Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2013

Seksistowskie wojny

Nie ma jak Szwedzi. Nie dość, że mają prawie prohibicję, to jeszcze w dodatku wzorcowo stosują zasadę parytetu płci - wszędzie. Otóż wedle Szwedzkich oficjeli o wartości danego dzieła kinowego powinien świadczyć nie świetny scenariusz, hiper wydumane efekty specjalne, czy tam inne bzdury, jak gra aktorów. O wartości filmu dla Szwedów będzie decydowała obsada aktorska, chociaż raczej nie o ilość gwiazd chodzi, a o zachowanie parytetu pomiędzy płciami.
Tak więc przekreślono z góry takie tytuły jak "Gwiezdne Wojny" - wszystkie części razem, "Harrego Pottera" czy całą trylogię "Władcy Pierścieni" a jak sądzę negatywnie zostanie zaopiniowany również "Hobbit". We wszystkich tych filmach, według szwedzkich znawców, za mało pokazywanych jest kobiet a za dużo bohaterów jest mężczyznami, co jawnie dowodzi seksistowskiego charakteru owych filmów.
Jako zdeklarowany fan Tolkiena oraz Lucas'a i spółki, chciałbym zaproponować ponowne nakręcenie tychże dzieł w sposób aprobowany przez naszych skandynawskich sąsiadów.
Z Gwiezdnymi Wojnami w sumie nie ma problemu - większość robotów może być przecież uznana za osobniki płci żeńskiej.  Podobnie można w tłumaczeniu na szwedzki sprawić, żeby szturmowcy  - klony mówili do siebie żeńskimi głosami i zwracali w formie żeńskiej  - i już mamy 1/2 obsady w  płci pięknej  - ewentualnie, jeśli zbyt dużo głównych bohaterów byłoby zbyt męskich, wystarczy, że Yoda będzie mistrzą a nie mistrzem - a imię i tak jej się kończy na "a" (ciekawe czy to działa i po szwedzku).  Z jego wyglądem - poczciwej staruszki  - i tak nikt nie zauważy.


Oczywiście co do Harry'ego Pottera zmiany będą musiały iść nieco dalej. Sam Wiesz Kto powinien być kobietą - najchętniej wysoką i smukłą blondynką ze szwedzkim akcentem. Przyznam, że podniosłoby to znacznie walory estetyczne tej postaci.



Najgorzej będzie z moimi ulubionymi adaptacjami Tolkiena. Ostatecznie niegdyś wierzono, że wojna, nawet ta z Sauronem, jest rzeczą typowo męską a kobiety powinny wspomagać bohaterów swoją magią lub dobrą radą. I tak film idzie tu na pewne ustępstwa, czyniąc np z Arweny wojownika. No, ale można nadrobić w innym miejscu. Może liczba postaci wątpliwie męskich będzie mogła zastąpić czysto kobiece. Na przykład Legolas - wyraźnie da się zauważyć, że coś z nim jest nie bardzo męsko. I co to za facet, co biega po lesie w zielonych rajtuzach i lubi grać z kolegami w "Dwie Wieże".

 
Jeśli jednak to nie przejdzie, zawsze zostają nam kobiety krasnoludów. Parafrazując Pratchetta - kiedy niczego już nie ma, zawsze zostają krasnoludy. Jak wiadomo, nikt nigdy nie widział kobiet krasnoludów. Bo są one tak bardzo brzyd... znaczy, podobne do męskich krasnoludów. Tak bardzo że jedynie one same wiedzą, że są kobietami. No i po sprawie. wystarczy wybrać które z nich są kobietami. Z zachowaniem parytetu, żeby nie przegiąć w drugą stronę!


