Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Pan Tadeusz czyli rock opera na Litwie.

Idąc do teatru, kina czy gdziekolwiek staram się nie czytać recenzji, opisów ani skrótów. Po prostu chcę mieć całą przyjemność dla siebie. Siadam w fotelu (mniej lub bardziej wygodnym) i daję się zabrać w tą niezwykłą podróż fantazji i magii sztuki.
Tym razem udało mi się dostać bilety na "Pana Tadeusza" do Teatru Osterwy. No, wiadomo -  Wieszcz Narodowy, część, mojego przynajmniej pokolenia, zna nawet jeszcze fragmenty na pamięć a prawie każdy kojarzy tekst inwokacji. Dzieło pomnikowe na tyle, że nawet film, nakręcony przez Andrzeja Wajdę, jakoś nie dał rady go "odbrązowić", chociaż muzyka w istocie się przyjęła - polonez Wojciecha Kilara z powodzeniem zastąpił na studniówkach poloneza Ogińskiego. 
Tak więc, z lekkim niepokojem czekałem na rozwój sytuacji widząc szare dekoracje i siedzącego na ławeczce Ministranta. Ku mojemu zdziwieniu zaczęto od końca, jakby po drodze, w trakcie pielgrzymki Wielkiej Emigracji, opowiadając historię ostatniego zajazdu. Opowiadając z perspektywy pamiętających splendor i chwałę polskości, szlacheckich obyczajów i miejsc do których, każdy uchodźca tęsknie wzdycha po nocach. I mamy tu wszystko co ważne - mickiewiczowskie opisy przyrody, romans, akcję, dramat - a wszystko przedstawione lekko, bez narodowo-patriotycznego zadęcia.  I miło się patrzy na odkurzone i "odpomniczone" strofy, na nowo odczytane, Przyznaję, że z uśmiechem słuchałem ich w tym nowym wydaniu. Zresztą sam nie pamiętałem na przykład opisu karczmy, czy stawów. Reżyser i zespół aktorski zadbali o to, żeby widz się nie nudził, nie przysypiał i nie ziewał. Mickiewicz w tym przedstawieniu, szelmowsko "puszcza do nas oko", pokazując, że w Narodowym Poemacie, zaczytanym do cna i miliardy razy rozbieranym na lekcjach polskiego na części składowe, można odnaleźć również humor i lekkość pióra - tak dla mistrza Adama charakterystyczne. Tu nie mogę wspomnieć o Przemysławie Gąsiorowiczu, grającym Ministranta, Brzytewkę  a szczególnie przekonująco i przekomicznie -  NIEDŹWIEDZIA! 
Do tego jeszcze oprawa muzyczna Zygmunta Koniecznego zmieniająca epopeję w prawie rockową operę. Scena przeobrażenia Zosi z wieśniaczki, w pannę z dobrego domu, przywoływany opis stawów, czy nieprzeciętnie zabawny, rapowany, dialog księdza Robaka z majorem Płutem, dają niejakie wyobrażenie, o tym czego można się spodziewać.
Ponadto jest tu też coś więcej, jakieś poszukiwanie treści głębszych. Umiłowania tradycji, kraju rodzinnego, polskości. Poszukiwanie pewnego genu, który gdzieś tam w nas samych drzemie. Nie nadętego patriotyzmu polityków i władz, ale tej miłości miejsca w którym się urodziliśmy, prostej i zrozumiałej. Genu, który w latach próby przeobraża Polaków w powstańców, Kolumbów zacięcie broniących się przed obcymi najeźdźcami. Jeśli o to chodziło w tej adaptacji to według mojego skromnego zdania - udało się jak najbardziej. 
Chociaż pewnie, jak pomyślałem wczoraj, pani Hermina, moja świętej pamięci nauczycielka języka polskiego z podstawówki, będąca miłośniczką Pana Tadeusza, nie byłaby zachwycona. Ale cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis.  
Na koniec aby zadowolić moją marudną naturę, chciałbym dodać kilka gorzkich komentarzy. Tym razem pod adresem publiczności. Kiedy już oderwałem wzrok od sceny zauważyłem, że spora część widzów była podświetlona lekko ekranami smartfonów, w pewnej chwili w niezbyt szczęśliwym momencie odezwał się dzwonek telefonu i dało się słyszeć jak ktoś rozmawia (panowała akurat cisza więc słychać było i rozmówcę z drugiej strony słuchawki)  - Tak... no pewnie,, a co u Ciebie?... no wiesz, he, he... tak, jestem w teatrze... i tak dalej. 
Właśnie! Jestem w teatrze, więc do cholery mogę na te kilka godzin wyłączyć telefon, nie odbierać maili, nie czytać facebooka i otrzymać to, za co zapłaciłem - odrobinę magii. Bez pozostawania on-line. A jeśli już nie potrafię się powstrzymać,pomyśleć też o innych, którym może to przeszkadzać.
Czy to takie trudne? Nie, chyba nie, to po prostu kwestia dobrego wychowania i odrobiny szacunku dla drugiego człowieka. 

fot. Anna Kurkiewicz


sobota, 20 września 2014

Patria szachów z Wolandem -czyli Mistrz i Małgorzata w Osterwie

"Za mną, czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!"
Kiedyś, dość dawno temu poszedłem za tym wezwaniem. I przyznaję że przeczytałem tą książkę od deski do deski - raz, drugi, dwudziesty i pewnie już przekroczyłem setkę tych powtórzeń, wracając jeśli nie do całości do to fragmentów ulubionych. I skoro tylko, udało mi się dostać bilety na spektakl "Mistrz i Małgorzata", popędziłem do teatru. A potem robiło się zdziwniej i zdziwniej.

poniedziałek, 26 maja 2014

Kupiec wenecki czyli obŻydzanie Szekspira

Niedawno znajomy zachwalał spektakl „Kupiec Wenecki” w Teatrze Osterwy.  Ogólnie lubię Szekspira i w pamięci miałem klasyczną interpretację nakręconą przez BBC w latach 80-tych oraz nakręconą bodaj 10 lat temu świetną adaptację z udziałem gwiazd takich jak Jeremy Irons i Al Pacino. Oczywiście dobrze pamiętałem też zeszłoroczny spektakl „Na końcu łańcucha”, w którym motywem przewodnim był Tytus Andronicus.

czwartek, 22 maja 2014

Haiti - zbrodnia po lubelsku.

