Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2015

Terry Pratchett nie żyje ...

Książkami Pratchetta zaraziłem się od Staszka. Ot, pożyczył mi jedną a potem jakoś tak poszło. Zagłębiałem się w Świat Dysku coraz bardziej i z każdym tomem, coraz kompletniej. Nawet teraz, co jakiś czas wracam do tych książek, kiedy świat wydaje mi się ponury i jednowymiarowy. Niestety dzisiaj dowiedziałem się, że Terry Pratchett odszedł. Widać teraz gra w szachy z Kosiarzem. Ale Wielki Zółw A'Tuin nadal będzie majestatycznie żeglował przez Wszechświat. 
W wiosce w Ramtopach, gdzie tańczą ta­niec morris, wierzą na przykład, że nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na po­wierzchni rzeczywistości - dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez nią nastawione nie dokończy fermenta­cji, dopóki plon, jaki zasiali, nie zostanie zebrany. Czas trwania czy­jegoś życia, twierdzą tam, to tylko jądro rzeczywistego istnienia.


czwartek, 22 maja 2014

Haiti - zbrodnia po lubelsku.

Nie wytrzymałem i kupiłem w końcu, w wersji elektronicznej,  nową książkę z cyklu powieści o komisarzu Maciejewskim Marcina Wrońskiego.Spacery po Lublinie widzianym oczami Zygi Maciejewskiego, są niezapomnianym przeżyciem. Z niecierpliwością ściągałem e-booka, chociaż wolałbym pachnącą świeżym drukiem książeczkę. Nie zawiodłem się ani trochę. Solidna praca Autora nad historyczną otoczką i realiami, w których umieszcza swoich bohaterów i gdzie pozwala toczyć się akcji oraz jego osobista znajomość miasta i jego tajemnic, robi wrażenie i działa na wyobraźnię,

wtorek, 25 lutego 2014

Spacer po nieistniejącym mieście

Kończę właśnie ostatni z kryminałów o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim, napisanych przez Marcina Wrońskiego. I przyznaję, że niecierpliwie czekam na więcej. Wcale nie dlatego, że Zyga Maciejewski jest podobny do Herkulesa Poirot, rozwiązującego skomplikowane zagadki kryminalne za pomocą szarych komóreczek, nie dlatego, że za pomocą jednego śladu na miejscu zbrodni potrafi wskazać sprawcę za pomocą bezbłędnej dedukcji, jak Sherlock Holmes. On nawet nie jest tak przystojny jak porucznik Borewicz. Ale za to jest nasz. Lubelski.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Sezon burz


Lubię książki Sapkowskiego. To takie moje spełnienie tolkienowskich fantazji o Władcy Pierścieni dla dorosłych. Tu elfy są nie tylko cukrowato dobre ale i doprowadzone do ostateczności przez panoszących się ludzi, krasnoludy klną jak szewcy i kipią niewybrenym humorem a wampiry czasami są na odwyku. Nic więc dziwnego że pragnąłem położyć łapy na najnowszej książeczce o Wiedźminie. I udało się chociaż pewnie sam bym sobie jej nie kupił. 
Przynaję że siadłem w Święta i przez dwa dni pochłonąłem książkę w całości. Odkładając ją jednak na półkę, poczułem uczucie pewnego niedosytu. 
Niby było tu wszystko: Geralt z Rivii jak zwykle na pograniczu dobra i walecznej naiwności, inteligentne i seksowne Czarodziejki o bliżej... hmm.. nieokreślonym wieku (w każdym razie średnio powyżej 200 lat) niewinne dziewice , potwory, szaleni naukowcy, wredni czarodzieje, rubaszne i proste w obyciu krasnoludy, których przyśpiewki przyprawiają nawet doświadczone kurtyzany o rumieńce. A jednak czegoś mi brakowało.  Nie to że było źle. Było bardzo po sapkowskiemu, krew się lała strumieniami i było w tym pewne przesłanie. A jednak odczułem, że autor pisał nieco z przymusu, jakby wyczerpał już formę w poprzednich tomach i nie pomogło mu w tym, ani przerzucanie czarodziejsko akcji z miejsca na miejsce, ani podstępne intrygi, ani nawet erotyczne przygody bohaterów. 
Przyznaję, że opis kordegardy wraz z jej stażniczkami był uroczy, ale brakowało mi w tym wszystkim tego miłego moim myślom filozoficznego zacięcia pierwszych książek, nie baśniowej i nie przygodowej fabuły, ale oddawania w tym wymyślonym świecie części nas samych. 
Mimo to zachęcam fanów do kilku godzin całkiem solidnej rozrywki z książeczką. Odrobina uśmiechu i odpoczynku, zawsze sie przyda. Burzy jednak się nie spodziewajcie. Tak widać bywa czasami. A może to tylko wstęp i próba przed czymś naprawdę niezwykłym i nowym.   
Va'esse deireádh eap eigean...


