Kazimierz to takie właśnie miejsce, gdzie przeszłość przenika chwilę obecną i pozwala myślom nieść się i zatapiać w poezji. Tym razem Tomasz Stańko ze swoim New York Quartet, zabrał nas w podróż poetycką po wspomnieniach po poetce, zamieniając odrobinę jej wierszy w muzykę. Do tego ciepła noc na kazimierskim rynku i właściwie więcej już nie potrzeba. Przyznaję, że pierwszy raz udało mi się słuchać pana Tomasza na żywo. Jest jeszcze lepiej niż słuchanie płyt studyjnych. Ale chyba właśnie jazzu najlepiej słucha się na żywo. Przecież każde z tych wykonań jest niepowtarzalne i nigdy więcej nie będzie zagrane identycznie. Na chwilę więc dałem się ponieść muzyce i zapomniałem nawet o wszechobecnych komarach :)
O polityce, korporacjach, życiu i nie tylko, widzianych moimi oczami. Czyli i o gruszce i o pietruszce.
niedziela, 28 lipca 2013
środa, 17 lipca 2013
Jedzie pociąg dalekobieżny.
Umyśliło mi się, żeby do Gdańska jechać pociągiem. Dzieciaki jeszcze w życiu nie jechały takim czymś, no i nie chciało mi się męczyć jazdą samochodem. Prawda że sprytnie? Ot, wsiadam sobie w punkcie L i jadę prosto do punktu G (bez skojarzeń proszę!).
Niestety w naszym kraju nic nie jest tak oczywiste. Z Lublina do Gdańska jest raptem niecałe 600 kilometrów samochodem. Czyli 6,5 godziny spokojnej jazdy. Jak się okazuje pociągiem jest to aż 8,5 godziny. Dlaczego? No powiedzmy, że tory nie idą w linii prostej. Ale pal sześć! Ostatecznie siedzę sobie wygodnie w pociągu, mogę pospacerować po korytarzu a nawet do WARS-a podejść na kawę.
W Lublinie podstawiono skład pamiętający moje wojaże za czasów licealnych, aż łza się w oku kręciła. Od kurzu, bo moje uczulenie od razu dało znać o sobie. Łyknąwszy więc leki na alergię grzecznie zająłem miejsce w przedziale. Brak wentylacji sprawił, że podróż upływała nam wesoło - albo trzeba było otwierać okno i drzwi przedziału, albo dusić się w temperaturze około 28 - 30 stopni. 8 godzin tej podróży przypominało więc saunę - dosłownie - ogrzewanie i schładzanie na zmianę. O stanie toalet nie wspominam - broń biologiczna przy tym to dziecinna zabawka.
Przyznaję, że za Warszawą nawet udało mi się zdrzemnąć, wciśniętemu w szybę od strony korytarza i moją najmłodszą pociechą śpiącą obok w jakiejś niemożliwej do osiągnięcia bez dziesiątek lat ćwiczeń pozie jogi. Z tego błogiego stanu wyrwało mnie gorąco wydobywające się z wentylacji (ogrzewanie działało!), ktoś bowiem z obsługi zasypiając uruchomił ogrzewanie na cały regulator. Super. Kolejne trzydzieści minut spędziliśmy wietrząc i chłodząc wnętrze przedziału - podobnie jak reszta pasażerów, która cudem uniknęła ugotowania.
Tak więc wytrzęsieni, spoceni i brudni wysiedliśmy na dworcu Głównym nieco po 4 nad ranem. Oczywiście o zakwaterowaniu mowy nie było bo mieszkanie zajęte i poprzedni goście śpią jeszcze smacznie. Pogodna nie nastrajała do spacerów porannych, bo leje - McDonald's dopiero od 4:30 a schody okupuje bardzo malownicza grupka bezdomnych punków. Dobrze przynajmniej, że przechowalnie bagażu są automatyczne, przez co czynne całą dobę. Rozwiązaniem optymalnym było kupienie biletów powrotnych. Pani w okienku była uczynna i miła, przepraszając że nie może zapewnić miejsc w jednym przedziale zapewniła, że od Warszawy będzie lepiej. Jasne. O tak wczesnej porze, bez kawy przyjmiecie wszystko za dobrą monetę. Tak jak my. Pani tylko łaskawie nie dodała, że w Warszawie zmienimy pociągi. Drobiazg prawda ?
Po trzech dniach intensywnego zwiedzania, przejściu około stu kilometrów ulicami całego Trójmiasta, z walizą pełną zakupów (pamiątki, ubrania, torebka, jedzenie, piach z plaży itp.), żałując, że nie potrafię używać czarów jak Harry Potter, żeby to cholerne ważące pół tony koromysło zmniejszyć albo przynajmniej lewitować, zjawiliśmy się na stacji kolejowej po raz wtóry.