Nie wytrzymałem i kupiłem w końcu, w wersji elektronicznej,  nową książkę z cyklu powieści o komisarzu Maciejewskim Marcina Wrońskiego.Spacery po Lublinie widzianym oczami Zygi Maciejewskiego, są niezapomnianym przeżyciem. Z niecierpliwością ściągałem e-booka, chociaż wolałbym pachnącą świeżym drukiem książeczkę. Nie zawiodłem się ani trochę. Solidna praca Autora nad historyczną otoczką i realiami, w których umieszcza swoich bohaterów i gdzie pozwala toczyć się akcji oraz jego osobista znajomość miasta i jego tajemnic, robi wrażenie i działa na wyobraźnię,

niedziela, 4 maja 2014

Machia - przerwotny obraz natury ludzkiej według Machulskiego

Większość rodaków w czas Wielkiej Majówki zajmuje się grillowaniem mięsa wszelakiego, kiełbas, ryb, warzyw i co tam jeszcze wpadnie im w ręce. Niestety wczorajszy dzień nie nastrajał na pikniki. Było mrocznie, szaro i mokro od samego świtu po zmierzch. Jaki więc dzień byłby lepszy na rozważania o istocie natury ludzkiej? Wieczór poświęciłem na właśnie takie rozmyślania filozoficzne w Teatrze Starym. Przyznaję, że zdobycie biletu w środę po południu graniczyło z cudem, więc i tak byłem zadowolony, bo jeszcze zostały 3 czy 4 miejsca w lożach na przedpremierowe przedstawienie.

czwartek, 21 lutego 2013

LGBT W NIEBIE - polecam

Właściwie potrzebuję wyciszenia. Zbyt dużo dzieje się we mnie i dookoła mnie, żeby pozostać spokojnym, obojętnym i logicznym. Czasami bywają takie dni, kiedy emocje kierują nami i przesłaniają zdrowy rozsądek i logikę. I nic na to nie poradzimy. Na szczęście są Osoby, którym można ufać i których obecność jest bezcenna i pozwala znajdować się w tym szaleństwie i zachowywać resztki człowieczeństwa. I za to dziękuję, bardzo. Są też miejsca, które dlatego warto odwiedzać. Polecam więc stronę, którą odkryłem dzięki jej krytykom - http://itinerarium.pl/. Niby nic niezwykłego - przemyślenia człowieka, który pomimo, żłe wszyscy sądzą iż znalazł, choćby z powodu tego co robi na codzień, nadal szuka i relacjonuje te swoje poszukiwania w sposób bardziej niż do przyjęcia dla czytelnika. I znowu: nigdy nie wiadomo kiedy i jak spotkamy na swojej drodze Kogoś, kto każe nam, chociaż odrobinę, się zastanawiać. Oby takich spotkań było jak najwięcej.
Za ten wpis ksiadz Mietek był krytykowany dość mocno -  LGBT W NIEBIE a ja pomimo, że coraz więcej we mnie niepokoju w tym temacie, krytykować nie śmiem. To jego własne odczucia i jego własny sen. A mi nic do tego. Mogę przystanąć, przeczytać, zamyśleć się na chwilę. Mogę się zgodzić lub nie. I w tym miejscu się akurat zgadzam. Ale mimo to sądzę, że powinniśmy nazwać to co jest normalne normalnym a to co nie jest  - nienormalnym. I to też biblijne i jakby zgodne z tym co robił Jezus. Ale nie ośmielę się ferować wyroków, jak niektórzy i nie mam prawa do potępiania. Mogę jedynie po ludzku mówić o tym co dla mnie jest lub nie jest dobre. To tyle z rozważań odrobinę moralnych.

niedziela, 3 lutego 2013

Django - spaghetti a'la Tarantino

Cokolwiek można by powiedzieć o Quentinie Tarantino, to nie da się być obojętnym wobec tego co robi. Jedni uważają go za geniusza bawiącego się gatunkami kina i żonglującego konwencją z wprawą iście cyrkową, inni za doskonałego obserwatora potrafiącego zauważać rzeczy równie poruszające co genialnie zabawne, w kwestiach kompletnie poważnych i makabrycznych a jeszcze inni za kompletnego świra, sadystę i pseudoartystę wyzyskującego odwieczne pragnienie widzów  - pragnienie krwi i przemocy. Można więc go lubić lub nie. Ja lubię. Za przewrotność i nieprzewidywalność i odrobinę świetnie podanej makabry w plastikowym hollywoodzkim opakowaniu.



