wtorek, 18 kwietnia 2017

Warsztaty z kulturoznawstwa.

Przypadek zasłyszany w trakcie spotkania międzynarodowego:

- Ten projekt jest źle zrobiony! To trzeba zmienić! Bo dlaczego niby pole FIRST name, zawiera tylko pierwsze imię a LAST NAME tylko jedno nazwisko!

- Hmmm? No......... przecież to w sumie tak już jest. Słownik języka angielskiego mówi wyraźnie, PIERWSZE IMIĘ i OSTATNIE NAZWISKO! No przecież to norma taka. Międzynarodowa!

- Ale nie w Hiszpanii! Tu każdy ma przynajmniej dwa!

Na takie dictum w istocie nie ma już żadnej sensownej odpowiedzi.
I tak lepiej wypowiedzieć Pablo Diego Jose Francisco de Pula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano la Santisima Trinidad Martyr Patricio Clito Ruiz y Picasso niż Grzegorz Brzęczyszczykiewicz




30 minut nieobecności czyli psie psoty.

Pies to najlepszy przyjaciel człowieka, kocha cię bezwarunkowo, bez żadnych powodów, ot dlatego że jesteś. Nie mniej ważne jest też to, że chodzisz z nim na spacery, karmisz regularnie (im częściej i obficiej tym lepiej),  tarzasz się po dywanie, próbując uniknąć polizania po nosie i wyrywając mu z pyska różne rzeczy (nierzadko będące twoją własnością) no i oczywiście drapiesz, głaszczesz i czule przemawiasz do psa, tekstami: "Głupi BYDLAKU, zeżarłeś moją kanapkę!" albo "TO BYŁ MÓJ NAJLEPSZY KRAWAT!!!" Ogólnie jednak kocham mojego psa a ten odwzajemnia moje uczucia, wykonując jakiś obłędny taniec, kiedy wchodzę do domu, przychodząc w nocy do sypialni tylko po to żeby polizać mnie, po tym co akurat wystaje spod kołdry lub gryząc pod moją nieobecność zostawione gdzieś na podłodze słuchawki (o to akurat nie mam pretensji - powinny leżeć w szufladzie). Dziś jednak przyznaję że wzruszył mnie do głębi.
Przyszedłem właśnie po zwyczajowych 8 godzinach nieobecności, więc po powitaniu swojego człowieka w stylu lambada, Pies wygodnie rozpostarł się na podłodze przy kanapie czekając na zwyczajową dawkę drapania i głaskania. Niestety zadzwonił telefon i człowiek, należący przecież do psa musiał znowu wyjść, bez spełnienia swoich popołudniowych obowiązków. Z reguły Bydlątko zostając sam w domu i kładzie się na łóżku grzecznie chrapiąc, aż butelki dzwonią w barku. Wróciłem po najdalej 30 minutach. Pies stał sobie grzecznie w przedpokoju i jakby nigdy nic merdał ogonem i całą resztą siebie, podejrzanie unikając jednak mojego wzroku.
- No chodź Bydełko moje, chodź... powiedziałem potykając się o własnego buta, leżącego na samym środku przedpokoju.
- A to co ma być do licha?!  - warknąłem  zirytowany, bo akurat ratując się przed upadkiem, stanąłem odciskiem na klapek wyciągnięty najwyraźniej z szafki na buty.
"Bydełko" zdążyło zrejterować na sofę i ułożyć się wygodnie na kocykach i podusiach. Patrzyło też na mnie wzrokiem pełnym przekonania o swojej kompletnej niewinności. A wokół niego na tejże sofie leżały WSZYSTKIE BUTY jakie tylko udało mu się zebrać i wyciągnąć z zakamarków przedpokoju w ciągu 30 minut.
- ZŁY PIES! OKROPNY POTWÓR! CO TO MA BYĆ! NIE WOLNO WYCIĄGAĆ BUTÓW!!!
Oczywiście zdawał się ich nie zauważać, patrząc na mnie wzrokiem pełnym wyrzutów.
- No i co się czepiasz? Przecież ja ich nie wyciągałem! Same przyszły! Serio!
Nie uwierzyłem i kontynuowałem moją tyradę, więc łaskawie zwlekł się z sofy, westchnął z rezygnacją i majestatycznie podreptał na swoje miejsce, Skubany, dobrze wiedział, że i tak go tam odeślę. Mój Pies ma jednak to do siebie, że szybko wybacza. Po dwóch godzinach
"focha", przylazł, usiadł na dywanie obok mnie i polizał mnie po kolanach.
- To co, człowiek? Już ci przeszło?
Nie przeszło mi, ale nie wytrzymałem spojrzenia tych brązowych ślepi i głupkowato uśmiechniętej mordy. Podrapałem go pojednawczo pod brodą.