piątek, 4 maja 2012

Lublin zupełnie nieznany.

Mieszkając w Lublinie od urodzenia i będąc z nim związanym więzią, która sprawia że pomimo zamiłowania do podróży wracam tu zawsze z przyjemnością, nie mogłem nie zauważyć, że są w miejsca, których nawet lublinianie nie znają wcale. Czasem takie miejsca to jedynie duchy przeszłości - widoczne w naszej wyobraźni zarysy budynków, dawno nie istniejących, ludzi, którzy tutaj żyli i spraw jakie się toczyły - czasem tych bardzo donośnych i wielkich a czasem kompletnie nieznanych i bardzo małych. Odwiedzałem wiele miast i każde z nich, szczególnie te stare ma swoją niepowtarzalną duszę. Na jej kształt mają wpływ jego historia, dzień dzisiejszy oraz mieszkańcy - i to nie tylko ci żyjący tu obecnie ale i ci, którzy od wieków żyli w jego murach, pracowali, cieszyli się i smucili, rodzili i umierali właśnie tutaj. Lublin przez samo położenie na mapie Polski, zawsze był miastem w którym stykały się różne kultury i tak samo blisko było tu do zachodu jak i wschodu. Od wielu wieków na kształt miasta, jego bogactwo czy też upadki mieli wpływ Polacy, Rusini, Żydzi, Ukraińcy, Tatarzy i wszelkie inne nacje jakie mieszkały tutaj lub zjeżdżały na jarmarki, targi czy sądy.  Dziś większości śladów po nich nawet nie ma. Przez wojenne zawieruchy, które nigdy naszego miasta nie omijały i powojenne czasy niepewności wiele z tego obrazu kulturowego tygla nie pozostało.
Ostatnio wpadła mi w ręce książka Meira Bałabana "Żydowskie miasto w Lublinie", przyznaję z pewnym zażenowaniem, że pomimo moich zainteresowań historią, nigdy wcześniej nie miałem okazji sięgnąć po tą pracę. Jeszcze w czasach licealnych zainteresowałem się odrobinę tą właśnie częścią historii mojego miasta a nawet popełniłem jakąś pseudonaukową rozprawkę, dotyczącą nieistniejącej już lubelskiej synagogi Maharszala, w periodyku historycznym, czytanym jedynie przez kompletnych fascynatów historii.
W sumie nic w tym dziwnego, mając kilka lat prawie codziennie przechodziłem z rodzicami koło starego cmentarza żydowskiego na Kalinie, bawiłem się z dzieciakami na łąkach jakie zostały po nowym cmentarzu i ze zdziwieniem odkrywaliśmy w zaroślach potłuczone kamienne płyty z napisami z takimi śmiesznymi literami. Kiedy remontowaliśmy mieszkanie mojej babci na Lubartowskiej, pod warstwami farby odkryłem ze zdziwieniem podobne napisy wykonane niebieską farbą na starym, jeszcze przedwojennym tynku, do którego się dokopałem skrobiąc odłażącą farbę. Ojciec powiedział mi, że to żydowskie napisy, ale nikt z dorosłych nie miał jednak ochoty tłumaczyć smarkaczowi, co to są owi Żydzi. Wiedziałem tylko, że stary parasolnik, który zawsze z uśmiechem witał pucołowatego malucha w krótkich spodenkach, który zaglądał mu do warsztatu przez szybę i głaszcząc się po strasznie splątanej brodzie mówił tak jakoś z dziwnym akcentem, że jestem "fajny szejgec",  jest Żydem.