Właśnie oglądałem "Django". I mimo, że western skończył się dla mnie mniej więcej na "Tańczącym z wilkami", z przyjemnością, do samego końca, obejrzałem świat dzikiego zachodu made by Quentin. Świat, gdzie postacie są wyraziście niejednoznaczne, proste sprawy skomplikowane, skomplikowane proste jak drut a sposób patrzenia na rzeczywistość Ameryki sprzed wojny secesyjnej, zabójczo ironiczny. Tu, nawet kiedy zabijasz, błyskasz poczuciem humoru jak lufą swojego "peacemakera". Jedynym brakującym elementem jest rechot nieboszczyka, leżącego w kałuży krwi i odpowiadającego ciętymi ripostami na żarty swojego zabójcy. Scenografia, muzyka a nawet napisy początkowe są żywcem wycięte z popularnych niegdyś "spaghetti" westernów i dają wrażenie niskobudżetowego filmu klasy C. Tarantino puszcza do widza oko, bawiąc się konwencją do tego stopnia, że w jednej ze scen pojawia się Franco Nero (odtwórca roli Django we włoskiem westernie z 1966 roku) i  wie, że D w Django jest nieme. Główni bohaterowie dopełniają konwencji: Dr Schulz - eks-dentysta z Niemiec, przywodzący nieodparcie na myśl postacie ulubionego pisarza Adolfa Hitlera - Karola Maya -  i czarnoskóry, cwańszy i bardziej twardy od białych południowców Django. Pierwszy bawi nas swoim iście niemieckim pragmatyzmem oraz elokwencją, drugi świetnie pasowałby na bohatera klasycznego westernu, odjeżdżającego w stronę zachodzącego słońca. Jednak jak zobaczycie sami, lub nie zobaczycie, nie do końca dają się zaszufladkować. A, że cała opowieść, tak jak w większości filmów Tarantino, przypomina quest z fabularnej gry komputerowej, w którym graczy poddaje się próbie sił, są tu i hektolitry przelanej krwi  i inne atrakcje czyniące film bardzo "oglądalnym". Zresztą scenariusz nie ucieka tu od porównania wprost tego co robią postacie, do bohaterskiej wyprawy Zygfryda po Brunhildę a śmierć wygląda tak bardzo nieprawdziwie jak w Quak'u czy Doom'ie.  Oczywiście Amerykanie będą oburzeni potraktowaniem ich narodowej hańby, jaką jest niewolnictwo, jako tła całego pastiszu  - słowo "czarnuch" jest tu odmieniane przez wszystkie przypadki z dodawaniem wszelkich możliwych epitetów. Poprawność rasowa jest w Stanach pewnym tabu, a jak się okazuje najmniej tolerancyjni są właśnie Afroamerykanie. Jak ktoś nie wierzy, to niech spróbuje się wybrać do knajpy na Bronx'ie, zwyczajowo zarezerwowanej dla czarnych.
Ale członkom Ku-Klux-Klanu też się obrywa po uszach i ostatecznie ginie cała masa białych południowych "ćwoków", wyzyskiwaczy i sadystów oraz przynajmniej jeden "czarnuch", który zdradził swoją rasę. Powinno więc być po równo. I białasy i czarnuchy obrywają tak samo. Dla nas jednak, pozbawionych kompletnie rasowych uprzedzeń Polaków, film jest świetną zabawą i mogę go polecić z czystym sumieniem - pomimo, że jest dość długi (2h 45m) i wymaga dużych ilości popcornu. 

piątek, 11 stycznia 2013

Motyl i skafander. Obejrzane wczoraj.

Czasami ogląda się telewizję przypadkiem. Zupełnie bez zamiaru oglądania czegokolwiek wlepia się oczy w ekran i pozwala nawet podświadomie karmić papką informacyjną. Tym razem było inaczej. Zupełnie przypadkowo przełączyłem telewizor i akurat zaczął się film "Motyl i skafander" - dość już leciwa produkcja z roku 2007. Przyznaję, że pominąłem ten film, kiedy był na topie i dopiero teraz miałem okazję zobaczyć go po raz pierwszy. Fabuła oparta na książce, której autor Jean-Dominique Bauby, opisuje swoje własne doświadczenia. Książki nie czytałem, ale spróbuję, a sporo już powiedziano na temat tego filmu, sporo dobrego nawet. Nie będę więc powtarzał tego wszystkiego.
Może dlatego, że bohater był moim równolatkiem a może dlatego, że film i fabuła różnią się od większości produkcji, które miałem nieszczęście ostatnio oglądać film wywarł na mnie ogromne wrażenie.
 Bohater na skutek wylewu zostaje całkowicie sparaliżowany, całym kontaktem ze światem i całym jego światem staje się jedyne pozostałe mu sprawne oko. Film jest więc w większości opowieścią z tej właśnie dziwnej i groteskowej prawie perspektywy pola widzenia jednego oka. Mimo to, dzięki ludziom i chęci życia czy też miłości do życia, jaką miał przed udarem, udaje się mu komunikować ze światem, nawet opisać za ich pośrednictwem myśli i wspomnienia, które są wszystkim co mu pozostało w książce. Sceny widziane unieruchomionym w jednej pozycji okiem, są mistrzowsko przeplatane okruchami wspomnień, marzeniami, fantazjami. Sceny wzruszają, poruszają, skazują widza na myślenie, na wchodzenie w ten świat zamkniętego w bezużytecznej skorupie ciała umysłu. Jednak bez tandetnej ckliwości telenoweli. Umysł jest całym światem i bronią, bronią przed śmiercią i zapomnieniem. Pozwala spełniać marzenia, podróżować, kochać. I w tym wszystkim jest pewna apoteoza człowieczeństwa, zwrócenie uwagi na rzeczy, na które nigdy nie mamy czasu a które są ważne i bez których jesteśmy tylko fizycznie działającymi mechanizmami, bez życia  w środku. Tak więc autor i bohater zarazem odkrywa pełnię swojego istnienia dopiero wtedy, kiedy staje się uwięziony w swoim własnym ciele. Może to i przerażające, ale czy, tak z ręką na sercu, możemy powiedzieć, że nie jesteśmy do niego podobni?
Z czystym sercem mogę więc polecić wejście na chwilę w ten niezwykły świat. Pełen humoru i realnych uczuć. Prawdziwy do bólu.




sobota, 29 grudnia 2012

The Hobbit: A very long expected journey!