Swoją drogą miło jest czytać książki napisane w czasach, kiedy nie było równości, parytetów, filozofii gender i równości wszystkich wobec wszystkich. Coraz bardziej wydaje mi się, że wtedy facet mógł czuć się facetem a kobieta kobietą. I nikomu to nie przeszkadzało.

czwartek, 7 listopada 2013

Kierowcy z Bździszewa

W moim ukochanym Bździszewie kultura jazdy poprawia się z każdym rokiem. Nadal jednak dominuje przekonanie, że znaki drogowe i ogólnie, te tam, przepisy ruchu drogowego są dla frajerów. No bo nastawiają takich dziwnych znaczków kolorowych na metalowych tyczkach i weź się człowieku w tym połap.
Po ostatniej reorganizacji uliczek w okolicy, będzie już z miesiąc albo i dwa temu, kierowcy nadal nie zauważają żadnej zmiany, wobec czego permanentnie jeżdżą jednokierunkowymi pod prąd, usiłują wjechać w zamknięte uliczki trąbiąc i wrzeszcząc na jadących prawidłowo.
Ostatni musiałem tłumaczyć pewnemu krewkiemu koledze kierowcy, że mam prawo wyjechać z jednokierunkowej  skręcając w lewo, z lewego pasa a dla odmiany on, nie ma prawa machać łapami, próbując wjechać w nią pod prąd. Większość z przyłapanych spuszcza oczka niczym panna pensjonarka i coś tam bąka pod nosem w rodzaju "to ja k... przepraszam".
A ten filmik poniżej nagrałem telefonem i przedstawia sytuację normalną - zwykle jakiś cwaniaczek stoi do bólu skręcając w lewo, a tym czasem nakaz mówi wyraźnie że może tylko w prawo, cała reszta blokuje wyjazdy z parkingu oraz okoliczne wąskie dość uliczki i trąbi oraz klnie. Ale naszemu bohaterowi to nie przeszkadza. On jest fajniejszy i cwańszy od innych i ma znaki oraz frajerów za sobą w głębokim poważaniu.
Szkoda, że nie wyciągnąłem kamerki wcześniej - nagrałbym jak pan taksówkarz z korporacji "ALE TAXI" pokazuje, że przepisy są.... ALE... nie dla niego. Znudzony oczekiwaniem na skręt w lewo skręcił, nie fatygując się zmienić kierunkowskazu, w prawo i zaraz za skrętem, na podwójnej ciągłej, zmienił kierunek jazdy z prawego pasa na prawy w odwrotnym kierunku. Pełen respekt dla umiejętności skutecznej jazdy!


środa, 2 października 2013

Kevin S.(am w sieci) - fan-post.

Nie uwierzycie, ale jestem fanem tego gościa. Po prostu lubię go. Zawsze gra postacie niebanalne, przybyszy z kosmosu, psychopatycznych morderców lub twardych inteligentnych i bezwzględnych facetów. No i co by nie powiedzieć - przystojna bestia. :) To jedziemy ... chronologicznie. 









niedziela, 3 lutego 2013

Django - spaghetti a'la Tarantino

Cokolwiek można by powiedzieć o Quentinie Tarantino, to nie da się być obojętnym wobec tego co robi. Jedni uważają go za geniusza bawiącego się gatunkami kina i żonglującego konwencją z wprawą iście cyrkową, inni za doskonałego obserwatora potrafiącego zauważać rzeczy równie poruszające co genialnie zabawne, w kwestiach kompletnie poważnych i makabrycznych a jeszcze inni za kompletnego świra, sadystę i pseudoartystę wyzyskującego odwieczne pragnienie widzów  - pragnienie krwi i przemocy. Można więc go lubić lub nie. Ja lubię. Za przewrotność i nieprzewidywalność i odrobinę świetnie podanej makabry w plastikowym hollywoodzkim opakowaniu.



