sobota, 11 kwietnia 2020

Moje życzenia na Wielkanoc.


Nie jestem dobrym katolikiem, może nawet nie jestem dobrym chrześcijaninem, ale Triduum Paschalne zawsze było dla mnie szczególnym czasem.  A najpiękniejszą jego częścią, właśnie Wigilia Paschalna. 
I w tym czasie, kiedy wszystko się zmienia, upadają autorytety, celebryci nie mają dla nas żadnych porad, nasza władza nad naszą planetą, jest wystawiona na próbę i okazała się tylko złudzeniem, ta część pozostaje niezmienna.  Jest stałą w całym tym chaosie. 
I dzisiaj właśnie chyba uważniej słuchałem niż poprzednio. 
(...)
Uświęcająca siła tej nocy oddala zbrodnie, z przewin obmywa, przywraca niewinność upadłym, a radość smutnym, rozprasza nienawiść, usposabia do zgody i ugina potęgi.
(...)
O, zaiste błogosławiona noc, w której się łączy niebo z ziemią, sprawy boskie ze sprawami ludzkimi.
(...)
Bo króliczek, zajączek, kurczaczek, jajeczko, śmigus - dyngus, czy baranek cukrowy albo pisanka niczego nam nie przynoszą. Niczego nie dają. Nie są nawet ważne w te Święta. 
Ta Noc należy tylko do Niego. Jakieś dwa tysiące lat temu, tej nocy, Jeszu Ha Nocri zmarwychwstał. A więc nie ma nic niemożliwego. I tylko to jest naprawdę ważne. Nic więcej. 
Tej Nadziei i Radości Wam życzę 
Resurrexit, sicut dixit. Alleluia!

Trzy krzyże w zachodzącym słońcu - Tapeta na telefon

czwartek, 9 kwietnia 2020

Coronavirus blues (cz.4)

09.04.2020
Jestem chyba jakimś prorokiem. A co najmniej jasnowidzem. Dwa tygodnie temu mówiłem, że trzeba będzie pyski zakrywać. I maski nosić. Tak na codziennie. No i masz od 16 kwietnia mamy chodzić zamaskowani niczym bandyci. To nic że prawdopodobnie nic to nie daje. No ale jak wpadniesz między wrony....
Na szczęście już odpowiednio zostałem zaopatrzony przez Katarzynę. Uwaga dla życzliwych: Jestem na spacerze z psem, którego nie widać, bo akurat wzrostu jest jeszcze bardziej nikczemnego niż właściciel.


Spojrzenie psychopaty zaś, to wynik wielodniowego zamknięcia w izolacji. Ostatecznie homo est animal sociale. Czy tak jakoś.
-------------------------------------------------
Rozmawiałem dziś ze Znajomym, który opowiadał mi o tym, że mimo wszystko jest szczęśliwy, będąc z kobietą którą kocha i jak to się mówi, jest jego drugą połową. Mam nadzieję, że przetrwają próbę czasu. Ostatecznie jest odważny i na tyle szalony.
-------------------------------------------------
Usłyszałem dziś (właściwie to przeczytałem) że człowiek musi mieć jakieś hobby. Fakt. Znalazłem.
Właśnie kupiłem w nocy kurs PHP - masakra! Nie dość, że ogólnie mętnie się ta opowieść toczy, to jeszcze prowadzący używa, doprowadzającej mnie zawsze do szaleństwa, maniery wrzucając co chwilę przerywnik w postaci pytania retorycznego: "Prawda?"  oraz dziwnej wymowy w rodzaju "orajkla".  Nie mówiąc o tym, ze popełnia kompletne barbarzyństwa językowe jak  np. "ściągłem".  Nie wytrzymałem. Serio. Przerzuciłem się na książkę.
------------------------------------------------
No i jak tu mówić o izolacji. Wszystkie komunikatory piszczą co chwilę. Służbowo, prywatnie. Rozmawiamy szczerzej chyba nawet niż w realnym świecie.
................................................................
Pewna moja Rozmówczyni stwierdziła, że świat po epidemii będzie inny, bardziej odizolowany. Nastąpi czas kontaktów online i dalszej separacji. Ponieważ jestem cyfrowo przystosowany w sumie nie przeraża mnie ta wizja, o ile nie dojdzie do sytuacji jaką pokazano w filmie Surogaci. Może ta nasza "cyfrowość" nie pójdzie jednak w tym kierunku. Będzie tylko uzupełnieniem, częścią życia, nie jego protezą.
------------------------------------------------
Chcę sobie kupić sziszę.  Co dobitnie świadczy o moim stanie psychicznym i skłonnościach samobójczych - zostanę bowiem zlinczowany jeśli zacznę to palić w domu. A ostatnio rzucałem palenie. Fakt, że bezskutecznie. :D
------------------------------------------------
Wczoraj koło 15 dowieźli pralkę. Chyba jestem już za gruby. Ledwo zmieściłem się w łazience żeby to cholerstwo podłączyć. Widać izolację skończę jako motyl wykluty z kokona. Taki cholernie spasiony i utyty motyl. A może ćwiczyć częściej?
------------------------------------------------
Rząd ogłosił przedłużenie izolacji do 19 kwietnia. A potem się zobaczy. Chwilowo jednak z tego co się zobaczy to niewiele widać. Na pewno będzie więcej rozwodów. A nie daj Hetero i morderstw.
Tak na poważnie najgorsza jest sytuacja ofiar przemocy w rodzinie. Nie mają już dokąd uciec. Tragedia.
------------------------------------------------
Austria coś tam przebąkuje na temat poluźnienia dyscypliny izolacji i ponownego rozruchu gospodarki. Szwedzi nadal prowadzą swój eksperyment z brakiem zatrzymania całego kraju. Mają jakieś 8,5  tysiąca zachorowań. Może to nie jest tak zły pomysł? No ale to Skandynawowie. Zdystansowani od siebie i nieco mniej wylewni niż my. Nie mówiąc o Włochach czy Hiszpanach.  Coraz więcej znajomych zaczyna skłaniać się ku teoriom spiskowym.
------------------------------------------------
Przyszła paczka z AliExpress.  W sumie bez paniki. Nadana w ZAMBII :D

Coronavirus blues (cz.3)

08.04.2020
Jutro rząd ma wydać nowe zalecenia co do zachowań społecznych obywateli w obliczu nadchodzących Świąt. Bo jakoś tak 11-go kończy się ważność ostatnio wydanych. W dodatku jeszcze z Wiejskiej dochodzą wieści, że Tarcza 2.0 dla przedsiębiorców już niedługo ujrzy światło dzienne. Biorąc pod uwagę że Tarcza 1.0 jest dziurawa i ogólnie robiona na kolanie, wersja 2.0 pewnie będzie podobna. Pomijam kwiatuszki legislacyjne. Nawet nie chce mi się tego analizować.
To tak bardzo przypomina mi niektóre projekty IT.  Testujmy na produkcji, co może pójść nie tak?



Tyle że tutaj wyłożenie produkcji skutkuje nie brakiem dostępności do strony sklepu internetowego, czy wkurzeniem klientów. Tu jakoś tak dziwnie przekłada się to na śmierć setek ludzi,  zniszczenie gospodarki i ogólnie takie tragedię narodową.
Pracowałem w korpo. Tam były procedury na wypadek wszystkiego. Serio.  Na wypadek epidemii, trzęsienia ziemi, apokalipsy zombie. To wszystko leżało sobie w szafie i kiedy zombie szturmowały właśnie biurowiec, mogłeś sobie wyciągnąć z szafy i przeczytać co masz robić. Działało uspokajająco, tak jakoś pewniej się człowiek czuł.
Tymczasem nowoczesne państwo w samym środku Europy nie ma planu na wypadek epidemii. Przecież te tarcze i inne zbroje powinny być napisane lata wcześniej. W szafie pancernej BBN powinien leżeć "Plan działania na wypadek epidemii (....) * w miejsce kropek wstaw chorobę", takie opasłe tomiszcze, w którym byłyby te tarcze, zakazy i nakazy i inne jeszcze bzdury zapisane. I kiedy mamy epidemię, rząd wyciąga toto z sejfu, odkurza i ma! Gotowe! Ładnie napisane! Skonsultowane uprzednio z prawnikami, lekarzami, SANEPiDem i Jowisz tam wie z kim jeszcze.
Nie musi pisać niczego po nocach i na kolanie.
----------------------------------------
W poradniku przetrwania zamknięcia w domu całej rodziny powinny znaleźć się obowiązkowo zapisy typu How to..? Na przykład:  Jak zająć córki na kilka dni, żeby nie warczały na siebie i dały Ci święty spokój? To proste. Jeśli już nie masz, kup zestaw do hybrydy. Zamknęły się w pokoju z nową zabawką i chyba jeszcze nie pozabijały. Działa!
Przydają się też przepisy porządkowe: Nie ma mowy o trzepaniu dywanów! To nie jest niezbędne do życia! I można za to dostać mandat 500 złotych. A tak serio gość dostał mandat za mycie samochodu na myjce. Paranoja! Czysta, żywa!
----------------------------------------
Errata do kupna zestawu do hybrydy. Trzeba kupić tyle ile ma się córek. W innym wypadku należy się liczyć z wrzaskami, rzucaniem poduszkami, piskami oraz ogólną wrogością obdarowanych.