Kompletnie na świeżo. Właśnie skończyłem oglądać pierwszą część Hobbita. Książka była króciutka w porównaniu do trylogii Władcy Pierścieni, ale przyznaję, że czytało się ją jak dobrą bajkę. Jak to u Tolkiena. Dar opowiadania, dar tworzenia światów na tyle realnych, że potrafią porwać czytelnika w podróż po ich królestwach. Sam zacząłem przygodę z Tolkienem od Silmarillionu - akurat nie było w bibliotece Hobbita, więc wziąłem jak leci. I było ciężko - dla smarkacza w podstawówce przebrnąć przez wszystkie legendy, podania, baśnie, genealogie i gramatykę języków Elfów, Numenorejczyków czy Krasnoludów, to spore wyzwanie. Potem już łykałem wszystko, zaczytując książki tego autora prawie do zniszczenia. Dlatego z przyjemnością oglądałem Władcę Pierścieni i trochę kręciłem nosem na wstawki reżysera do oryginalnej fabuły. Ale krajobrazy były przepiękne a fabuła nie pozwalała się nudzić. Nic więc dziwnego że na Hobbita czekałem z niecierpliwością i dzień po premierze podreptałem do kina, nawet w 3D - bo jakże nie skusić się obietnicą efektów wywołujących z mojej wyobraźni wszystko to co pamiętałem z książek. Trochę tylko niepokoiłem się, jak reżyserowi uda się rozciągnąć krótką w sumie opowieść, do rozmiarów trylogii. Oczywiście kwestia kasy - co wpływy z kilku części, to nie z jednej! Ale chyba się udało. I to z powodzeniem. Krasnoludy są takie jakie być powinny, nieco nieokrzesane, dumne i waleczne. Thorin wydaje się księciem bez mrugnięcia okiem, a wszelkie doróbki jakie Peter Jackson i jego zespół wstawili do fabuły czynią ją tym razem bardziej "filmową" i chyba bardziej "dzisiejszą". W każdym razie nudzić się nie można, bajeczne plenery Nowej Zelandii, znów zabierają widzów do Śródziemia i stwarzają cudownie bajkowe tło całej akcji. Orkowie są obrzydliwi, trole głupie, elfy piękne a krasnoludy z uporem właściwym swemu plemieniu wędrują do Samotnej Góry. Słuchając starej pieśni Krasnoludów, śpiewanej przez kompanię w salonie Bilba w Bag End, samemu chce się ruszyć na wyprawę po dawno utracone skarby, leżące gdzieś w lochach Ereboru.

Far over the misty mountains cold
To dungeons deep and caverns old
We must away ere break of day
To seek the pale enchanted gold....

Zresztą muzyka jest znowu cudownym dodatkiem do całości. Tak więc znowu będę niecierpliwie czekał na dokończenie znanej opowieści w nowej wersji. Podobno aż do grudnia przyszłego roku. A niech tam! Baruk Khazâd! Khazâd ai-mênu!




poniedziałek, 10 grudnia 2012

Misja Afganistan czyli jak to na wojence ładnie.

Z zapałem oglądam serial "Misja Afganistan". Od pierwszego odcinka. I niezmiennie bawi mnie do łez. Nie to żebym był żołnierzem, czy nawet znał realia naszej misji wojskowej w Afganistanie. Jeśli chodzi o to jestem kompletnym laikiem, ale mimo to ubaw mam setny.A skoro mnie to bawi, to wyobrażam sobie jaki ubaw mają żołnierze, oglądający serial, który jak obiecywano przed premierą, ma pokazywać realia ich pracy i codzienności w wykonywaniu tak trudnych, niebezpiecznych i niewdzięcznych zadań.
Pomijam nieścisłości związane z takimi sprawami jak procedury  - oficer łamie bezpośredni rozkaz  i nawet opr. od swojego przełożonego nie zbiera, na koniec rozmowy radiowej operator rzuca "odbiór" a następnie.... odkłada słuchawkę radiotelefonu, przerywając połączenie :) -  uzbrojenie  - śliczne, lśniące karabinki, Rosomaki jeżdżące po pustyni w kamuflażu używanym w naszych warunkach klimatycznych i z wyposażeniem umożliwiającym pokonywanie przeszkód wodnych, które jak wiadomo są powszechne na pustyni i w górach Afganistanu -  mundurki  - piękne i świeżo wyprasowane, jakby wyszły dopiero z magazynu a nie miały za sobą kilkunastu patroli we wszechobecnym w tamtych stronach kurzu i pyle, bohaterowie przecież się nie pocą !) czy krajobraz.( GDZIE SĄ TE CHOLERNE AFGAŃSKIE GÓRY!!). No ale rozumiem.. w Afganistanie nie dało się tego kręcić, bo niebezpiecznie, a szkoda by było Pawła Małaszyńskiego, nie wspominając o Ilonie Ostrowskiej, która w mundurze wygląda jak fantazja licealisty. Widać twórcy serialu nie słyszeli o możliwościach jakie daje współczesna technika komputerowa. Skoro bowiem da się wyczarować na planie filmu krajobrazy obcych planet i to w 3D, to wstawienie gór w tle kadru, nie powinno chyba stanowić problemu.