Właśnie oglądałem "Django". I mimo, że western skończył się dla mnie mniej więcej na "Tańczącym z wilkami", z przyjemnością, do samego końca, obejrzałem świat dzikiego zachodu made by Quentin. Świat, gdzie postacie są wyraziście niejednoznaczne, proste sprawy skomplikowane, skomplikowane proste jak drut a sposób patrzenia na rzeczywistość Ameryki sprzed wojny secesyjnej, zabójczo ironiczny. Tu, nawet kiedy zabijasz, błyskasz poczuciem humoru jak lufą swojego "peacemakera". Jedynym brakującym elementem jest rechot nieboszczyka, leżącego w kałuży krwi i odpowiadającego ciętymi ripostami na żarty swojego zabójcy. Scenografia, muzyka a nawet napisy początkowe są żywcem wycięte z popularnych niegdyś "spaghetti" westernów i dają wrażenie niskobudżetowego filmu klasy C. Tarantino puszcza do widza oko, bawiąc się konwencją do tego stopnia, że w jednej ze scen pojawia się Franco Nero (odtwórca roli Django we włoskiem westernie z 1966 roku) i  wie, że D w Django jest nieme. Główni bohaterowie dopełniają konwencji: Dr Schulz - eks-dentysta z Niemiec, przywodzący nieodparcie na myśl postacie ulubionego pisarza Adolfa Hitlera - Karola Maya -  i czarnoskóry, cwańszy i bardziej twardy od białych południowców Django. Pierwszy bawi nas swoim iście niemieckim pragmatyzmem oraz elokwencją, drugi świetnie pasowałby na bohatera klasycznego westernu, odjeżdżającego w stronę zachodzącego słońca. Jednak jak zobaczycie sami, lub nie zobaczycie, nie do końca dają się zaszufladkować. A, że cała opowieść, tak jak w większości filmów Tarantino, przypomina quest z fabularnej gry komputerowej, w którym graczy poddaje się próbie sił, są tu i hektolitry przelanej krwi  i inne atrakcje czyniące film bardzo "oglądalnym". Zresztą scenariusz nie ucieka tu od porównania wprost tego co robią postacie, do bohaterskiej wyprawy Zygfryda po Brunhildę a śmierć wygląda tak bardzo nieprawdziwie jak w Quak'u czy Doom'ie.  Oczywiście Amerykanie będą oburzeni potraktowaniem ich narodowej hańby, jaką jest niewolnictwo, jako tła całego pastiszu  - słowo "czarnuch" jest tu odmieniane przez wszystkie przypadki z dodawaniem wszelkich możliwych epitetów. Poprawność rasowa jest w Stanach pewnym tabu, a jak się okazuje najmniej tolerancyjni są właśnie Afroamerykanie. Jak ktoś nie wierzy, to niech spróbuje się wybrać do knajpy na Bronx'ie, zwyczajowo zarezerwowanej dla czarnych.
Ale członkom Ku-Klux-Klanu też się obrywa po uszach i ostatecznie ginie cała masa białych południowych "ćwoków", wyzyskiwaczy i sadystów oraz przynajmniej jeden "czarnuch", który zdradził swoją rasę. Powinno więc być po równo. I białasy i czarnuchy obrywają tak samo. Dla nas jednak, pozbawionych kompletnie rasowych uprzedzeń Polaków, film jest świetną zabawą i mogę go polecić z czystym sumieniem - pomimo, że jest dość długi (2h 45m) i wymaga dużych ilości popcornu. 

piątek, 11 stycznia 2013

Motyl i skafander. Obejrzane wczoraj.

Czasami ogląda się telewizję przypadkiem. Zupełnie bez zamiaru oglądania czegokolwiek wlepia się oczy w ekran i pozwala nawet podświadomie karmić papką informacyjną. Tym razem było inaczej. Zupełnie przypadkowo przełączyłem telewizor i akurat zaczął się film "Motyl i skafander" - dość już leciwa produkcja z roku 2007. Przyznaję, że pominąłem ten film, kiedy był na topie i dopiero teraz miałem okazję zobaczyć go po raz pierwszy. Fabuła oparta na książce, której autor Jean-Dominique Bauby, opisuje swoje własne doświadczenia. Książki nie czytałem, ale spróbuję, a sporo już powiedziano na temat tego filmu, sporo dobrego nawet. Nie będę więc powtarzał tego wszystkiego.
Może dlatego, że bohater był moim równolatkiem a może dlatego, że film i fabuła różnią się od większości produkcji, które miałem nieszczęście ostatnio oglądać film wywarł na mnie ogromne wrażenie.
 Bohater na skutek wylewu zostaje całkowicie sparaliżowany, całym kontaktem ze światem i całym jego światem staje się jedyne pozostałe mu sprawne oko. Film jest więc w większości opowieścią z tej właśnie dziwnej i groteskowej prawie perspektywy pola widzenia jednego oka. Mimo to, dzięki ludziom i chęci życia czy też miłości do życia, jaką miał przed udarem, udaje się mu komunikować ze światem, nawet opisać za ich pośrednictwem myśli i wspomnienia, które są wszystkim co mu pozostało w książce. Sceny widziane unieruchomionym w jednej pozycji okiem, są mistrzowsko przeplatane okruchami wspomnień, marzeniami, fantazjami. Sceny wzruszają, poruszają, skazują widza na myślenie, na wchodzenie w ten świat zamkniętego w bezużytecznej skorupie ciała umysłu. Jednak bez tandetnej ckliwości telenoweli. Umysł jest całym światem i bronią, bronią przed śmiercią i zapomnieniem. Pozwala spełniać marzenia, podróżować, kochać. I w tym wszystkim jest pewna apoteoza człowieczeństwa, zwrócenie uwagi na rzeczy, na które nigdy nie mamy czasu a które są ważne i bez których jesteśmy tylko fizycznie działającymi mechanizmami, bez życia  w środku. Tak więc autor i bohater zarazem odkrywa pełnię swojego istnienia dopiero wtedy, kiedy staje się uwięziony w swoim własnym ciele. Może to i przerażające, ale czy, tak z ręką na sercu, możemy powiedzieć, że nie jesteśmy do niego podobni?
Z czystym sercem mogę więc polecić wejście na chwilę w ten niezwykły świat. Pełen humoru i realnych uczuć. Prawdziwy do bólu.