sobota, 18 lutego 2017

Rozmowa rekrutacyjna

Tak czasem zdarza mi się chodzić na rozmowy rekrutacyjne. Szukam pracy, chociaż to nie takie proste.
Rozmowy bywają różne. Czasami dość stresujące - dla mnie szczególnie zabawne są pytania - co będziesz robił za 15 lat. Cholera, przecież nawet nie wiem czy jeszcze tyle pożyję. Ale z reguły są bardzo poukładane i przewidywalne.
Czasem jednak nie do końca wszystko idzie zgodnie z harmonogramem.
Po grupowej części staliśmy, to znaczy kandydaci, przy ekspresie do kawy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, kiedy otworzyły się drzwi windy i wszedł Chłopak. Będę tak go nazywał, bo nie poznałem jego imienia. Był ubrany całkiem normalnie, w czarną kurtkę na kożuchu, buty na grubej podeszwie i czarne jeansy. I był trochę nieobecny, jakby trafił do zupełnie nieznanego wymiaru.
- Czy to już ostatnie piętro?
- Tak, ostatnie.
- I nie ma nic wyżej?
- Nie, nie ma,
- Acha....
- A czego pan szuka?
- Śmierci...
- Hmm,, tej nie trzeba wcale szukać, To ona sama nas znajduje. Czasem wcześniej a czasem później.
- No, tak... racja. To ja mogę tam wejść? - wskazał na drzwi sali gdzie odbywały się rozmowy rekrutacyjne. - Ja tylko zapytam o coś.
I wszedł, po chwili rekruterka wybiegła z sali i poprosiła żebyśmy weszli na chwilę.
Chłopak siedział przed stolikiem i rozmawiał z drugim rekruterem. Nie wiem o czym, ale było dziwnie.
Podszedłem do niego :
- Chodź,... odprowadzę cię na dół.
- Dobrze.
Wstał i potulnie poszedł ze mną do windy.
- Każdy szuka sukcesu, I dobrej roboty. - powiedział z namysłem.
- Tak. To prawda.
- A sukces to kasa i dziewczyna, którą kochasz.
- Dziewczyna, którą kochasz, która jest przy tobie to szczęście nie sukces. Chociaż i na to trzeba zapracować.
- Może i tak..
- To chodzi o dziewczynę?
- Tak,
- Dasz radę?
- Dam... ... nie...... nie wiem... Potrzebuję chyba kogoś, kto się mną zajmie.
Chłopak odjeżdżał coraz bardziej od rzeczywistości.
W końcu obsługa hotelu wezwała patrol policji. A Chłopak siedział potulnie na krześle w holu pomiędzy policjantami i mówił, że chce jechać do Bydgoszczy.
Poczułem, że to wszystko jest kompletnie nierzeczywiste, do bólu nierealne i irracjonalne.
Podobno nie ma przypadków. 