Najzabawniejsze, są jednak chwile, które stawiają pod znakiem zapytania zarówno zdrowy rozsądek reżysera jak i scenarzystów.  Jak się okazuje z fajnego pomysłu na serial wojenny i sensacyjny, można zrobić naprawdę niezłą komedię. Przytoczę tylko parę pomysłów autorów scenariusza:
1. W ostatnim odcinku pt. "Most", nasi "chłopcy" mają bronić mostu przed wysadzeniem go przez Talibów - oczywiście wyobraziłem sobie, że ten most jest zbudowany nad jakaś skalną rozpadliną, czy może ostatecznie rzeką (to po to, Rosomakom te rzeczy do pływania?!). Ale nic z tych rzeczy! Scenografia idzie jeszcze dalej w stronę absurdu. Most, stalowa konstrukcja długości około 10 - 15 metrów, przerzucona jest nad głębokim na 1,5 metra  rowem o szerokości poloneza trucka  - no do licha, toż widziałem już na naszych drogach przeszkody gorsze do pokonania. Toteż wszyscy tubylcy i tak jeżdżą obok rzeczonej konstrukcji czemu dziwić się nie sposób. Ale to i tak dopiero przygrywka. Najbardziej zadziwiającą sprawą jest to, że Talibowie koniecznie chcą ów obiekt, o niezaprzeczalnie ogromnym znaczeniu strategicznym, zniszczyć. Są jednak, według scenariusza idiotami i kompletnymi kretynami. Zabierają się bowiem do tego w nocy, jadąc z umiarkowaną prędkością w kierunku owego "mostu", samochodem terenowym, pełnym zapewne materiałów wybuchowych i dla ułatwienia oświetlonym jak choinka w Boże Narodzenie, w celu łatwiejszego zlikwidowania, tak ślicznie widocznego w ciemnościach, celu. No widać autor tego pomysłu nigdy nie czytał ani nie oglądał takich hitów jak "Komandosi z Nawarony" czy "Rambo" (obojętnie I, II, III czy IV).  Z pewnością łatwiej doskonale wyszkolonym w walce partyzanckiej mudżahedinom, byłoby przekroczyć ów rów, w dowolnym miejscu i od tyłu, po ciemku i po cichu wyrżnąć niczego nie podejrzewających żołnierzy, gotujących właśnie bigos i szykujących się do Wigilii. Oczywiście, gwoli wyjaśnienia warta jest tylko na moście.
2. W tym samym odcinku dwóch poruczników, zaraz po strzelaninie, pod wpływem adrenaliny, kocha się namiętnie w Rosomaku. Nie, nie, spokojnie - bez homoseksualnych podtekstów! Jeden z poruczników to kobieta! A ja kretyn, sobie zawsze wyobrażałem, że jak przed chwilą skończyli do nas strzelać, to dowódca powinien pozostać na posterunku do białego rana - bo mogą wrócić i znowu zacząć, a jakoś tak mało przykładnie wygląda oficer biegający bez spodni po polu walki. Ale widać moja nieznajomość realiów pola walki jest większa niż myślałem.
3. W jednym z poprzednich odcinków podczas ataku terrorysty na wiceministra obrony narodowej BORowiki z ochrony na okrzyk "Bomba!" reagują kompletnym zamieszaniem i strzelaniem do wszystkiego, co się rusza, łącznie z głównym bohaterem, byle nie do terrorysty, który jest widoczny jak na dłoni. Mam nadzieję, że wyszkolenie BOR jednak jest nieco lepsze od filmowego. W innym wypadku terroryści oglądający ten serial, zaczną odstrzeliwać nam po kolei naszych notabli, jak kaczki na strzelnicy.
4. Kolejna zastanawiająca scena:  Kiedy pocisk RPG trafia jeden z wozów, nasi bohaterowie wyskakują z pojazdów i rozpoczynają wymianę ognia z terrorystami, wybiegając w ich stronę przed wozy pancerne i wystawiając się na ostrzał. Rozsądek nakazywałby co prawda prowadzić ogień chroniąc się przed kulami z kałachów za pancerzem wozów lub wykorzystując naturalne osłony terenu (na pustyni fakt, trudno o takowe). ale nasi są twardzi i byle kuli się nie kłaniają. Stoją pewnie, na lekko rozstawionych nogach i prują  z czego się da, do ukrytych za wydmą Afgańców. Ku zaskoczeniu terrorystów opróżniających z zapałem magazynki w kałachach, tylko jeden z naszych został lekko ranny. Ale jak wiadomo "brudasy" maja kiepskiego cela. Podobnie jak "żółtki" za czasów II wojny światowej. Za to w innym odcinku w trakcie pościgu za terrorystą mającym za tarczę zakładniczkę "nasi" likwidują szybko i bezbłędnie trzech Talibów trzema pojedynczymi strzałami, jak przystało na komandosów amerykańskich Navy Seals lub nasz Grom, pomimo prześcieradeł porozwieszanych dla efektu w całym pomieszczeniu.
Podobnych przykładów można mnożyć bez liku.
Zamiast więc obrazu realnego, lub chociaż zbliżonego do realnego świata, nasza "Misja Afganistan", jest miłym dla oka, cukrowatym obrazkiem, który bawi, nie ucząc.Ale za to przynajmniej jest ładną reklamówką naszej armii - ze szczególnym naciskiem na bardzo przyjemne i twórcze wykorzystanie wnętrza Rosomaków. W pewnym momencie żałowałem nawet, że nie poszedłem do szkoły oficerskiej, jak to planowała dla mnie Komenda Uzupełnień. Ale może i dobrze. Po cholerę taki malkontent w armii.


piątek, 4 maja 2012

Lublin zupełnie nieznany.