sobota, 29 grudnia 2012

The Hobbit: A very long expected journey!

Kompletnie na świeżo. Właśnie skończyłem oglądać pierwszą część Hobbita. Książka była króciutka w porównaniu do trylogii Władcy Pierścieni, ale przyznaję, że czytało się ją jak dobrą bajkę. Jak to u Tolkiena. Dar opowiadania, dar tworzenia światów na tyle realnych, że potrafią porwać czytelnika w podróż po ich królestwach. Sam zacząłem przygodę z Tolkienem od Silmarillionu - akurat nie było w bibliotece Hobbita, więc wziąłem jak leci. I było ciężko - dla smarkacza w podstawówce przebrnąć przez wszystkie legendy, podania, baśnie, genealogie i gramatykę języków Elfów, Numenorejczyków czy Krasnoludów, to spore wyzwanie. Potem już łykałem wszystko, zaczytując książki tego autora prawie do zniszczenia. Dlatego z przyjemnością oglądałem Władcę Pierścieni i trochę kręciłem nosem na wstawki reżysera do oryginalnej fabuły. Ale krajobrazy były przepiękne a fabuła nie pozwalała się nudzić. Nic więc dziwnego że na Hobbita czekałem z niecierpliwością i dzień po premierze podreptałem do kina, nawet w 3D - bo jakże nie skusić się obietnicą efektów wywołujących z mojej wyobraźni wszystko to co pamiętałem z książek. Trochę tylko niepokoiłem się, jak reżyserowi uda się rozciągnąć krótką w sumie opowieść, do rozmiarów trylogii. Oczywiście kwestia kasy - co wpływy z kilku części, to nie z jednej! Ale chyba się udało. I to z powodzeniem. Krasnoludy są takie jakie być powinny, nieco nieokrzesane, dumne i waleczne. Thorin wydaje się księciem bez mrugnięcia okiem, a wszelkie doróbki jakie Peter Jackson i jego zespół wstawili do fabuły czynią ją tym razem bardziej "filmową" i chyba bardziej "dzisiejszą". W każdym razie nudzić się nie można, bajeczne plenery Nowej Zelandii, znów zabierają widzów do Śródziemia i stwarzają cudownie bajkowe tło całej akcji. Orkowie są obrzydliwi, trole głupie, elfy piękne a krasnoludy z uporem właściwym swemu plemieniu wędrują do Samotnej Góry. Słuchając starej pieśni Krasnoludów, śpiewanej przez kompanię w salonie Bilba w Bag End, samemu chce się ruszyć na wyprawę po dawno utracone skarby, leżące gdzieś w lochach Ereboru.

Far over the misty mountains cold
To dungeons deep and caverns old
We must away ere break of day
To seek the pale enchanted gold....

Zresztą muzyka jest znowu cudownym dodatkiem do całości. Tak więc znowu będę niecierpliwie czekał na dokończenie znanej opowieści w nowej wersji. Podobno aż do grudnia przyszłego roku. A niech tam! Baruk Khazâd! Khazâd ai-mênu!




poniedziałek, 10 grudnia 2012

Misja Afganistan czyli jak to na wojence ładnie.