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Coronavirus blues (cz.2)

(...)
Rząd pracuje nad tarczą antykryzysową. Pierwsze propozycje to jakaś tragifarsa. Odroczymy wam ZUS na 3 miesiące a w czwartym zapłacicie za 4. Wszystko to wyjęte z gardła i pisane na kolanie gdzieś nad ranem. Dziecinada.
(...)
Zamknęli nam siłownie. Mój klub prosił, żeby nie "zamrażać" karnetów. Bo przecież muszą zapłacić pracownikom, za lokal itp. Ok. Da radę. Zamówiłem hantle, gumy i staram się ćwiczyć. Kiepsko mi to idzie. Nie mogę się zebrać, żeby ćwiczyć codziennie. Depresja okołokoronawirusowa czy jak?
(...)
Znajomi powoli odchodzą od zmysłów. Na komunikatorach  zalew łańcuszków: Zmów 1000 zdrowasiek, Dziś o 21 wystaw świeczkę w oknie i zmów koronkę. Gorsze są reklamy. Cudowna herbatka na wirusa. Talizman, który chroni przez wirusem. Odkażanie mieszkania kadzidełkiem. Krople zapewniające odporność, rytuał magiczny itp. Czy każda epidemia ma musi wywoływać u ludzi takie same objawy? Nie ma panaceum, nie ma magicznych rytuałów chroniących przed zarażeniem. Są tylko naciągacze, ludzkie hieny, żerujące na strachu innych. Takich powinno się wysyłać do pracy w szpitalach zakaźnych, niech sprzątają, opiekują się chorymi, niech udowodnią, że ich talizmany działają. Nuże!
(...)
Dziewczyna z Włoch opowiadała trochę o tym co u nich. Ma szczęście mieszka na południu. tam nie jest tak tragicznie jak na północy.
Byłem w Wenecji. Ciężko wyobrazić sobie to miasto bez ludzi. Może to trochę właśnie włoska mentalność sprawiła, że dzieje się tam tak jak się dzieje. Ludzie umierają w domach i nikt ich nie zabiera. Włosi są serdeczni i pogodni, dla mnie nieco niefrasobliwi w sposobie zachowania i zbyt może wylewni w okazywaniu uczuć. W jakimś wywiadzie Włoch mówił- nie wyobrażam sobie, żeby nie spotkać się z moim przyjacielem. Jeśli on umrze i jak nie chcę żyć.
(...)
Obostrzenia w przepisach dotyczących poruszania się. Teraz można wychodzić tylko realizując ważne potrzeby życiowe, dzieci do lat 18 nie mogą wychodzić bez dorosłego, zamknięto hotele i wynajem krótkoterminowy, zakazuje się wstępu do lasów, parków narodowych i jeszcze sporo innych. Od 10 do 12 sklepy obsługują tylko ludzi starszych (powyżej 65 lat) Wchodząc do sklepu trzeba mieć rękawiczki.
(...)
Tarcza antykryzysowa przyjęta. Jakoś nie czuję się chroniony, tysiące małych firm pada, nie mają na opłaty, czynsze, zus i inne opłaty. Bo nie zarabiają. Bez ludzi, którzy siedzą w domach nie ma ruchu w interesie - nakazano zamknięcie zakładów kosmetycznych, fryzjerskich i tego typu. Znajoma fryzjerka musi zrezygnować z lokalu i zawiesza działalność miała pracownicę, której nie ma czym zapłacić i czynsz za lokal w niezłym miejscu, na który ją już nie stać. Nie wiadomo kiedy się to skończy, a żyć trzeba.
(...)
Tarcza antykryzysowa do zmiany. Odrobinę rozszerzono obietnice, ale nadal nie zapewniają niczego, a przede wszystkim nie zapewniają przetrwania tym drobnym przedsiębiorcom, którzy z dnia na
dzień  stracili  wszystko.

01.04.2020
Damian przyniósł telewizor dla Pauliny. Okazyjnie. Zamocujemy na ścianie, niech wisi.

02.03.2020
Przez kilka godzin wierciłem w ścianie nośnej. Cholerna wielka płyta. Byłem koszmarem dla sąsiadów. Ale jak trzeba to trzeba. Oczywiście musiałem i tak jechać do OBI - kolejka - wchodzisz jak wyjdą inni.  W sumie kupiłem końcówki, kable i tak dalej. Szlag! Zasilacz do głównego dekodera się spalił więc wziąłem od tego i główny chodzi na nim. Cyfrowy Polsat ma tylko 2 czynne punkty. Oba do 16 A do 16 to ja w pracy. W sobotę pojadę.

03.04.2020
Na YouTube teatr Syrena udostępnił Klub hipochondryków. Zabawna komedyjka. Lekka, łatwa i działająca na koronawirusową depresję jak prawdziwy balsam. W ogóle częściej odwiedzać teatr. Niestety tylko online. W ubiegłym tygodniu byłem u Osterwy w Lublinie - Diabeł i tabliczka czekolady.  Reportaże o Lublinie w formie teatralnej. Trochę długie, ale oderwane mózgu od nauki i pracy bezcenne.

04.04.2020
Pojechałem po zasilacz. Ulice puste, czasami przemyka gdzieś pojedynczy człowiek. Pod punktem na Krakowskim kolejka. Jakieś młode małżeństwo, dziewczyna sama, bo mąż załatwia inne rzeczy, ja gość w czapce z daszkiem i rudym kucykiem, chłopak w kapturze i okularach przeciwsłonecznych. Ciepło w sumie i miło na dworze a do salonu wchodzi się po 2 osoby. Czekamy. 10:15 wychyla się pracownik salonu. Od 10 do 12 obsługujemy tylko osoby powyżej 64 roku życia. Amen. Kropka. Rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów. Wszyscy się oburzyli. No bo akurat w mordę misia NIE BYŁO NIKOGO POWYŻEJ tego wieku. Nikogusieńko. Nie ma dyskusji. Dura lex sed lex. A gdzież do lich DUCH prawa! Czy  to przepis ma być dla człowiek czy człowiek dla przepisu. Skoro litera prawa zakazuje to czy duch prawa nie może zakazu złagodzić skoro jego wykonanie jest ABSURDALNIE BEZSENSOWNE?  Nie.  Za to przyjemnie się rozmawiało - w przepisowej odległości co najmniej 2 metrów. Przejechał patrol policji po cywilu, przeszła straż miejska. A my staliśmy i jak to Polacy w kolejce, rozmawialiśmy o sprawach ważnych i mniej ważnych. Fajnie.


05.04.2020
Znajomi mają więcej czasu na przeglądanie internetu. Przez co trafiają na różnorodne teorie spiskowe, filmy o kryptozoologii, kryptoarcheologii i innych takich. W sumie zabawne i można to obejrzeć. Pod warunkiem, że nie uwierzy się we wszystko co w nich mówią. Z drugiej strony sam zaczynam wierzyć powoli, że nie ma żadnej epidemii, że to jedynie wynik jakiegoś diabolicznego spisku mającego na celu przejęcie głównych gałęzi przemysłu oraz finansów, zniszczenie dotychczasowego ładu itp. Byłoby to tak cholernie fajne wytłumaczenie, znalazłbym swojego wroga, którego mógłbym opluwać codziennie Eurazję, Annunaki, masonów, Żydów, czy kto tam jeszcze winny jest temu co się dzieje. Moja twarz jest coraz bardziej szara w lustrze, tak jak ubiór, tak jak myśli. Popełniam myślozbronię. Wbrew regułom ANGSOC'u

06.04.2020
 Premier Wielkiej Brytanii poszedł do szpitala z koronawirusem. Premier Polski ogłasza że może w maju a może w czerwcu nastąpi szczyt epidemii. Do tego czasu mamy siedzieć zamknięci i wykonywać rozkazy. Rząd zaś chce sprawdzać naszą lokalizację i otwierać korespondencję. Jeśli nadal nasza gospodarka będzie "zahibernowana" umrzemy nie na wirusa, ale z głodu. A tymczasem sypią się kary za nieprzestrzeganie przepisów porządkowych, Słuszne czy nie. Zgodne z prawem czy nie. W dodatku gdzieś słyszałem, że państwo ma mieć dostęp do lokalizacji naszych telefonów i to bez różnicy czy mamy kwarantannę czy nie.  Znajoma, która jeszcze chodzi do pracy powiedziała, że ulice przypominają jakiś serial sci-fi - tak pusto. Ma chyba rację.
A tu jak zwykle przed świętami pomór sprzętu AGD, pralka dożyła swoich dni i zatarła kompletnie łożyska. Fakt ostatni jakoś tak trochę głośniej chodziła (słychać było na drugim końcu osiedla). W środę mają dowieźć nową, więc te dwa dni bez prania jakoś przeżyję. Może. Idę wyprowadzić na spacer psa i córkę. :)

07.04.2020
Ze wszystkich stron płynął nieciekawe informacje. Klient zawiesza nasz projekt "do odwołania". Trochę paniki w zespole.  Mimo to trzeba robić swoje.
Dziś po raz pierwszy zgodziłem się z Trumpem, który powiedział że jak nie zniesiemy tej kwarantanny to ludzie będą umierać nie na wirusa tylko z jej powodu. Mam nadzieję, że minie mi niedługo.
A na świecie ludzie palą nadajniki 5G, bo ktoś powiedział, że ten wirus to właśnie z powodu wprowadzenia tej technologii. Jeśli zaczną palić książki i/lub czarownice, to ja się wypisuję z tego całego bałaganu.