Mieszkając w Lublinie od urodzenia i będąc z nim związanym więzią, która sprawia że pomimo zamiłowania do podróży wracam tu zawsze z przyjemnością, nie mogłem nie zauważyć, że są w miejsca, których nawet lublinianie nie znają wcale. Czasem takie miejsca to jedynie duchy przeszłości - widoczne w naszej wyobraźni zarysy budynków, dawno nie istniejących, ludzi, którzy tutaj żyli i spraw jakie się toczyły - czasem tych bardzo donośnych i wielkich a czasem kompletnie nieznanych i bardzo małych. Odwiedzałem wiele miast i każde z nich, szczególnie te stare ma swoją niepowtarzalną duszę. Na jej kształt mają wpływ jego historia, dzień dzisiejszy oraz mieszkańcy - i to nie tylko ci żyjący tu obecnie ale i ci, którzy od wieków żyli w jego murach, pracowali, cieszyli się i smucili, rodzili i umierali właśnie tutaj. Lublin przez samo położenie na mapie Polski, zawsze był miastem w którym stykały się różne kultury i tak samo blisko było tu do zachodu jak i wschodu. Od wielu wieków na kształt miasta, jego bogactwo czy też upadki mieli wpływ Polacy, Rusini, Żydzi, Ukraińcy, Tatarzy i wszelkie inne nacje jakie mieszkały tutaj lub zjeżdżały na jarmarki, targi czy sądy.  Dziś większości śladów po nich nawet nie ma. Przez wojenne zawieruchy, które nigdy naszego miasta nie omijały i powojenne czasy niepewności wiele z tego obrazu kulturowego tygla nie pozostało.
Ostatnio wpadła mi w ręce książka Meira Bałabana "Żydowskie miasto w Lublinie", przyznaję z pewnym zażenowaniem, że pomimo moich zainteresowań historią, nigdy wcześniej nie miałem okazji sięgnąć po tą pracę. Jeszcze w czasach licealnych zainteresowałem się odrobinę tą właśnie częścią historii mojego miasta a nawet popełniłem jakąś pseudonaukową rozprawkę, dotyczącą nieistniejącej już lubelskiej synagogi Maharszala, w periodyku historycznym, czytanym jedynie przez kompletnych fascynatów historii.
W sumie nic w tym dziwnego, mając kilka lat prawie codziennie przechodziłem z rodzicami koło starego cmentarza żydowskiego na Kalinie, bawiłem się z dzieciakami na łąkach jakie zostały po nowym cmentarzu i ze zdziwieniem odkrywaliśmy w zaroślach potłuczone kamienne płyty z napisami z takimi śmiesznymi literami. Kiedy remontowaliśmy mieszkanie mojej babci na Lubartowskiej, pod warstwami farby odkryłem ze zdziwieniem podobne napisy wykonane niebieską farbą na starym, jeszcze przedwojennym tynku, do którego się dokopałem skrobiąc odłażącą farbę. Ojciec powiedział mi, że to żydowskie napisy, ale nikt z dorosłych nie miał jednak ochoty tłumaczyć smarkaczowi, co to są owi Żydzi. Wiedziałem tylko, że stary parasolnik, który zawsze z uśmiechem witał pucołowatego malucha w krótkich spodenkach, który zaglądał mu do warsztatu przez szybę i głaszcząc się po strasznie splątanej brodzie mówił tak jakoś z dziwnym akcentem, że jestem "fajny szejgec",  jest Żydem.
Dopiero znacznie później zacząłem powoli odkrywać świat, którego już nie było i którego nie mogli znać nawet moi rodzice. Może nawet z przekory, że jest to świat, którego istnienia czasem się wstydzimy a w większości nie mamy nawet pojęcia jak wyglądał i posługujemy się stereotypami kształtowanymi w nas od wieków przez opowieści o lichwie, rytualnych mordach na dzieciach chrześcijańskich i tajemniczych rytuałach magicznych, które miały na chrześcijan sprowadzać nieszczęście. I tutaj Żyd traktowany był zawsze jako ten czarny charakter, winny nieszczęść całego świata. Ta mentalność utrzymuje się wbrew naszej europejskości. Żyd, cytując Meira Bałabana (...) dla świata zewnętrznego pozostaje handlarzem, brudnym Żydem, z którym wprawdzie robi się interesy, ale w którym nie widzi się i nie szanuje człowieka.
Z pewnością na takie traktowanie miała wpływ hermetyczność żydowskich gett. Ostatecznie Żydem można zostać jedynie z urodzenia. Nie mały wpływ na to miała też zawiść w stosunku do bogatych innowierców, często gęsto dzierżawiących urzędy poborcy podatkowego lub poborcy myt i ceł. Ale przecież bogaczami było 5 może góra 10% Żydów, a reszta to zwykłe "chałaciarstwo" drobni handlarze, rzemieślnicy, szewcy, kuśnierze, krawcy, wyrobnicy, którzy często, gęsto ledwie mieli co do garnka włożyć. Zawsze zastanawiało mnie jak było naprawdę. Dlatego nawet zagłębiając się w historii mojego miasta, szukałem śladów ich obecności. A śladów żydowskiego miasta jest tu wiele - ostatecznie Lublin był nazywany Jerozolimą Królestwa Polskiego i Żydowskim Oxfordem. Chociaż większości ulic żydowskiego getta już nie znajdziemy na mapie miasta, jak na przykład Jatecznej, na miejscu której mamy teraz Aleje Tysiąclecia, zostały takie miejsca jak Jesziwa obecnie odrestaurowywana przez Żydów - przez wiele lat mieszcząca część Akademii Medycznej, czy stary cmentarz, gdzie jak mało kto z mieszkańców Lublina wie, są pochowani wielcy myśliciele i "cudotwórcy" jak chociażby Jakub Icchak Horowitz - "Widzący z Lublina", jeden z duchowych przywódców chasydyzmu, Szalom Szachna syn królewskiego bankiera i wielki znawca Talmudu, czy zwany Maharszalem Salomon Luria. Do dziś pobożni chasydzi urządzają pielgrzymki, żeby odwiedzić ich groby, które zachowały się mimo dwóch wojen. Zresztą miałem przyjemność zwiedzać tą nekropolię dwadzieścia lat temu w towarzystwie opiekującego się nią wówczas, a już chyba nieżyjącego Józefa Honiga, ówczesnego strażnika cmentarza, który pokazał mi ścieżki, których opis teraz prawie niezmieniony czytam na kartach "Żydowskiego miasta a Lublinie" i opowiadał legendy i historie zarówno o cmentarzu, o cadykach i chasydach i trochę o sobie samym i o tym, że następców już nie ma i właściwie to jest on "ostatni Żyd w Lublinie".
Książka Meira Bałabana pisana pod koniec I - szej Wojny Światowej, oprócz faktów historycznych i opowieści o najwybitniejszych mieszkańcach żydowskiego Lublina, zabiera nas w odległy i nieistniejący już świat żydowskiego sztetl, rozłożonego u podnóża zamku lubelskiego i pokazuje nam jego zaułki, po których wędrujemy razem z autorem jego oczyma oglądając rzeczywistość i przeszłość tak prawie, jakbyśmy słuchali najciekawszej opowieści żydowskiego mełameda w chederze, którejś z niezliczonych bóżnic ukrytych w zaułkach żydowskiego miasta w Lublinie, z których co rano rozlegał się śpiew studiujących Torę  uczniów. Myślę że warto poznać ten nieznany Lublin i spojrzeć na miejsca, które codziennie mijamy zupełnie z innej strony.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Na końcu łańcucha - niekoniecznie o psach.