Z zapałem oglądam serial "Misja Afganistan". Od pierwszego odcinka. I niezmiennie bawi mnie do łez. Nie to żebym był żołnierzem, czy nawet znał realia naszej misji wojskowej w Afganistanie. Jeśli chodzi o to jestem kompletnym laikiem, ale mimo to ubaw mam setny.A skoro mnie to bawi, to wyobrażam sobie jaki ubaw mają żołnierze, oglądający serial, który jak obiecywano przed premierą, ma pokazywać realia ich pracy i codzienności w wykonywaniu tak trudnych, niebezpiecznych i niewdzięcznych zadań.
Pomijam nieścisłości związane z takimi sprawami jak procedury  - oficer łamie bezpośredni rozkaz  i nawet opr. od swojego przełożonego nie zbiera, na koniec rozmowy radiowej operator rzuca "odbiór" a następnie.... odkłada słuchawkę radiotelefonu, przerywając połączenie :) -  uzbrojenie  - śliczne, lśniące karabinki, Rosomaki jeżdżące po pustyni w kamuflażu używanym w naszych warunkach klimatycznych i z wyposażeniem umożliwiającym pokonywanie przeszkód wodnych, które jak wiadomo są powszechne na pustyni i w górach Afganistanu -  mundurki  - piękne i świeżo wyprasowane, jakby wyszły dopiero z magazynu a nie miały za sobą kilkunastu patroli we wszechobecnym w tamtych stronach kurzu i pyle, bohaterowie przecież się nie pocą !) czy krajobraz.( GDZIE SĄ TE CHOLERNE AFGAŃSKIE GÓRY!!). No ale rozumiem.. w Afganistanie nie dało się tego kręcić, bo niebezpiecznie, a szkoda by było Pawła Małaszyńskiego, nie wspominając o Ilonie Ostrowskiej, która w mundurze wygląda jak fantazja licealisty. Widać twórcy serialu nie słyszeli o możliwościach jakie daje współczesna technika komputerowa. Skoro bowiem da się wyczarować na planie filmu krajobrazy obcych planet i to w 3D, to wstawienie gór w tle kadru, nie powinno chyba stanowić problemu.