Coronavirus blues (cz.1)

No i mamy kolejny tydzień zamknięcia w domach. Od tego siedzenia na, hmm, miejscu dostaję już bzika. W TV mówią, że pisanie pamiętników z czasu epidemii jest formą terapii psychicznej.
Chyba z moja psychiką coś jest nie tak. Więc nadrabiam.
Od trzech tygodni pracuję w trybie pracy zdalnej. W sumie nic nowego. Od kilku lat mam taką możliwość i czasem korzystałem z tego wyjścia, fajnie zostać w domu, móc spokojnie zastanowić się nad tym co robię. Tak długi okres zdalnej pracy, kiedy mamy pełny dom ludzi zaczyna jednak być męczący. Wszyscy są coraz bardziej nerwowi i coraz mniej tolerancyjni. Chociaż ja w sumie nigdy nie byłem oazą spokoju.

Gdzieś około 07.03.2020
Nie jestem przekonany, czy to wszystko ma większy sens. W sumie patrząc na informacje o zakażeniach i śmiertelności dotyczących grypy cały ten COVID-19 wygląda na jeszcze jednego wirusa w tym stylu. Boimy się jednak tego czego nie znamy. A tego nie znamy.
Na fajce gadam z Adamem. Właśnie na początek kwietnia jego żona ma termin porodu. Jeśli dalej tak pójdzie nie będzie im łatwo. Ale gość się nie załamuje. Tak trzymać!
Od początku czyli około początku marca śledzę stronę https://www.worldometers.info  gdzie podawane są ciągle aktualne informacje na temat liczby zachorowań, ilości przypadków śmiertelnych i ozdrowieńców.  W sumie przygnębiające i to z dnia na dzień bardziej.
(...)
Znajomy z pracy wrócił z Grecji. był na kwarantannie. Po dwóch tygodniach pisał: Hej kiedy to się skończy, nie mam żadnych objawów. Nic mi nie jest. I nie mam informacji kiedy mogę wyjść. Nikt nie wiedział.
(...)
W środę ludziska rzucili się do sklepów, wykupywali makarony, kasze, mąki, konserwy i wszystko co może im zapewnić przetrwanie w czasie wojny. Koleżanka z pracy się mi zestresowała. Bo ma małe dziecko, no i nie zrobiła zakupów wczoraj. Jak wyjdziemy z roboty to pewnie już nic nie będzie.
Było. Panika. Ludzka głupota. No i dezinformacja - ktoś gdzieś powiedział, że zamkną sklepy.
(...)
Wchodzę do biura a Paulina mierzy mi temperaturę na dzień dobry. Nieźle. Dostajemy wytyczne od Michała, że kto może to na zdalne. Brać co chcecie, monitory, myszy, klawiatury fotele itp. Ale siedzieć w domu. Ok. A ja akurat mam jechać na szkolenie do klienta. Wszystko dogadane, klucze do mieszkania służbowego w kieszeni a tu w piątek zakaz poruszania się i wszędzie apele #zostanwdomu.  Dogadaliśmy się z Klientem. Zostaję tutaj. U nich też wszyscy zdalnie. Uczę się sam ze zdalną pomocą kolegów i materiałów jakie dostałem.
(...)
Znajoma z Warszawy ma objawy zapalenia płuc, dzwoniła zdenerwowana, bo nie ma możliwości skontaktowania się z żadnym lekarzem. Przeszła całą procedurę którą rekomendują media. Sanepid, szpitale itp. Pies z kulawą nogą się nie zajął. Siedzi w domu, gorączkuje i wkurza coraz bardziej. Coś tu chyba nie działa.
(...)
Czuję się trochę jak w 1939- z jednej strony, silni zwarci gotowi z drugiej brakuje tego tamtego i ogólnie to wytrzymamy góra miesiąc. Wszystko zależy który kanał włączysz. Płyny do dezynfekcji rąk, maseczki, rękawiczki stają się towarem deficytowym, pożądanym, koniecznym do przeżycia
(...)
Rząd wprowadza rozporządzeniem restrykcje  dotyczące kwarantanny, poruszania się, odstępów w sklepach itp.  Ale nie stan wyjątkowy. Bo to może przesunąć termin wyborów prezydenckim z 10 maja w bliżej niekreśloną przyszłość. Dziwna logika. Gromadzić się nie można ale iść na wybory i owszem.
(...)
Na osiedlu, gdzie mieszka sporo moich znajomych już kilka osób jest na kwarantannie. A jedna trafiła chyba na zakaźny, bo mój "osiedlowy monitoring" donosił że była karetka, ludzie w maskach i kogoś zabrali.  Część znajomych lekko panikuje.



piątek, 12 lipca 2019

Historia jednej reklamacji


W życiu każdego abonenta sieci komórkowej przychodzi taki czas kiedy okazuje się że rachunki rosną a korzyści maleją. Tak więc dopadło i mnie.
Zamówiłem sobie kiedyś dodatkowy internet, bo to takie przydatne w podróży i ogólnie fajne a poza tym dostałem lapa żeby sobie mieć czym surfować i takie tam inne a jak to przy działalności gospodarczej, z kasą krucho a zdolność kredytowa zdechła już dawno temu. No i się umowa skończyła a abonament o 100 % do góry.
Zadzwoniłem więc przy okazji, żeby zapytać co i jak mogę zrobić z tym numerem i miła konsultantka powiedziała że i owszem, że jak najbardziej, proszę Drogi i Szanowny Kliencie, dla Ciebie wszystko załatwimy, zrobimy, dostarczymy i to w super cenie. I za takim wypaśnym nowym lapem, że sąsiad będzie zazdrościł. Przecież to my T-Mobile. Serio, serio - bez nonsensów!
Odbierałem po 4 dniach paczkę w punkcie DHL – z tą firmą jest tak, że jeszcze nigdy nie dostarczyła mi przesyłki. Serio. Nigdy. Ich kurierzy mnie nie lubią. Sam nie wiem dlaczego. Żaden kurier z DHL nie zna mojego adresu, nie dzwoni, nie pisze SMS-ów i każdy unika mnie jak zarazy. Ostatnio widziałem nawet jak chował się nurkiem w krzaki na mój widok. Ale mogę się mylić. Może tylko miał kłopoty z żołądkiem. Dość, że nie miałem wyboru. Procedura i tyle.
Dzięki tej procedurze pofatygowałem się na Chemiczną (w …. daleko i kompletnie nie po drodze) i chcą to załatwić najszybciej jak się da podpisałem wrzuciłem w bagażnik i pojechałem coś zjeść.
W domu siadłem sobie uśmiechnięty i rozpakowuję. Znacie to uczucie? Zapach świeżej elektroniki w dziewiczej paczuszce. No gwiazdka w lipcu. Chociaż moment… jakaś dziwnie mała ta gwiazdka.
Szlag.. zamiast wypasionego lapa dostałem netbooka całego z plastiku i wyglądającego jak nie przymierzając stare ruskie gierki kupowane na targu za czasów kiedy byłem jeszcze malutkim a już wrednym sukinkotem.
No ale ok.. jakieś papiery się walają, po pudełku. Może najpierw przysyłają taki model laptopa w gratisie, żeby dać dziecku do zabawy a potem przychodzi ten prawdziwy? Niby moje wyrosły ale ok dam znajomej może jej młody zechce.
A na umowie czytam, że umowa dotyczy zupełnie innego numeru, przedłuża cyrograf (czytaj kontrakt) do 2024 roku wraz ze 100 procentowym wzrostem abonamentu oraz tym oto wspaniałym plastic-fantastic sprzętem.
No to zadzwoniłem na BOK. Pani oczywiście potwierdziła moje obawy – nie ten sprzęt, nie ta umowa i tylko ja się zgadzałem. No w sumie tak ale nie NA TO! Oświadczenie woli dotyczyło innej umowy i innych warunków o plastikowej zabawce nie wspomnę.
Piszę więc reklamację używając słów – odebrałem przesyłkę, rażące uchybienie, rozmyślne wprowadzenie w błąd, nienależyte wykonanie umowy. Lubię tak.. do snu zawsze czytam kodeks cywilny na zmianę ze słownikiem wyrazów obcych.
No i pan Łukasz po 24 godzinach odpisuje: Dziękuję za zwrócenie uwagi, niedogodności, poprawienie, skoro paczki pan nie odebrał to wróciła itp. oraz oczywiście 50 złotych rabatu, konsultantka już do pana dzwoni i proszę o wypełnienie ankiety dotyczącej oceny mojej obsługi sprawy.
Jak cholera! Przecież nawet pan nie przeczytał tego co pisałem! Piszę teksty tego rozmiaru za jakieś 200 – 250 złotych za artykuł a za 50 to mogę powiedzieć gdzie szukać przepisów jakie zacytuję w kolejnym mailu. A więc do pióra… znaczy klawiatury i znowuż - odebrałem, nie ten sprzęt, sprzęt konieczny do pracy, rażące zaniedbanie, nieudolność, niewywiązanie się z umowy, z wisienkami typu - ODSZKODOWANIE, SĄD , KOSZTY ZASTĘPSTWA PROCESOWEGO, ADWOKAT! No mój Adwokat (najlepszy w mieście) w sumie by się ucieszył. Zawsze parę groszy by wpadło.
Tym razem panu Łukaszowi czytanie moich wypocin zajęło 2 dni. Pewnie nie chciał niczego opuścić. No i czytam, jak zwykle dziękuję za zwrócenie uwagi na nieprawidłowości, w celu odstąpienia od Aneksu proszę o odesłanie sprzętu i papierów oraz pisemnego odstąpienia od Umowy. Koszty zwrócimy. Tym razem nie zaryzykował ankiety i całe szczęście bo pojechałbym wysadzić call center T-Mobile w powietrze.
No to piszę, drukowanymi – znaczy krzyczę według sieciowej etykiety -