Nie jestem fanem nowoczesnego teatru. Przyznaję, że czasami nie potrafię się doszukiwać w zbyt, jak dla mnie wydumanych tekstach i abstrakcyjnej formie sensu, nawet tego słabo skrywanego. Wolę prostotę przesłania i jasność formy. A jednak. Czasami odkrywanie nowych myśli, bywa zabawne i pouczające.  Z opóźnieniem więc bo ponad miesiąc po premierze, obejrzałem "Na końcu łańcucha" Mateusza Pakuły, w reżyserii Evy Rysovej. Opowieść opartą na szekspirowskim "Tytusie Andronikusie", ale jak się okazuje nie tylko. Ponieważ byłem mimo wszystko przygotowany na makabreskę szekspirowskiej tragedii, a samego "Tytusa" oglądałem już kiedyś (ze świetną kreacją tytułową Antony'ego Hopkinsa), sądziłem, że nie jest w stanie mnie zaskoczyć nawet nowoczesna interpretacja mordu, zemsty i gwałtu jakie stanowią wątki przewodnie tej sztuki. A jednak! Z chwili na chwilę, robiło się zdziwniej i zdziwniej, a historia przeplatana  niesamowitymi monologami, retrospekcjami, przejściami i pasażami zmieniającymi postacie w inne postacie, wprowadzającymi wątki ze świata komiksu, czerpiąc z innych dzieł i sztuk, podstępnie wciągała mnie jako widza, w surrealistyczny i czasem groteskowy obraz malowany na scenie.
A malowano go wszelkimi znanymi dostępnymi technikami, począwszy od zaskoczenia i kontrastu pomiędzy śpiewającą "Puszka okruszka" ośmiolatką (przy okazji - to akurat koleżanka z klasy mojej młodszej pociechy) w ciężkiej aranżacji ciągle obecnego na scenie zespołu Brojo, przez covery Gunthera "You touch my tra la la", "Colors of the wind" z soundtracku Disneya, "One love" i "Quit playing games with my heart" Backstreet Boys w wykonaniu Stowarzyszenia Wampirów Emerytów - zresztą po cichu, acz widocznie obecnego od samego początku spektaklu pomiędzy widownią, aż po kreacje aktorskie Marty Ledwoń, najpierw jako lekko naiwnej Lawinii będącej ofiarą Chirona (Paweł Kos)  i Demetriusza (Wojciech Rusin), przeistaczającej się po pewnym czasie w ich matkę Tamorę, uosobienie świadomej siebie, sadystycznej dominy (takie BDSM), tresującej swojego niewolnika i śpiewającej obłędnie tego samego "Puszka Okruszka" w wersji hardcore i Jerzego Rogalskiego jako Tytusa Andronikusa, potrafiącego oddać rozpacz, rządzę zemsty i furię ojca Lawinii i szaleństwo z jakim oddaje się cały sadystycznej zemście na Tamorze. Całość tragedii Szekspira jest tu podzielona przez pop kulturowe wtręty  - zamiast Aarona - szekspirowskiego sługi Tamory, występuje znany nam z Batmana Joker, cytujący w swoim monologu Mefistofelesa z Fausta  - "Bo jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni", wcześniej wspominane Stowarzyszenie Wampirów Emerytów a w drugim akcie Spiderman I i Spiderman II oraz Kapitan Planeta. 


Od początku zastanawiamy się więc, co tak naprawdę aktorzy i reżyser chcą przekazać. Obsceniczne zachowanie Demetriusza i Chirona, niewybredne zarówno pod względem języka, jak i gestów, dywagacje na temat gwałtu, sprawiają, że na końcu łańcucha widzimy psa i jego ofiarę, zezwierzęcenie doprowadzające nas na sam skraj człowieczeństwa. I przez chwilę wydaje się, że chodzi tu o pewne feministyczne przesłanie - kobieta jest ofiarą zwierzęcych instynktów, obdartą z jakiejkolwiek godności ludzkiej, ochłapem wyszarpywanym sobie przez głodne psy. Ten wątek kontynuuje wampir Rafał w swoim stand-up show - znęcając się nad swoją niewolnicą-ghoulem Marysią i zmuszając ją przy aprobacie i pomocy widowni do obnażenia się. Po chwili jednak role się odwracają, Marysia staje się Lawinią, a ta z kolei zamienia się w dziką i dominującą Tamorę a Joker jest jej tresowanym aż do śmierci niewolnikiem. Przeplatają się tu elementy, tragedii, farsy i komiksu, klimaty szekspirowskie, faustowskie, queerowe, feministyczne i ekologiczne. Jest to jednak mieszanka ciekawa, momentami zabawna i widowiskowa.