Najzabawniejsze, są jednak chwile, które stawiają pod znakiem zapytania zarówno zdrowy rozsądek reżysera jak i scenarzystów.  Jak się okazuje z fajnego pomysłu na serial wojenny i sensacyjny, można zrobić naprawdę niezłą komedię. Przytoczę tylko parę pomysłów autorów scenariusza:
1. W ostatnim odcinku pt. "Most", nasi "chłopcy" mają bronić mostu przed wysadzeniem go przez Talibów - oczywiście wyobraziłem sobie, że ten most jest zbudowany nad jakaś skalną rozpadliną, czy może ostatecznie rzeką (to po to, Rosomakom te rzeczy do pływania?!). Ale nic z tych rzeczy! Scenografia idzie jeszcze dalej w stronę absurdu. Most, stalowa konstrukcja długości około 10 - 15 metrów, przerzucona jest nad głębokim na 1,5 metra  rowem o szerokości poloneza trucka  - no do licha, toż widziałem już na naszych drogach przeszkody gorsze do pokonania. Toteż wszyscy tubylcy i tak jeżdżą obok rzeczonej konstrukcji czemu dziwić się nie sposób. Ale to i tak dopiero przygrywka. Najbardziej zadziwiającą sprawą jest to, że Talibowie koniecznie chcą ów obiekt, o niezaprzeczalnie ogromnym znaczeniu strategicznym, zniszczyć. Są jednak, według scenariusza idiotami i kompletnymi kretynami. Zabierają się bowiem do tego w nocy, jadąc z umiarkowaną prędkością w kierunku owego "mostu", samochodem terenowym, pełnym zapewne materiałów wybuchowych i dla ułatwienia oświetlonym jak choinka w Boże Narodzenie, w celu łatwiejszego zlikwidowania, tak ślicznie widocznego w ciemnościach, celu. No widać autor tego pomysłu nigdy nie czytał ani nie oglądał takich hitów jak "Komandosi z Nawarony" czy "Rambo" (obojętnie I, II, III czy IV).  Z pewnością łatwiej doskonale wyszkolonym w walce partyzanckiej mudżahedinom, byłoby przekroczyć ów rów, w dowolnym miejscu i od tyłu, po ciemku i po cichu wyrżnąć niczego nie podejrzewających żołnierzy, gotujących właśnie bigos i szykujących się do Wigilii. Oczywiście, gwoli wyjaśnienia warta jest tylko na moście.
2. W tym samym odcinku dwóch poruczników, zaraz po strzelaninie, pod wpływem adrenaliny, kocha się namiętnie w Rosomaku. Nie, nie, spokojnie - bez homoseksualnych podtekstów! Jeden z poruczników to kobieta! A ja kretyn, sobie zawsze wyobrażałem, że jak przed chwilą skończyli do nas strzelać, to dowódca powinien pozostać na posterunku do białego rana - bo mogą wrócić i znowu zacząć, a jakoś tak mało przykładnie wygląda oficer biegający bez spodni po polu walki. Ale widać moja nieznajomość realiów pola walki jest większa niż myślałem.
3. W jednym z poprzednich odcinków podczas ataku terrorysty na wiceministra obrony narodowej BORowiki z ochrony na okrzyk "Bomba!" reagują kompletnym zamieszaniem i strzelaniem do wszystkiego, co się rusza, łącznie z głównym bohaterem, byle nie do terrorysty, który jest widoczny jak na dłoni. Mam nadzieję, że wyszkolenie BOR jednak jest nieco lepsze od filmowego. W innym wypadku terroryści oglądający ten serial, zaczną odstrzeliwać nam po kolei naszych notabli, jak kaczki na strzelnicy.
4. Kolejna zastanawiająca scena:  Kiedy pocisk RPG trafia jeden z wozów, nasi bohaterowie wyskakują z pojazdów i rozpoczynają wymianę ognia z terrorystami, wybiegając w ich stronę przed wozy pancerne i wystawiając się na ostrzał. Rozsądek nakazywałby co prawda prowadzić ogień chroniąc się przed kulami z kałachów za pancerzem wozów lub wykorzystując naturalne osłony terenu (na pustyni fakt, trudno o takowe). ale nasi są twardzi i byle kuli się nie kłaniają. Stoją pewnie, na lekko rozstawionych nogach i prują  z czego się da, do ukrytych za wydmą Afgańców. Ku zaskoczeniu terrorystów opróżniających z zapałem magazynki w kałachach, tylko jeden z naszych został lekko ranny. Ale jak wiadomo "brudasy" maja kiepskiego cela. Podobnie jak "żółtki" za czasów II wojny światowej. Za to w innym odcinku w trakcie pościgu za terrorystą mającym za tarczę zakładniczkę "nasi" likwidują szybko i bezbłędnie trzech Talibów trzema pojedynczymi strzałami, jak przystało na komandosów amerykańskich Navy Seals lub nasz Grom, pomimo prześcieradeł porozwieszanych dla efektu w całym pomieszczeniu.
Podobnych przykładów można mnożyć bez liku.
Zamiast więc obrazu realnego, lub chociaż zbliżonego do realnego świata, nasza "Misja Afganistan", jest miłym dla oka, cukrowatym obrazkiem, który bawi, nie ucząc.Ale za to przynajmniej jest ładną reklamówką naszej armii - ze szczególnym naciskiem na bardzo przyjemne i twórcze wykorzystanie wnętrza Rosomaków. W pewnym momencie żałowałem nawet, że nie poszedłem do szkoły oficerskiej, jak to planowała dla mnie Komenda Uzupełnień. Ale może i dobrze. Po cholerę taki malkontent w armii.