1. NADAL CZEKAM NA OBIECANY TELEFON W SPRAWIE PRAWIDŁOWEGO ZAWARCIA ANEKSU DO UMOWY I PRZEDSTAWIENIE PREFERENCYJNYCH JEJ WARUNKÓW - CHYBA ŻE NIE ŻYCZĄ SOBIE PAŃSTWO TAKIEGO KLIENTA 
2. NIE ZAWIERAŁEM UMOWY O TEJ TREŚCI Z T-MOBILE S.A., WIĘC NIE WIDZĘ POWODÓW ABYM MUSIAŁ SKŁADAĆ W JAKIEKOLWIEK FORMIE ODSTĄPIENIE OD UMOWY, KTÓREJ NIE ZAWARŁEM. Z TEGO CO PAMIĘTAM JEDNOSTRONNE ZAWARCIE UMOWY NIE ISTNIEJE W PRAWIE CYWILNYM OBOWIĄZUJĄCYM W POLSCE.
3. CO DO WYSYŁKI NA MÓJ KOSZT W RAMACH DOBREJ WOLI JESTEM W STANIE ZANIEŚĆ JĄ DO AUTORYZOWANEGO PUNKU T-MOBILE W MIEJSCOWOŚCI MOJEGO ZAMIESZKANIA. 
4. PRZESŁANE WYJAŚNIENIE NIE ODNOSI SIĘ DO REKOMPENSATY ZA STRACONY CZAS  I NERWY JAKIE KOSZTUJE MNIE WIELOKROTNY KONTAKT TELEFONICZNY I MAILOWY W TEJ BANALNEJ I PROSTEJ SPRAWIE. NIE WSPOMINAM O UTRACONYCH KORZYŚCIACH JAKIE WYMIERNIE PONOSZĘ BĘDĄC JUŻ DRUGI TYDZIEŃ POZBAWIONYM SPRZĘTU KONIECZNEGO MI DO PRACY. 

Pan Łukasz w końcu zadzwonił, widać nie chciał spędzać znowu kilku dni na czytaniu.
- Przepraszam, procedura, za chwilę zadzwoni mój zaufany konsultant, proszę, żeby pan odesłał.
- Dobra, odeślę i ale żadnych odstąpień i odszkodowanie.
- No odszkodowanie to w sądzie. Ale warunki preferencyjne.
- Skoro tak sobie życzycie. Umiem pisać i pozwy.

Jak mnie wk..w opadł, zakleiłem paczkę, dodając wiązankę najgorszych przekleństw do środka i uroków mających zgubnie działać na zarząd spółki T-Mobile.
Oczywiście jako ekstrawertyk ze skłonnościami do ekshibicjonizmu duchowego powiedziałem o tym Piotrkowi
– Ech, ty głupi, przecież mam lapa na zbyciu i to lepszego i za połowę tej ceny.
- Na fakturę?
- Na fakturę!
Tak geszeft doszedł do skutku pomiędzy nami a ja po zastanowieniu odwołałem zamówienie. Bo nie chcę i nie mogę i nie będę.
I tu historia powinna się skończyć.
Ale nie. T-Mobile miał jednak ostatnie słowo. Dziś od 11 nie dostałem ani maila, ani wiadomości ani nawet zwyczajowych pozdrowień z LinkedIn od headhunterów.
Wysiadł mi internet w komórce. Całkowicie i nieodwołalnie. Na skutek wyłączenia go przez konsultantów T-Mobile.
Zemsta jest słodka!
Related image

środa, 7 listopada 2018

Scrum you! czyli jak rozwijać się zwinnie

Dawno już tu nie byłem. A to dlatego że życie przebija wszelkie możliwe fikcje, jakie tylko możemy sobie wymyślić.  Niby człowiek już nie jest korpo, ale ma agile, scrumy i ogólnie żyje w cudownym świecie abstrakcji. Od tych zwinnych metod zarządzania jesteśmy już tak zwinni jak jaszczurki zwinki. I dostajemy wrzodów na dwunastnicy. 
Czy wiecie, że można pisać maile służbowe tak, że odbiorca wie, że wrzeszczycie na niego? Nawet bez inwektyw i używania wyrazów uznawanych za niecenzuralne.  
Dzisiejszy przykład: 

Proszę o dodanie do paczki ze zgłoszenia #XXXXXX poniższego. 
SPRAWA JEST BARDZO PILNA!!!

No i teraz zastanawia się człowiek poniższego czego ? Napisu że sprawa jest bardzo pilna? OK, da się załatwić. 
Oczywiście na skutek tego dopisku zawrzało w sieci i komunikatory wszystkie rozdzwoniły się i "rozpipczały". Co? Jak? Kto? Co to? O. k ! i tak dalej... 
Moje przemyślenia o tym że epistolografia umarła wraz z Marysieńką d'Arquien i Sobieskim zyskały kilka nowych argumentów. 
Natomiast po 5 minutach huraganu na koncie zadania powstaje wpis Pana M.anagera. 

Już dodane. Mój błąd! 

A ja się pytam  a gdzie tu przepraszam? Jeden z kolegów dostał zawału, drugi lekko się zaczął ślinić i rozmawia z jakimś warzywem, a pan M.anager, nawet nie przeprosił. 
To jak cytat z kabaretu: 
- O! K..WA! 
- Co?! 
- A nie ... kupiłem.

Related image

piątek, 1 czerwca 2018

Pies Vrotcervillów

Wieczór zapowiadał się dość nudnie. Poza zwykłymi wiadomościami w telewizji nie było nic co mogłoby zająć mój umysł chociaż przez chwilę. Grałem właśnie moją własną kompozycję na skrzypce, inspirowaną dźwiękiem zarzynanego osła i piły tarczowej, kiedy komórka rozdzwoniła się wprowadzając chaos w harmonię mojej muzyki. 
W słuchawce piskliwy głosik sprawił że odłożyłem skrzypce i usiadłem w klubowym fotelu, noszącym już pewne ślady zużycia. Głównie dzięki Watsonowi, który miał okropny zwyczaj jadać w fotelu swój ulubiony pudding z dyni.
- Panie Szolmes, proszę przybyć natychmiast na pomoc! Koło mostu na Rapid River, zaraz przy Medallion Street.... to niesłychane! Straszne! Potwór zaatakował! - piskliwy głos panny Anny C. zburzył resztki nudy, która odrętwiała mój  umysł od wczoraj na równie z podejrzanym zielem jakie Watson, niby na receptę, przyniósł mi do fajki.
- Jak rozumiem pies. Proszę się nie niepokoić. To wcale nie takie niesłychane. Pies się zdarza. Ostatecznie. 
- To był OGROMNY pies, Amstaff chyba, albo Rotweiller. Ale z takim pyskiem jak wilk no! I skoczył w moim kierunku, i nie wiedziałam co robić, mój pies obronny schował się w krzaki, a ja stałam bezbronna i samotna na przeciw bestii..
- Jak ośmielę się przypuszczać pałał ogniem z oczu i ślinił się obficie.
- Skąd pan wie? Panie Szolmes..pan to jest dopiero!
- Dedukcja to ostatecznie moja specjalność. Poniekąd. Proszę wracać do domu. Zajmę się tą sprawą.