piątek, 16 grudnia 2016

Rock me Amadeus u Osterwy

Z ubolewaniem stwierdzam, że ostatnio nie mam czasu ani wolnych środków na wizyty w teatrze. A tu taki prezent mikołajkowy  - bilety na Amadeusza w Teatrze Osterwy - bardzo miły prezent - dobre miejsca i ogólnie Mozarta też uwielbiam. Przyznam się że Requiem noszę nawet w telefonie, żeby móc sobie posłuchać chociażby na słuchawkach jak tylko najdzie mnie ochota. Amadeusza Milosa Formana oglądałem nawet kilka razy.
Spodziewałem się zaskoczenia, czegoś niepokojąco burzącego moje wyobrażenie o Mozarcie, wręcz opery rockowej, albo hip-hopowego wydania "Wesela Figara". Ostatnio zespół Osterwy rozpuścił mnie trochę przedstawieniami Mistrza i Małgorzaty czy Pana Tadeusza (ach ten rapujący Robak!)
Tymczasem było dobrze, chwilami bardzo dobrze, Amadeusz jak się patrzy, trochę szalony, zagubiony w świecie polityki i dworskich intryg.  Swoją drogą nie przypomina Wam to trochę dzisiejszych korporacji?  Każdy nieco inny, który nie nosi tego samego uniformu i nie śpiewa na tą samą nutę... hmm.. no dobra.. taka dygresja. Salieri, demoniczny i knujący (zresztą według mnie bardzo dobrze zagrany) i tak dalej. Prawie jak u Formana. Oczywiście 3 godzinny film pokaże więcej i to rozumiem.
W sumie więc sztuka, na którą warto się przejść, zobaczyć. Nie dłużąca się niepotrzebnie, miła dla oka. Ale pozostawiła we mnie jakiś brak. Nawet u Formana gdzieś w tle cały czas słychać było muzykę, momentami wypełniającą cały obraz a momentami będącą tłem dla niego. Tu również słychać było muzykę - to nie tak, że jej nie było - ostatecznie sztuka jest o kompozytorze. Ale było jej mało. W większości w tle, ukryta gdzieś za kotarą z tyłu. A momentami  powinna brać górę nad sceną i widownią powinna przenikać widzów, docierać do ich uszu, duszy i wywoływać gęsią skórkę.
Może to właśnie jest nasz problem. Chcemy być poprawni. No bo kto w końcu słucha teraz Mozarta, Ogląda - tak, jak najbardziej. Ale słucha? A to właśnie ta muzyka wypełniała jego głowę, życie, czyniła go takiego jakim był. Słyszał ją cały czas. Nie ma Mozarta bez jego muzyki - bez niej jest jedynie nieporadnym dzieckiem w świecie dorosłych, naiwnym i trochę żałosnym. To jego muzyka czyni go Nieśmiertelnym, Niezwykłym i wyrasta w niej nad całą swoją epokę. I tego chyba trochę mi zabrakło.



niedziela, 5 czerwca 2016

Noc Kultury 2016

Czasem awaria to dobra rzecz. Można na chwilę oderwać się od wyścigu szczurów i przejść po mieście trochę inaczej. Szczególnie w taką noc jak Noc Kultury. Na Kowalskiej było magicznie - powrót do lat 30-tych XX wieku. Z szyldami sklepów, słupami ogłoszeniowymi z Eugeniuszem Bodo oraz piosenkami w stylu retro. Królewska na której wyrosła trawa i kino pod chmurką na Lubartowskiej też były świetnym pomysłem, za to Zamojska, pogrążona, szara, zwyczajna i tylko grupki idące na Most Kultury i wracające na Starówkę świadczyły o tym, że miasto nie śpi, w bramach pogrążonych ciemności unosił się znajomy fetor a tubylcy jak co wieczór siedzieli na schodkach sklepów, zajęci piciem tanich alkoholi i obserwacją frajerów łażących tam i siam bez wyraźnego celu. A rewitalizacja ulicy? Okno na Zamojską polegało na wylepieniu zdjęciami okna niegdyś znanego a dawno upadłego zakładu wulkanizacyjnego, natomiast płot ogradzający budowę apartamentowca ozdobiono plakatami z opisami historii ulicy. No, wiem, nie można mieć wszystkiego.  






















poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Pan Tadeusz czyli rock opera na Litwie.

