o zachowaniu wyborców w internecie, do układania mów kandydatów i spotów reklamowych, to tylko zabawa dla grzecznych dzieci..




   

wtorek, 13 marca 2018

Tattooing for beginners, czyli jak sobie strzelić dziarą w kolano.

Mina autora tego posta musiała być bezcenna. 
Otóż moja zrównoważona, poważna i ogólnie bez najmniejszych oznak szaleństwa, Koleżanka, zadzwoniła przed 8 rano z dziwną prośbą. 
- Słuchaj czy mógłbyś przetłumaczyć na łacinę jedno zdanie? 
- W sumie mogę spróbować, ale wiesz za rezultat nie ręczę, bo od lat już nie miałem styczności (w sumie ponad 20 lat) 
- No ale to tak wiesz trzeba na szybko. 
- Ok. 
Tekst był o miłości czy czymś takim. Darze z siebie etc.
Przetłumaczyłem, walnąłem się w koniugacji, poprawiłem, ale niepewny moich zdolności oddzwoniłem. 
- Słuchaj ale na co to komu?  Powiedz, że chciałaś sobie dziarę zrobić. 
- No, nie ja, znajoma i uparła się żeby po łacinie było, 
- Wiesz co, przekonaj ją, że po polskiemu, albo po chińsku będzie lepiej. Bo po polsku to wiadomo, może uda się bez błędów, a po chińsku i tak nikt nie zrozumie, więc w sumie wszystko jedno co sobie wytatuuje, byle do Chin z tym nie jechała. 

W sumie nie mam nic przeciwko tatuażom, Ba! Niektóre nawet wyglądają nieźle, kilka, które widziałem naprawdę mi się podobało. Mimo wszystko tatuowanie sobie czegoś w języku, którego nie znam, niesie ze sobą pewne ryzyko. 
Bo na przykład mogłem wysłać następujące tłumaczenie:
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit.
Mający do czynienia z tworzeniem stron internetowych lub poligrafią rozpoznają bezbłędnie, że jest to tekst, który jak wieść niesie już od XV wieku był używany jako "zapełniacz", czyli treść wklejana dla celów testowych. No i laska z takim tatuażem, będzie wśród wtajemniczonych wywoływała nieodmiennie salwy śmiechu. 
Podobnie rzecz ma się z tatuażem po chińsku, japońsku czy w sanskrycie. Kto mi zaręczy, że znaki, które w mniemaniu kawalarza tatuażysty znaczą pokój i miłość, tak na prawdę nie są pozycją z menu w pobliskiej chińskiej knajpie .A kto do cholery chciałby mieć wytatuowane na plecach :
"Kaczka po pekińsku w pięciu smakach"  lub "Kurczak po tajlandzku na ostro"




środa, 28 lutego 2018

Shake an apple - suplement.

Dziś otrzymałem odpowiedź serwisu Appla. Przyznaję, że mnie rozczarowali. O tak? To ja się starałem mądry mail napisać, zawierający zawoalowane groźby i odrobinę pikantnego szantażu. A oni po pierwszym już tekście z zaklęciami typu "brak należytej staranności", "podjęcie kroków prawnych w celu ochrony interesu" i takich tam innych,  już się poddali:

(...) Uprzejmie informuję, iż po ponownym rozpatrzeniu sprawy, decyzją naszego kierownictwa, Pana reklamacja zostaje rozpatrzona pozytywnie. (...)
 
Cholera. To ja już w swoim wrednym i pokrętnym umyśle pisałem pozew, układałem odpowiednią mowę, na wypadek składania zeznań przed Wysokim Sądem, a tu, o tak,....



W sumie więc, aż kolana się uginają pode mną z wdzięczności przed Szanownym Kierownictwem, które, w całym swoim rozsądku, wynikającym z wrodzonej pewnie niechęci do zadawania się z upierdliwym klientem, podjęło tak korzystną dla mnie decyzję.
I cały drżąc aż, z tej rozkoszy, zapytuję wrednie. A ilu konsumentów odesłano z kwitkiem i brakiem argumentacji i kazano płacić za naprawę iPhonów, iPadów, icoTamJeszcze, grubą kaskę?