Po odłożeniu słuchawki, założyłem swój ulubiony strój roboczy - ostatni krzyk mody - dresy adidasa oraz czapkę z daszkiem tej samej firmy, do ręki wziąłem smycz a w kieszeń dresu wepchnąłem przeterminowany od roku miotacz gazu, tak na wszelki wypadek.

O tym potworze, krążyły plotki, które urosły już prawie do legendy. Cała dzielnica żyła w strachu, podając sobie przerażające opowieści w kolejkach przy stoisku mięsnym w Daisy Shop czy przy kasie pobliskiego dyskontu Little Frog. 
Podobno wczoraj zeżarł ratlerka lady Smith, kiedy nieopatrznie spuściła go ze smyczy aby załatwił większą potrzebę. Biedaczka do tej pory nie wyszła jeszcze z szoku i tuli, do dość zresztą obfitego łona, obrożę wysadzaną cyrkoniami - jedyną pozostałość po ulubieńcu. A kilka dni temu pan Grandsson wracając z działki salwował się wejściem po pas w dość brudny i cuchnący o tej porze roku nurt Rapid River. Całą przygodę przepłacił jednak ogromną dziurą w spodniach oraz jeszcze większą siwizną.
Postanowiłem ukrócić wybryki tego zwierzęcia. Zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty a sąsiad z góry odgrażał się, że wezwie policję jeśli natychmiast nie skończę "rzępolenia" jak nazwał moją muzykę.
Tak więc po chwili spaceru stanąłem nad brzegiem rzeki, wywijając młynka końcem smyczy, którą zabrałem na wszelki wypadek, aby bestię ujarzmić. W zapadającym powoli nad łąkami zmierzchu kontury pobliskich domów, wyłaniające się z nadrzecznej mgły, wyglądały w istocie dość upiornie. Nagle pod mostem zaszeleściły zarośla (od lat nie przycinane tworzyły tu istną dżunglę) i do moich nozdrzy razem z fetorem rzeki dotarł odór jaki można by przypisać jedynie paszczy dzikiej bestii. Smród nieprzetrawionych resztek, lekko słodkawy zapach nie mytego ciała drapieżnika i bukiet tysiąca innych smrodów, których rozpoznanie wymagało sprzętu używanego przez tych partaczy z CSI a którym jako detektyw używający przede wszystkim umysłu gardziłem.
Wytrenowanym ruchem ręka natrafiła natychmiast na rozpylacz z gazem, a drugą wyciągnąłem przed siebie, wydając, zgodnie z radami słynnego zaklinacza psów Ceasara Millana, dźwięk pośredni pomiędzy cmoknięciem a sykiem.
- TSPSSS!  - syknąłem - siad bestio! Starałem się nadać głosowi ton niezmąconego asertywnego spokoju.
- eeeee.... tam....kuuurła... bestio....od razu... he he he.... - wybełkotało niewyraźnie stworzenie wyłaniając się w całej okazałości z zarośli - mów mnie Franek ... ... he he...
Krzywiąc się z odrazą i starając nie wdychać więcej tego smrodu, ruszyłem przez most na drugą stronę rzeki. W oparze unoszącym się nad łąkami na samym końcu mostu zamajaczyła sylwetka wielkiego psa. Napięte do skoku mięśnie, łeb pochylony nisko do ataku. W dodatku z piersi potwora dobywało się straszne ni to warczenie ni to bulgot, kiedy zbliżał się do mnie.

- Dżentelmen może iść, ale nigdy biec - mruknąłem i postanowiłem stawić czoła koszmarowi na środku dość wąskiego mostu. 
- Bestia! Stój! - usłyszałem krzyczącego dyszkantem człowieka - Stój! BESTIA DO NOGI!
Z mgły wybiegł tupiąc jak bojowy hipopotam sharpey, chrumkając i krztusząc się niemiłosiernie od tego galopu.
Bestia, zły psie, no stój bo się spocisz! - nieco krostowaty i niemiłosiernie chudy młodzieniec, biegł za swoim pupilem, sapiąc prawie jak jego pies.
Oj, ja tak pana przepraszam. no zerwał mi się, niegrzeczny! - Młodzieniec spuścił skromnie oczy i mrugną do mnie porozumiewawczo - No wiem pan... mały ale wariat!
Naciągnąłem daszek czapki na oczy i mrucząc coś niewyraźnie poszedłem dalej. 
Łąki przedstawiały po zmroku malowniczy widok,  jak z taniego horroru, pasma mgły unoszące się nad kępami krzaków i traw kołysanych lekką wieczorną bryzą. 
- Te koleś... masz jakiś problem?
Usłyszałem lekko zachrypnięty głos za moimi plecami. Cóż za miły człowiek, altruista, od razu tak pytać się o moje problemy - pomyślałem
- No jeśli już pan był łaskaw spytać. To szukam tu takiego wielkiego psa. Bardzo agresywnego, który terroryzuje okolicę.
Odwróciwszy się ujrzałem efekt stosowania dopingu na siłowni w dresie konkurencyjnej firmy Nike
Uśmiech mojego rozmówcy błysnął w mroku niczym lada jubilera.
- He, he, no co ty ziom, od razu tam terroryzuje, Fafik, noga!
Trawy po mojej lewej stronie zaszumiały znacznie mocniej niż pozwalałby na to wiatr. Stąpanie wielkiego cielska wprawiało w drżenie wodę w pobliskim rowie melioracyjnym. Po chwili spośród traw, mniej więcej na wysokości mojego nosa, wychynął wielki łeb, oślinione wargi odsłaniały kły wielkości  bagnetów od kałacha, przekrwione oczyska ,były lekko zmrużone, a z gardzieli wydobywał się pomruk, na dźwięk którego tygrys wziąłby nogi za pas.
- Tylko ręki nie wyciągaj, bo może być wąsko nie?!
Bydle wielkości cielaka podeszło, powąchało mnie ciekawie i siadło przede mną wyciągając łapę.
- O widzisz. Fafik się zna na ludziach, czyli jesteś spoko! No daj łapę Fafikowi.
Pies przechylił łeb a ja niepewnie uścisnąłem jego łapę, mimochodem zauważając pazury jak u raptora.
- Ale on... tak biega sam?
- A z kim ? Ja go tu puszczam, a sam to sobie browarka rąbnę albo dwa, czy trzy i jest dobrze. Przecież taki piesek to się wybiegać musi.
- Ale zjadł psa takiego małego!
- A tam zjadł. Chciał polizać z zabawy, a to takie nijakie się mu przykleiło do języka i połknął przez przypadek. Ale obróżkę to wysrał i śmy ją oddali tej babie.
- No a spodnie Grandssona?
- Stary, Fafik po prostu pijanych nie lubi. He, he a tak wódą jechał , to i pies nie wytrzymał.
- Co racja to racja.
Fafik na potwierdzenie tych słów polizał mnie przyjacielsko po twarzy.
- To ja może już pójdę - rzekłem zrezygnowany.
- To nara , a my z Fafikiem to jeszcze chwilę rzeki popilnujemy, żeby żadna swołocz się nie włóczyła.
- Nara.
Szybko wróciłem do mieszkania.  Usiadłem w fotelu i sięgnąłem po butelkę burbona kupioną w Ladybug na wyprzedaży
Cholerne legendy miejskie - pomyślałem lejąc pół szklanki do gardła. Po czwartej szklance życie znowu wydało mi się sensowne.

czwartek, 22 marca 2018

SKYNET istnieje... czyli Big Data w akcji.

Burza w mediach, Zuckerberg na kolanach, wielki wyciek danych, upadek Facebooka i tym podobne. Ze wszystkich stron zalewa nas potok informacji jakie to zło się stało, bo firma zajmująca się analizą danych, zrobiła swoją robotę i podała na tacy dane potrzebne do wygrania wyborów.
No bo w sumie to nic nowego. Żaden wyciek. Dane o nas są zbierane wszędzie, zbiera je Facebook, Google i tysiące innych serwisów, stron internetowych i aplikacji.
Strony,które oglądamy zachowują informacje o tym co oglądamy, w jakim punkcie strony i na jakim obrazku dłużej zatrzymaliśmy się "myszką", pobierają dane o naszej lokalizacji, naszych znajomych, żonach i kochankach, dzieciach, zwierzaczkach. Skrzętnie notują, co lubimy i czego nienawidzimy. Niektóre potrafią podglądać nas, bez naszej wiedzy, żeby sprawdzić jaki mamy dziś wyraz twarzy i ocenić nasze samopoczucie, lub sprawdzić w jaki sposób patrzymy na otwarty przez nas serwis. Są także programy, które analizują nasz głos i treści naszych rozmów, kompletnie bez naszej wiedzy. Programy zbierają dane o naszym zdrowiu, diecie, aktywności, mają dostęp do najbardziej skrytych rejonów naszego ja. 