Idąc do teatru, kina czy gdziekolwiek staram się nie czytać recenzji, opisów ani skrótów. Po prostu chcę mieć całą przyjemność dla siebie. Siadam w fotelu (mniej lub bardziej wygodnym) i daję się zabrać w tą niezwykłą podróż fantazji i magii sztuki.
Tym razem udało mi się dostać bilety na "Pana Tadeusza" do Teatru Osterwy. No, wiadomo -  Wieszcz Narodowy, część, mojego przynajmniej pokolenia, zna nawet jeszcze fragmenty na pamięć a prawie każdy kojarzy tekst inwokacji. Dzieło pomnikowe na tyle, że nawet film, nakręcony przez Andrzeja Wajdę, jakoś nie dał rady go "odbrązowić", chociaż muzyka w istocie się przyjęła - polonez Wojciecha Kilara z powodzeniem zastąpił na studniówkach poloneza Ogińskiego. 
Tak więc, z lekkim niepokojem czekałem na rozwój sytuacji widząc szare dekoracje i siedzącego na ławeczce Ministranta. Ku mojemu zdziwieniu zaczęto od końca, jakby po drodze, w trakcie pielgrzymki Wielkiej Emigracji, opowiadając historię ostatniego zajazdu. Opowiadając z perspektywy pamiętających splendor i chwałę polskości, szlacheckich obyczajów i miejsc do których, każdy uchodźca tęsknie wzdycha po nocach. I mamy tu wszystko co ważne - mickiewiczowskie opisy przyrody, romans, akcję, dramat - a wszystko przedstawione lekko, bez narodowo-patriotycznego zadęcia.  I miło się patrzy na odkurzone i "odpomniczone" strofy, na nowo odczytane, Przyznaję, że z uśmiechem słuchałem ich w tym nowym wydaniu. Zresztą sam nie pamiętałem na przykład opisu karczmy, czy stawów. Reżyser i zespół aktorski zadbali o to, żeby widz się nie nudził, nie przysypiał i nie ziewał. Mickiewicz w tym przedstawieniu, szelmowsko "puszcza do nas oko", pokazując, że w Narodowym Poemacie, zaczytanym do cna i miliardy razy rozbieranym na lekcjach polskiego na części składowe, można odnaleźć również humor i lekkość pióra - tak dla mistrza Adama charakterystyczne. Tu nie mogę wspomnieć o Przemysławie Gąsiorowiczu, grającym Ministranta, Brzytewkę  a szczególnie przekonująco i przekomicznie -  NIEDŹWIEDZIA! 
Do tego jeszcze oprawa muzyczna Zygmunta Koniecznego zmieniająca epopeję w prawie rockową operę. Scena przeobrażenia Zosi z wieśniaczki, w pannę z dobrego domu, przywoływany opis stawów, czy nieprzeciętnie zabawny, rapowany, dialog księdza Robaka z majorem Płutem, dają niejakie wyobrażenie, o tym czego można się spodziewać.
Ponadto jest tu też coś więcej, jakieś poszukiwanie treści głębszych. Umiłowania tradycji, kraju rodzinnego, polskości. Poszukiwanie pewnego genu, który gdzieś tam w nas samych drzemie. Nie nadętego patriotyzmu polityków i władz, ale tej miłości miejsca w którym się urodziliśmy, prostej i zrozumiałej. Genu, który w latach próby przeobraża Polaków w powstańców, Kolumbów zacięcie broniących się przed obcymi najeźdźcami. Jeśli o to chodziło w tej adaptacji to według mojego skromnego zdania - udało się jak najbardziej. 
Chociaż pewnie, jak pomyślałem wczoraj, pani Hermina, moja świętej pamięci nauczycielka języka polskiego z podstawówki, będąca miłośniczką Pana Tadeusza, nie byłaby zachwycona. Ale cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis.  
Na koniec aby zadowolić moją marudną naturę, chciałbym dodać kilka gorzkich komentarzy. Tym razem pod adresem publiczności. Kiedy już oderwałem wzrok od sceny zauważyłem, że spora część widzów była podświetlona lekko ekranami smartfonów, w pewnej chwili w niezbyt szczęśliwym momencie odezwał się dzwonek telefonu i dało się słyszeć jak ktoś rozmawia (panowała akurat cisza więc słychać było i rozmówcę z drugiej strony słuchawki)  - Tak... no pewnie,, a co u Ciebie?... no wiesz, he, he... tak, jestem w teatrze... i tak dalej. 
Właśnie! Jestem w teatrze, więc do cholery mogę na te kilka godzin wyłączyć telefon, nie odbierać maili, nie czytać facebooka i otrzymać to, za co zapłaciłem - odrobinę magii. Bez pozostawania on-line. A jeśli już nie potrafię się powstrzymać,pomyśleć też o innych, którym może to przeszkadzać.
Czy to takie trudne? Nie, chyba nie, to po prostu kwestia dobrego wychowania i odrobiny szacunku dla drugiego człowieka. 

fot. Anna Kurkiewicz