Co chwilę jednak podkreślana jest umowność wszystkiego - jesteśmy aktorami, nie zagramy wielu rzeczy, które przeżyliśmy. Tytułowy łańcuch jest więc nie tylko więzieniem, ograniczeniem, ale też więzią, pomiędzy postaciami, pomiędzy ludźmi. Bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, cytując inną sztukę Szekspira, a wszyscy jesteśmy połączeni  w ten czy inny sposób, nawet przez to że żyjemy na jednej planecie.
Nie jest to z pewnością spektakl dla każdego i nie dziwię się mieszanych uczuć jakie budzą zarówno dialogi jak i oprawa plastyczna widowiska, ale z pewnością nie pozwala widowni na pozostanie obojętną. A moim skromnym zdaniem o to właśnie chodzi w sztuce.


środa, 14 marca 2012

Män som hatar kvinnor - wersja druga

Proszę nie brać tytułu dosłownie. Nie znam ani trochę szwedzkiego. I nie chcę pisać tu o moich antyfeministycznych przekonaniach. Zresztą, nie darzę kobiet nienawiścią - może poza paroma. Chodzi mi o film. "Dziewczyna z tatuażem" Davida Finchera. Nawet z tego co pamiętam grająca tytułową dziewczynę Rooney Mara, była nominowana w tym roku do Oskara.
Rzadko oglądam filmy na bieżąco. Z reguły po premierze czekam na pierwsze recenzje na forach lub opinię mojego znajomego, który pochłania wszystko jak leci ze wskazaniem na ambitniejsze pozycje, których ja nie oglądam, bo dla mnie żeby film był ciekawy i dobry w pierwszych sekundach musi zginąć jakieś 5  - 10 osób. Tym razem znalazłem czas na thriller na podstawie powieści Stiega Larssona z czystej ciekawości  - no i przyznaję wiedziony wieczornym marazmem umysłowym. Fabuła, jak przystało na powieści Larssona ewidentnie zmusza do śledzenia jej od początku do końca, momentami zaskakuje i przeraża trafnościami spostrzeżeń co do ludzkiej natury a raczej jej wynaturzeń. Scenarzysta nie miał tu wiele do roboty, a więc film stara się po prostu być wiernym odzwierciedleniem książki. Aktorzy natomiast stają na wysokości zadania i wychodzi z tego opowieść mroczna i ciekawa, trzymająca w napięciu i momentami przewrotna. I tak właśnie powinno być. Nie żałuję, że dałem się wciągnąć w ten mroczny świat, z całym klimatem skandynawskich krajobrazów, nieco ponurą pogodą i tajemnicami ukrytymi w zaciszu z pozoru poukładanych i spokojnych miasteczek. Ciekawy efekt dało to, że oczywiście aktorzy mówią po angielsku natomiast wszelkie reklamy, gazety, napisy, cokolwiek co się pojawia do czytania w tle są po szwedzku. Wszystko byłoby super i ach i och, gdyby nie moja cholerna pamięć. Wszystko to wydawało mi się jakimś deja-vu.
Otóż, przyznaję, że mam ostatnimi laty słabość do sensacyjnego kina skandynawskiego, że wspomnę tylko kryminalną serię o norweskim prywatnym detektywie o nazwiskiem Varg Veum (przetłumaczono tą serię jako "Instynkt wilka"), którego przygody wciągnęły mnie kompletnie swoim realizmem sytuacyjnym, czy film o fińskim gliniarzu  - Harjunpaa (nie mam pojęcia jak się to wymawia, z Fińskim gorzej u mnie niż ze Szwedzkim). Czytałem też trochę powieści Stiega Larssona i kilku innych autorów. Mniejsza z tym.
Fascynuje mnie w tych kryminałach to, że są mroczne i prawdziwe. Tutaj w trakcie strzelaniny kończy się amunicja, bohater może dostać ostro po mordzie, czasem nawet ginie w męczarniach, a zagadki są bardzo realistyczne. Cenię nieprzewidywalność fabuły i to, że czasami do końca zastanawiam się nad rozwikłaniem zagadki pomimo, że wszystkie poszlaki mam jak na dłoni. I to właśnie sprawiło, że kilka lat temu oglądałem film Nielsa Opleva, który był również wierną adaptacją powieści Larssona "Män som hatar kvinnor". Film w którym nie występował Daniel Craig (chociaż przyznaję przystojny facet i moim zdaniem znacznie lepiej wypadł niż w Bondach), na który pewnie poszło połowę tego budżetu, a mimo to bardzo dobry i ośmielam się powiedzieć, że dorównujący jeśli nie przewyższający swoją kalkę amerykańską (chociaż w wersji amerykańskiej Rooney Mara gra obłędnie i do licha powinna dostać Oskara!)


Skłoniło mnie to do rozmyślań nad filmami i amerykańskim stylem prowadzenia biznesu filmowego. Oglądam sobie film zrobiony w Hollywood z pełnym firmamentem gwiazd i tak dalej, a potem znajduję gdzieś to samo tylko znacznie wcześniej i ciekawiej zrobione przez Norwegów, Duńczyków, Francuzów, Japończyków, Koreańczyków czy Papuasów. Super sprawa. Wystarczy tylko kilka nazwisk znanych wszem i wobec, żeby zarobić na czymś co już ktoś kiedyś zrobił zmieniając jedynie opakowanie. A potem Akademia Filmowa w U.S.of A. zachwyca się oryginalnością dzieła. Widać taki ichni patriotyzm lokalny, że wolą produkty rodzime nawet jeśli takimi do końca nie są. 
Mimo to polecam -oba filmy. Cudowne uzupełnienie zimowego wieczoru ze szklanką whisky.