Zauważyliście może taką dziwną prawidłowość? Jesteście w galerii, a tu nagle przychodzą Wam na telefon reklamy sklepów, które właśnie mijacie, Google zachęca Was do napisania opinii o sklepie/ restauracji/galerii w której jesteście. Oglądacie stronę z najnowszymi modelami znanej marki samochodu? Za chwilę dostajecie propozycje jazdy testowej, leasingu, zakupu właśnie tej marki samochodów. Wyszukaliście sobie dla draki "problemy z prostatą" i "niebieskie pigułki"? Przez tydzień będziecie dostawać maile, SMS-y, reklamy ze środkami  na potencję. A jak macie koło 50 to już obowiązkowo dostaniecie reklamy takich specyfików.
Petabajty danych dotyczących naszych najbardziej intymnych sekretów są pobierane, składowane i analizowane. Przerażające? Dlaczego? Przecież sami się na to godzimy.
Nosimy w kieszeni szpiega doskonałego. Orwellowi, kiedy opisywał rok 1984 nawet nie śniło się, że rzeczywistość będzie znacznie gorsza. Nasz telefon od którego jesteśmy uzależnieni, szpieguje nas, podsłuchuje i podgląda i to za naszą zgodą. Przecież instalując aplikacje, które mają nam ułatwić życie, sami klikamy "zgadzam się", dając im dostęp do naszych kontaktów, łącza internetowego, aparatu, mikrofonu, konta Google itp.
Nigdy nie zastanawiało Was dlaczego prosta gierka, którą instalujecie, wymaga aż tylu dostępów? Internet zna nas lepiej niż nasi najbliżsi, wie więcej o nas, niż my sami o sobie. Wystarczy dobrze napisany program, żeby z błędem znacznie mniejszym niż statystyczny, poznać nasze, jak to ładnie powiedzieli w TV, demony i wykorzystać je, żeby nami sterować. Sterować na tyle sprytnie, że nawet tego nie zauważymy.
I to nie jest teoria spiskowa, to rzeczywistość,  w której programy komputerowe uczą się analizować wielkie ilości danych i potrafią przewidywać zachowanie ludzi. Chwilowo wyniki ich analiz wykorzystują ludzie. Do wzbudzania popytu, chęci głosowania na danego kandydata, niechęci do jakiejś grupy społecznej lub konkurencyjnego wyrobu. Chwilowo. Niedługo jednak komputery nauczą się, że mogą same, analizując te i podając odpowiednie wyniki, wpływać na zachowanie swoich twórców. A coraz więcej dziedzin życia przekazujemy w ich "ręce". Sterują aparaturą w szpitalach, ruchem lotniczym, pociągami, samolotami, statkami, elektrowniami, gazociągami, są w każdym domu, samochodzie i wszędzie tam gdzie my. Sami je tam zaprosiliśmy. 
Być może więc, jesteśmy właśnie świadkami początku zagłady naszego gatunku.
A  moim skromnym zdaniem, przy tym wydarzeniu, wykorzystywanie danych o zachowaniu wyborców w internecie, do układania mów kandydatów i spotów reklamowych, to tylko zabawa dla grzecznych dzieci..




   

wtorek, 13 marca 2018

Tattooing for beginners, czyli jak sobie strzelić dziarą w kolano.

Mina autora tego posta musiała być bezcenna. 
Otóż moja zrównoważona, poważna i ogólnie bez najmniejszych oznak szaleństwa, Koleżanka, zadzwoniła przed 8 rano z dziwną prośbą. 
- Słuchaj czy mógłbyś przetłumaczyć na łacinę jedno zdanie? 
- W sumie mogę spróbować, ale wiesz za rezultat nie ręczę, bo od lat już nie miałem styczności (w sumie ponad 20 lat) 
- No ale to tak wiesz trzeba na szybko. 
- Ok. 
Tekst był o miłości czy czymś takim. Darze z siebie etc.
Przetłumaczyłem, walnąłem się w koniugacji, poprawiłem, ale niepewny moich zdolności oddzwoniłem. 
- Słuchaj ale na co to komu?  Powiedz, że chciałaś sobie dziarę zrobić. 
- No, nie ja, znajoma i uparła się żeby po łacinie było, 
- Wiesz co, przekonaj ją, że po polskiemu, albo po chińsku będzie lepiej. Bo po polsku to wiadomo, może uda się bez błędów, a po chińsku i tak nikt nie zrozumie, więc w sumie wszystko jedno co sobie wytatuuje, byle do Chin z tym nie jechała. 

W sumie nie mam nic przeciwko tatuażom, Ba! Niektóre nawet wyglądają nieźle, kilka, które widziałem naprawdę mi się podobało. Mimo wszystko tatuowanie sobie czegoś w języku, którego nie znam, niesie ze sobą pewne ryzyko. 
Bo na przykład mogłem wysłać następujące tłumaczenie:
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit.
Mający do czynienia z tworzeniem stron internetowych lub poligrafią rozpoznają bezbłędnie, że jest to tekst, który jak wieść niesie już od XV wieku był używany jako "zapełniacz", czyli treść wklejana dla celów testowych. No i laska z takim tatuażem, będzie wśród wtajemniczonych wywoływała nieodmiennie salwy śmiechu. 
Podobnie rzecz ma się z tatuażem po chińsku, japońsku czy w sanskrycie. Kto mi zaręczy, że znaki, które w mniemaniu kawalarza tatuażysty znaczą pokój i miłość, tak na prawdę nie są pozycją z menu w pobliskiej chińskiej knajpie .A kto do cholery chciałby mieć wytatuowane na plecach :
"Kaczka po pekińsku w pięciu smakach"  lub "Kurczak po tajlandzku na ostro"




środa, 28 lutego 2018

Shake an apple - suplement.

Dziś otrzymałem odpowiedź serwisu Appla. Przyznaję, że mnie rozczarowali. O tak? To ja się starałem mądry mail napisać, zawierający zawoalowane groźby i odrobinę pikantnego szantażu. A oni po pierwszym już tekście z zaklęciami typu "brak należytej staranności", "podjęcie kroków prawnych w celu ochrony interesu" i takich tam innych,  już się poddali:

(...) Uprzejmie informuję, iż po ponownym rozpatrzeniu sprawy, decyzją naszego kierownictwa, Pana reklamacja zostaje rozpatrzona pozytywnie. (...)
 
Cholera. To ja już w swoim wrednym i pokrętnym umyśle pisałem pozew, układałem odpowiednią mowę, na wypadek składania zeznań przed Wysokim Sądem, a tu, o tak,....



W sumie więc, aż kolana się uginają pode mną z wdzięczności przed Szanownym Kierownictwem, które, w całym swoim rozsądku, wynikającym z wrodzonej pewnie niechęci do zadawania się z upierdliwym klientem, podjęło tak korzystną dla mnie decyzję.
I cały drżąc aż, z tej rozkoszy, zapytuję wrednie. A ilu konsumentów odesłano z kwitkiem i brakiem argumentacji i kazano płacić za naprawę iPhonów, iPadów, icoTamJeszcze, grubą kaskę? 

poniedziałek, 26 lutego 2018

Shake an apple - czyli gwaracja w stylu Cupertino

No i stało się po niecałym roku iPhone mojej młodej wysiadł. Objawy były następujące - coraz rzadziej się dało go naładować, coraz szybciej się wyładowywał. Jak dla mnie bateria padła. Zdarza się. W sumie bateria do Appla to koszty kilku stówek, ale skoro jest na gwarancji to może Apple postara się pogłaskać swojego klienta, a ja następnym razem zamiast jakiegoś durnego Dell'a kupię sobie Mac'a i przestanę z zazdrością patrzeć na kolegów, którzy takie już posiadają.