środa, 14 marca 2012

Män som hatar kvinnor - wersja druga

Proszę nie brać tytułu dosłownie. Nie znam ani trochę szwedzkiego. I nie chcę pisać tu o moich antyfeministycznych przekonaniach. Zresztą, nie darzę kobiet nienawiścią - może poza paroma. Chodzi mi o film. "Dziewczyna z tatuażem" Davida Finchera. Nawet z tego co pamiętam grająca tytułową dziewczynę Rooney Mara, była nominowana w tym roku do Oskara.
Rzadko oglądam filmy na bieżąco. Z reguły po premierze czekam na pierwsze recenzje na forach lub opinię mojego znajomego, który pochłania wszystko jak leci ze wskazaniem na ambitniejsze pozycje, których ja nie oglądam, bo dla mnie żeby film był ciekawy i dobry w pierwszych sekundach musi zginąć jakieś 5  - 10 osób. Tym razem znalazłem czas na thriller na podstawie powieści Stiega Larssona z czystej ciekawości  - no i przyznaję wiedziony wieczornym marazmem umysłowym. Fabuła, jak przystało na powieści Larssona ewidentnie zmusza do śledzenia jej od początku do końca, momentami zaskakuje i przeraża trafnościami spostrzeżeń co do ludzkiej natury a raczej jej wynaturzeń. Scenarzysta nie miał tu wiele do roboty, a więc film stara się po prostu być wiernym odzwierciedleniem książki. Aktorzy natomiast stają na wysokości zadania i wychodzi z tego opowieść mroczna i ciekawa, trzymająca w napięciu i momentami przewrotna. I tak właśnie powinno być. Nie żałuję, że dałem się wciągnąć w ten mroczny świat, z całym klimatem skandynawskich krajobrazów, nieco ponurą pogodą i tajemnicami ukrytymi w zaciszu z pozoru poukładanych i spokojnych miasteczek. Ciekawy efekt dało to, że oczywiście aktorzy mówią po angielsku natomiast wszelkie reklamy, gazety, napisy, cokolwiek co się pojawia do czytania w tle są po szwedzku. Wszystko byłoby super i ach i och, gdyby nie moja cholerna pamięć. Wszystko to wydawało mi się jakimś deja-vu.
Otóż, przyznaję, że mam ostatnimi laty słabość do sensacyjnego kina skandynawskiego, że wspomnę tylko kryminalną serię o norweskim prywatnym detektywie o nazwiskiem Varg Veum (przetłumaczono tą serię jako "Instynkt wilka"), którego przygody wciągnęły mnie kompletnie swoim realizmem sytuacyjnym, czy film o fińskim gliniarzu  - Harjunpaa (nie mam pojęcia jak się to wymawia, z Fińskim gorzej u mnie niż ze Szwedzkim). Czytałem też trochę powieści Stiega Larssona i kilku innych autorów. Mniejsza z tym.
Fascynuje mnie w tych kryminałach to, że są mroczne i prawdziwe. Tutaj w trakcie strzelaniny kończy się amunicja, bohater może dostać ostro po mordzie, czasem nawet ginie w męczarniach, a zagadki są bardzo realistyczne. Cenię nieprzewidywalność fabuły i to, że czasami do końca zastanawiam się nad rozwikłaniem zagadki pomimo, że wszystkie poszlaki mam jak na dłoni. I to właśnie sprawiło, że kilka lat temu oglądałem film Nielsa Opleva, który był również wierną adaptacją powieści Larssona "Män som hatar kvinnor". Film w którym nie występował Daniel Craig (chociaż przyznaję przystojny facet i moim zdaniem znacznie lepiej wypadł niż w Bondach), na który pewnie poszło połowę tego budżetu, a mimo to bardzo dobry i ośmielam się powiedzieć, że dorównujący jeśli nie przewyższający swoją kalkę amerykańską (chociaż w wersji amerykańskiej Rooney Mara gra obłędnie i do licha powinna dostać Oskara!)


Skłoniło mnie to do rozmyślań nad filmami i amerykańskim stylem prowadzenia biznesu filmowego. Oglądam sobie film zrobiony w Hollywood z pełnym firmamentem gwiazd i tak dalej, a potem znajduję gdzieś to samo tylko znacznie wcześniej i ciekawiej zrobione przez Norwegów, Duńczyków, Francuzów, Japończyków, Koreańczyków czy Papuasów. Super sprawa. Wystarczy tylko kilka nazwisk znanych wszem i wobec, żeby zarobić na czymś co już ktoś kiedyś zrobił zmieniając jedynie opakowanie. A potem Akademia Filmowa w U.S.of A. zachwyca się oryginalnością dzieła. Widać taki ichni patriotyzm lokalny, że wolą produkty rodzime nawet jeśli takimi do końca nie są. 
Mimo to polecam -oba filmy. Cudowne uzupełnienie zimowego wieczoru ze szklanką whisky.