Dopiero znacznie później zacząłem powoli odkrywać świat, którego już nie było i którego nie mogli znać nawet moi rodzice. Może nawet z przekory, że jest to świat, którego istnienia czasem się wstydzimy a w większości nie mamy nawet pojęcia jak wyglądał i posługujemy się stereotypami kształtowanymi w nas od wieków przez opowieści o lichwie, rytualnych mordach na dzieciach chrześcijańskich i tajemniczych rytuałach magicznych, które miały na chrześcijan sprowadzać nieszczęście. I tutaj Żyd traktowany był zawsze jako ten czarny charakter, winny nieszczęść całego świata. Ta mentalność utrzymuje się wbrew naszej europejskości. Żyd, cytując Meira Bałabana (...) dla świata zewnętrznego pozostaje handlarzem, brudnym Żydem, z którym wprawdzie robi się interesy, ale w którym nie widzi się i nie szanuje człowieka.
Z pewnością na takie traktowanie miała wpływ hermetyczność żydowskich gett. Ostatecznie Żydem można zostać jedynie z urodzenia. Nie mały wpływ na to miała też zawiść w stosunku do bogatych innowierców, często gęsto dzierżawiących urzędy poborcy podatkowego lub poborcy myt i ceł. Ale przecież bogaczami było 5 może góra 10% Żydów, a reszta to zwykłe "chałaciarstwo" drobni handlarze, rzemieślnicy, szewcy, kuśnierze, krawcy, wyrobnicy, którzy często, gęsto ledwie mieli co do garnka włożyć. Zawsze zastanawiało mnie jak było naprawdę. Dlatego nawet zagłębiając się w historii mojego miasta, szukałem śladów ich obecności. A śladów żydowskiego miasta jest tu wiele - ostatecznie Lublin był nazywany Jerozolimą Królestwa Polskiego i Żydowskim Oxfordem. Chociaż większości ulic żydowskiego getta już nie znajdziemy na mapie miasta, jak na przykład Jatecznej, na miejscu której mamy teraz Aleje Tysiąclecia, zostały takie miejsca jak Jesziwa obecnie odrestaurowywana przez Żydów - przez wiele lat mieszcząca część Akademii Medycznej, czy stary cmentarz, gdzie jak mało kto z mieszkańców Lublina wie, są pochowani wielcy myśliciele i "cudotwórcy" jak chociażby Jakub Icchak Horowitz - "Widzący z Lublina", jeden z duchowych przywódców chasydyzmu, Szalom Szachna syn królewskiego bankiera i wielki znawca Talmudu, czy zwany Maharszalem Salomon Luria. Do dziś pobożni chasydzi urządzają pielgrzymki, żeby odwiedzić ich groby, które zachowały się mimo dwóch wojen. Zresztą miałem przyjemność zwiedzać tą nekropolię dwadzieścia lat temu w towarzystwie opiekującego się nią wówczas, a już chyba nieżyjącego Józefa Honiga, ówczesnego strażnika cmentarza, który pokazał mi ścieżki, których opis teraz prawie niezmieniony czytam na kartach "Żydowskiego miasta a Lublinie" i opowiadał legendy i historie zarówno o cmentarzu, o cadykach i chasydach i trochę o sobie samym i o tym, że następców już nie ma i właściwie to jest on "ostatni Żyd w Lublinie".
Książka Meira Bałabana pisana pod koniec I - szej Wojny Światowej, oprócz faktów historycznych i opowieści o najwybitniejszych mieszkańcach żydowskiego Lublina, zabiera nas w odległy i nieistniejący już świat żydowskiego sztetl, rozłożonego u podnóża zamku lubelskiego i pokazuje nam jego zaułki, po których wędrujemy razem z autorem jego oczyma oglądając rzeczywistość i przeszłość tak prawie, jakbyśmy słuchali najciekawszej opowieści żydowskiego mełameda w chederze, którejś z niezliczonych bóżnic ukrytych w zaułkach żydowskiego miasta w Lublinie, z których co rano rozlegał się śpiew studiujących Torę  uczniów. Myślę że warto poznać ten nieznany Lublin i spojrzeć na miejsca, które codziennie mijamy zupełnie z innej strony.