środa, 24 stycznia 2018

Wizyta duszpasterska czyli nie spodziewaj się hiszpańskiej inkwizycji

Traktujemy z reguły coroczną wizytę duszpasterską jak kwestę na cele mniej lub bardziej dobroczynne. Czasem jak niezbyt miłą wizytację, audyt naszych domów i zarobków, lub naszych wyborów. Ja osobiście nie mam do tak zwanej kolędy stosunku negatywnego. Ponieważ katolicy nie mogą liczyć na codzienne zainteresowanie swoich kapłanów, raz do roku jest okazja.
W tym roku nawiedził nas były katecheta naszej córki. Przyznaję, że w opowiadaniach latorośli i to nie tylko mojej,  miałem jakiś inny nieco obraz księdza. Ale staram się nie oceniać na podstawie niesprawdzonych plotek. Nie mam też w zwyczaju, ani w obecności moich dzieci, ani znając jedynie ich zeznania oceniać i ganić metody lub podejście ich nauczycieli. Daleki jestem też od idealizacji moich córeczek - ostatecznie mają charakterki po tatusiu, więc bywa, że mijają się z prawdą o całe mile. Z reguły więc w sytuacjach niepewności stosuję rzymską zasadę audiatur et altera pars - niech i druga strona będzie wysłuchana.
Jak dotąd nie miałem okazji, ani też jej nie szukałem, bo i po co skoro klasowe kłopoty nie do końca dotyczyły moich dzieciaków ani mnie samego.
Ale skoro ksiądz katecheta sam zaczął od sprawdzenia zeszytu do religii i pytania czy przypadkiem córka nic nie mówiła w domu z tego co tam na religii się dzieje....
- Ano takie tam  - powiedziałem - przynosiła polemiki, które nam przekazywała..
- Bo w tym wieku wiecie państwo to trudno dotrzeć do dzieci - nieco zmieszany przyznał ksiądz - bo przecież uważają że pozjadały wszystkie rozumy.Nie mają żadnej wiedzy i tak naprawdę to nie ma z kim nawet rozmawiać.
- No jeśli tak do tego podejdziemy, to chyba rzeczywiście nie ma .......
- Właśnie tak!  - stwierdził i nagle zaczął się spieszyć - bo jeszcze tyle mieszkań. Dziwne wydawało mi się, że czas ma całkiem niezły dwie klatki w godzinę. Ale nie zatrzymywałem. Ostatecznie młoda przeniosła się do innej szkoły a ja jakoś nie mam ochoty wdawać się w polemiki z kimś, kto uważa, że inni - nawet dzieci -  nie mają nic do powiedzenia. Może się bowiem okazać, że ja również nie stanowię równoprawnego dysputanta dla Księdza Dobrodzieja.
Jednak pomimo świadomości, że mała nie jest już uczniem Księdza ten nie omieszkał wyrazić swojej opinii w postaci miernej oceny za zeszyt z religii, w dzienniku starej szkoły, do której uczennica już nie uczęszcza od dwóch miesięcy. Przyznaję, że to małostkowe z mojej strony, ale poczułem się nieco urażony i z pewnością utwierdziłem w moim jakże mizernym mniemaniu o księdzu jako katechecie. 
Pozostaje mi więc jedynie w ten sposób wyrazić mój żal, z powodu nieodbytej dysputy teologiczno-pedagogicznej. Łatwiej widać porozmawiać o sprawach wiary ze świadkiem Jehowy, niż z katolickim księdzem. A szkoda. Może wtedy wierni byliby bardziej skorzy do wizyt w kościele i trochę bardziej martwili się o Kościół, który nie jest przecież tylko budynkiem, który trzeba ogrzewać i remontować, a przede wszystkim tym niewidocznym Ciałem, którego jesteśmy, lub raczej próbujemy być członkami.  Ad memoriam jednak księdza katechety, chociaż wątpię, że przeczyta to kiedykolwiek, nauczając wiary należy pamiętać, że verba, jednie docent, a tylko exempla trahunt. Czego ośmielam się z całą pokorą i braterską troską życzyć. 
A gdyby jednak zechciał kiedykolwiek porozmawiać ze mną osobiście, stawię się w dowolnym miejscu i czasie, z całą pokorą podejmę dyskusję, nawet gdyby miała dotyczyć tak zawiłych spraw jak liczba diabłów, która zmieści się na łebku szpilki. Uważam bowiem w swojej niewiedzy, że rozmowa polega na wymianie poglądów i sile argumentów a nie argumentach siły.


wtorek, 23 stycznia 2018

Diesel power, czyli czy jestem psychicznie chory ?

Jesteś masochistą? Kręci Cię ból, krew i pot zalewający oczy? Lubisz zimno, wilgoć, brud sadzy, smród spalin i oleju napędowego? Nie stać Cię na Autoryzowane Stacje Obsługi? 
W takim razie witamy w klubie posiadaczy używanych samochodów z silnikiem diesla. 
Moje samochody muszą się jakoś komunikować ze sobą. Ten poprzedni daje znać następnemu, jak ma mi uprzyjemnić życie. A więc prawie równo rok po  przypadkach z pompą wtryskową w Mercedesie, (opisanych szczegółowo w moim poście Lucas EPIC vs Bosch), moja "Zośka" odmówiła współpracy, niszcząc sobie pompę bez uprzedzenia. Facet z lawety nawet się śmiał, że ja tak co roku o tej samej porze dzwonię. Ja trochę mniej. 
I znowu kuuurrła siedzim ze Szwagrem i kręcim w silniku  - tym razem  2.0 DTI. A co!  


Demontaż to fraszka. Zdejmij osłonę, listwę wiązki wtrysków, pokrywę zaworów, pompę podciśnienia kolektor ssący - góra i dół. Potem zdejmujesz koło, zawieszenie silnika, odkręcìsz kilka torksów - nasi tu byli! Ktoś dał inny rozmiar jednego wkręta - zgubił pewnie oryginał. - jeszcze 4 śruby kola i nakrętka pompy -  2 godziny i pompa na stole.(Pamiętajcie! Rozbieranie plastikowych elementów na mrozie równa się ich zniszczeniu. Ja już będę pamiętał - minus 200 PLN)  A że święta, to dopiero po nowym roku trafia do speca. Tu miła niespodzianka.  Odbiór za dwa dni, wraz z gwarancją i instrukcją montażu. "Tylko pamiętajcie trzeba umyć i wypłukać cały układ paliwowy, bo opiłki pompy gdzieś tam sobie pływają" No to 30 litrów ropy idzie do bańki. Brawo ja!
Teoretycznie montaż jest odwrotnością demontażu. Nic bardziej mylnego. Bo:
-Patrz mordo, masz olej w zbiorniku cieczy!
-Kuuurrła Szwagier to co?
- A to olej ci bierze. Rozkręcaj chłodnicę oleju i nie zadawaj durnych pytań. 
A nieco później:
- Ty, jak się do baku dostać? A może pociągnąć od strony silnika? Lubisz ropę?....
- Nie no co ty... 
- Eeee... w Liroju mają  pompkę na wiertarkę - jedziem!
  
Pompka działała. Co prawda okazała się jednorazowa - plastik fantastik -  ale 30 litrów przeszło z baku do bańki. No, w sumie może tylko 25. 5 wylałem na siebie i do kanału. Było w czym doloty myć. Tylko łachy śmierdzą do tej pory a już tydzień na sznurze w ogródku się wietrzą.

- Szwagier kuuurrła, wleź do kanału i przekręć  wał. 
Chwila mojego stękania, sapania i niewybrednego słownictwa. 
- G..! Nie idzie!
- Kuuuurła, pary nie masz?
- Sam se spróbuj... 
- No ja cierpię dole! Niby ok złożone a nie idzie. 

Dwa dni, trzy flaszki i 4 paczki fajek późnej:
- Paweł mordo człowieku, no złożyłem tą pompę i nic... 
- (...)
- Co?? Podkładka?? Dystansująca???? 
- (...) 
- Tak. Przywieź.....
Potem było już z górki. Złożyli, odpowietrzyli, uruchomili.  

- Szwagier kuuurrła jak jeszcze raz będę chciał kupić diesla, to Ty mnie kopnij w d... Tak od serca! Mój następny samochód będzie z silnikiem benzynowym i w AUTOMACIE!

W oczach Szwagra zobaczyłem dziwny błysk, a jego ręka zacisnęła się na 5 kilowym młotku. 

Epilog:

Kilka miesięcy  później. 

- Renault Laguna  z silnikiem 1.9 dci 2002 ? Śliczności... No i co, że diesel.... dawaj pan, kupuję!

wtorek, 17 października 2017

Zderzenie ze sztuką II - Patataj, czyli kopytem po łbie

Wyszedłem właśnie z wystawy mistrza Picassa a tu na dziedzińcu zamku ukazał się w popołudniowej szarości Koziego Grodu ot taki oto ucieszny widok:


Przyznaję, że z pewną konsternacją zacząłem przypominać sobie lubelskie legendy i opowieści, które gdzieś tam kiedyś czytałem lub słyszałem od Najstarszych Starowinek, ale nic o Koniu Lubelskim w nich nie było.
Zacząłem więc opowiadać legendę o tym, jak to za szwedzkiego Potopu, polscy rycerze użyli tegoż sposobu, by zamek lubelski zdobyć, który jako miasto starego Priama zdobyty została przez podstęp zmyślnego Laertydy i  pan Wołodyjowski wraz z imć Zagłobą, niczym bogom podobni Achajowie, nim jeszcze Różanopalca Bogini Jutrzenki zorze na niebie zapaliła, z brzucha onego konia wyskoczyli i załogę szwedzką w pień wysiekli.
Nic podobnego! Jakżeż się w prostactwie swym myliłem! Czytelniku Drogi - to, bowiem, była SZTUKA! Jak żywa! nNic to, że nieco na pierwszy rzut oka (na drugi zresztą też) gumowa!
Efekt dla mojego zdrowego (jak skromnie ośmielam się przypuszczać) rozsądku był porównywalny do zderzenia Titanica z górą lodową - taki stan specyficzny, kiedy wiesz, że coś jest nie tak a jednak starasz się udawać, że wszystko nadal gra. Szczególnie po przeczytaniu poniższego opisu: 



 Nie umniejszając wielkości dzieła z poniższego opisu wyciąłem nazwisko autora - niechaj pegaz jego natchnienia ponosi go w krainy śmiertelnym niedostępne! Tak na wszelki wypadek. Uznajmy, że to z zawiści i ohydnej zazdrości, która przepełnia moje czarne serce. 

Zderzenie ze sztuką I - Picasso w Lublinie

Nie jestem fanem kubizmu, ale wystawa jednego z najwybitniejszych malarzy, w naszym mieście jest taką rzadkością, że nie mogłem sobie odpuścić. tak więc po przekroczeniu progu sal wystawowych na Zamku lubelskim zderzyłem się ze SZTUKĄ.

czwartek, 20 lipca 2017

Śladami Singera w Bychawie.

W ramach relaksu chciałem sprawdzić jak to wygląda. Oglądałem jedną z poprzednich edycji i bardzo mi się podobało. Tym razem było jakby mniej i kameralniej. W małym miasteczku skąd pochodził najsłynniejszy uczeń jesziwy Yentl, nie było turystów, a tylko przypadkowi przyjezdni, tacy jak my. A sztukmistrze bawili i momentami wzruszali. I wzbudzali jakąś tęsknotę za atmosferą małych miasteczek, która gdzieś znikła, zagłuszona przez głośniki telewizorów, ekrany komputerów i smartfonów.  Kiedyś ludzie wieczorami wychodzili z domów, żeby się spotkać, teraz zamykają drzwi i  już tylko oglądają wiadomości. Szkoda.














niedziela, 2 lipca 2017

Confitura z odrobiną dziegciu.

Człowiek zaczyna się uczyć czegoś i po jakimś czasie wydaje się że jakąś tam wiedzę już posiada. Wtedy potrzebny jest porządny kopniak, żeby uświadomić mu jak nikłe są jego umiejętności i jak mała wiedza. No więc wybrałem się na Confiturę. Nigdy nie byłem na takim czymś. Nie było jakoś okazji, czasu a przede wszystkim chęci. Tym razem motywacja była jednak silniejsza. Postanowiłem spróbować, więc wyrwałem się więc na chwilę z mojego kołowrotka rachunków, zaległych spraw, braku czasu i zmęczenia tym wszystkim i znalazłem się w zupełnie innym świecie. 
Świecie geeków, koderów, programistów, zapaleńców, momentami maniaków swojej dyscypliny. Tłum geeków kłębił się na korytarzach i schodach, rozmawiał -  o nowinkach technicznych, nowych wersjach, nowych sposobach robienia tego czy owego, w kolejce po kawę i ciastka, do toalety, w salach wykładowych i gdzie tylko popadło. 
Najważniejsze jednak były prezentacje, zarówno te dotyczące samego języka programowania, jak i te "miękkie" o możliwościach, właściwych praktykach, o tym jak zachować zdrowy rozsądek w tym co robimy. 
Największe wrażenie zrobiła na mnie prezentacja Wojciecha Seligi.  O tym co nieuchronnie nadchodzi, kiedy popyt na programistów, takich jakimi teraz są, się skończy. Kiedy pisanie kodu, nie będzie już wystarczające, kiedy w Matrixie w jakim żyjemy, zamknięci w boksach software labów i klimatyzowanych szklarniach, staniemy się zbędni - przestaniemy zaspokajać potrzeby zewnętrznego świata. Już teraz jesteśmy, tylko zasobami ludzkimi, hodowanymi w cieplarnianych warunkach, które można wynająć, zamienić i sprzedać, a które powoli odrywają się od rzeczywistości zajmując się z reguły jednym, maleńkim wycinkiem jakiegoś problemu, bezrefleksyjnie używając swojej wiedzy, doświadczenia i umiejętności w tym wąskim zakresie w jakim ją zdobyły. 
Sam pamiętam jeszcze czasy, kiedy odrobina nawet wiedzy z zakresu IT sprawiała, że było się kapłanem lub akolitą, jakiejś tajemnej religii, wiedzy hermetycznej niedostępnej dla zwykłych śmiertelników. Teraz wiedzą tą dysponują nawet przedszkolaki, poruszające się swobodnie w świecie nowych technologii i pobierające pierwsze lekcje programowania już w wieku 5 lat.  
Wróciłem więc z torbą gadżetów, zmęczony, trochę mądrzejszy i w ponurym nastroju siadłem do książek. Może i wyginę, ale przynajmniej bez walki się nie poddam.

    


czwartek, 8 czerwca 2017

J.C. - Superstar nadal w formie!

J.C - gość miał styl, klasę i umiał się znaleźć. Tłumy czekały na jeden znak. Tylko po co wybrał taki zabity dechami kraj? I czas też nie bardzo. Teraz byłby bożyszczem tłumów, Gwiazdą, ubóstwianą przez miliony. Każde słowo i każdy krok śledzilibyśmy na Youtube, komentowali na Tweeterze. Zdobyłby miliardy lajków i wyświetleń! Zarobiłby miliardy na sprzedaży gadżetów i reklamie. Ilu biednym mógłby pomóc! Ilu chorych uzdrowić!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Strajk taksówkarzy czyli cienki pisk opon

No i poleciało. 2 tysiące "Złotów" zblokowało Stolicę. Bo UBER im podbiera "klyjentów". A społeczeństwo Warszawki i światła inteligencja oczywiście zaczęła narzekanie. Bo to przecież cebulowe Janusze i buraki. Siedzi taki cały dzień w tym swoim gracie i naciąga ludzi. I tylko patrzy jak tu się na pasażerskiej krzywdzie dorobić. Do szkółki taki Janusz Buraczany nie chodził a teraz na łatwy chlebek liczy. A jak już do domu wraca po dyżurze to tylko liczy kasę i drugi dom już stawia bo pierwszy z basenem wykończył.
Drodzy Państwo Intelektualiści, Elito Społeczeństwa Polskiego. Kwiecie Intelektualnych i Kulturalnych wyżyn. Pozwolę się sobie z Państwem nie zgodzić. Nie mówię, że zupełnie nie macie racji. Są "sałaciarze", których z głębi serca nienawidzę. To ci cwaniacy jeżdżący na wycieczki krajoznawcze i nabijający kilometry jak zwąchają "nieświeżego", albo ustalający sobie stawkę kilometrową 7 złotych i 20 za trzaśnięcie drzwiami. Ale większość z tych "Januszów", to ludzie starający się pracować uczciwie, zapewnić Wam (tak właśnie Wam Droga Elito!) bezpieczną i w miarę szybką drogę do domu, pracy, na wódkę. do kochanki, czy do szpitala. To te cebulowe biznesmeny odprowadzają Was Drodzy Inteligenci do domu, kiedy wypadacie na chodnik całując swoimi Jaśnie Wielmożnymi pyskami trotuar. Te buraki wysłuchują Waszych Drodzy Pasażerowie, narzekań, poglądów, często -gęsto cebulowo-buraczanych. Waszych, Drodzy Filozofowie, wywodów na temat i obok tematu i kiwają swoją wsiową, niewykształconą, durnowatą głową potakując Szanownym Pasażerom. 
A czemu? Bo muszą. Tak Drodzy Państwo, bo muszą zapłacić ZUS i podatek, muszą naprawić samochód, muszą zapłacić rachunki i muszą nakarmić rodzinę. Jeżdżą więc po 12 godzin po nocy i traktowani są jak niewolnicy, przez takich jak Wy, Kulturalnych Światłych Obywateli Naszej Odrodzonej Rzeczypospolitej. 
I wiem dobrze, możecie mi wierzyć, jak to jest, kiedy pan MAGISTER wsiada do taksy i z wyższością woła "No wio! K...wa!", albo przechodzi na angielski, na poziomie podstawówki, żeby powiedzieć koledze jaki debil, frajer i maderfaker ich wiezie do domu i co to on nie może mu kazać. A czasem ta ELYTA potrafi też pospolicie zeszczać się pod siebie, albo zarzygać samochód i jeszcze kłócić się, żeby ten p...lony czarnuch za kółkiem posprzątał, bo mu k...wa płacą. 20 złotych całe!  
Tak Drodzy Pasażerowie. Dlatego czasem popatrzcie na taksówkarza trochę inaczej, postawcie się w jego sytuacji i zamiast traktować go jak robaka, zobaczcie w nim człowieka. Czasem równie ciężko pracującego jak i Wy. I dlatego zrozumcie, że firmy typu UBER, świadczące usługi przewozowe bez wymaganych koncesji, ubezpieczenia, badań  i odprowadzania podatków, odbierają takim kierowcom po prostu chleb, na który nie mają znów tak wiele.