Tym razem z wsiadaniem było gorzej - pociąg jechał skądś tam i zatrzymywał się jedynie na kilka minut. Byłem na rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem. Mniej więcej to samo. Z tym, że rycerstwo okładało się różnymi żelaznymi rzeczami i samo zakute było w blachy, pasażerowie zaś czynili sobie krzywdę czym popadło począwszy od parasolek a skończywszy na aluminiowej hulajnodze, którą jakiś mało przewidujący tatuś wrzucił na podłogę korytarza i byli znacznie lżej opancerzeni.
Wśród wrzasku i narzekań oraz wzajemnych przeprosin taszcząc mojego walizkowego Moby Dicka, nieco zmieszany na skutek bliskiego kontaktu z hulajnogą oraz walizką pewnej paniusi, o którą potknąłem się byłem po drodze, udało mi się wcisnąć do przedziału.
Wielu jednak gorzej się powiodło albowiem ICC sprzedawało bilety na ten pociąg do bólu. Jakby zapominając, że ilość miejsc siedzących a nawet stojących jest ograniczona. Wagoniki były co prawda nowoczesne (gadało coś z głośnika, wyświetlało prędkość i temperaturę a w okienkach były rolety zamiast firaneczek) ale za to gdybym miał kłopoty z prostatą pewnie stałbym i tak przy WC. Przejście do tej instytucji zabrało mi - łącznie z konwersacją z przygodnie deptanymi współpasażerami - jakieś 15 minut. Przy okazji przekonałem się ponownie, że podróże kształcą. W bezpośrednim sąsiedztwie ubikacji jakiś ziomal w czapeczce bejsbolisty i dresie a'la strój ludowy mieszkańców Nowej Huty, uczył jakiegoś młodego potomka Goethego naszej słowiańskiej mowy: "No, k...a.. jarzysz Szkopie? Dzień dobry, k...wa, się mówi, ale i tak ni ch... nie kumasz, co? Ajn cwaj fersztejen?" Pod wrażeniem tej konwersacji tyleż malowniczej co uczonej, pozostałem do Warszawy, gdzie na skutek debilnego rozkładu jazdy musieliśmy się przesiąść. Na szczęście po przesiadce okazało się, że tłok się zmniejszył i tylko ja stałem na korytarzu albowiem na jedynym jeszcze wolnym miejscu w przedziale leżała torba z kanapkami pewnej pani, przypominającej mi jak żywo pewnego dość obrzydliwego płaza. A ja nie miałem już siły na asertywność (w przeciwieństwie do mojej starszej pociechy). Na szczęście te 3 godziny upłynęły dość szybko i taszcząc ogromną walizę do taksówki z postanowieniem niekorzystania z PKP w najbliższym stuleciu, znowu poczułem się na swoim miejscu.
Niestety w naszym kraju nic nie jest tak oczywiste. Z Lublina do Gdańska jest raptem niecałe 600 kilometrów samochodem. Czyli 6,5 godziny spokojnej jazdy. Jak się okazuje pociągiem jest to aż 8,5 godziny. Dlaczego? No powiedzmy, że tory nie idą w linii prostej. Ale pal sześć! Ostatecznie siedzę sobie wygodnie w pociągu, mogę pospacerować po korytarzu a nawet do WARS-a podejść na kawę.
W Lublinie podstawiono skład pamiętający moje wojaże za czasów licealnych, aż łza się w oku kręciła. Od kurzu, bo moje uczulenie od razu dało znać o sobie. Łyknąwszy więc leki na alergię grzecznie zająłem miejsce w przedziale. Brak wentylacji sprawił, że podróż upływała nam wesoło - albo trzeba było otwierać okno i drzwi przedziału, albo dusić się w temperaturze około 28 - 30 stopni. 8 godzin tej podróży przypominało więc saunę - dosłownie - ogrzewanie i schładzanie na zmianę. O stanie toalet nie wspominam - broń biologiczna przy tym to dziecinna zabawka.
Przyznaję, że za Warszawą nawet udało mi się zdrzemnąć, wciśniętemu w szybę od strony korytarza i moją najmłodszą pociechą śpiącą obok w jakiejś niemożliwej do osiągnięcia bez dziesiątek lat ćwiczeń pozie jogi. Z tego błogiego stanu wyrwało mnie gorąco wydobywające się z wentylacji (ogrzewanie działało!), ktoś bowiem z obsługi zasypiając uruchomił ogrzewanie na cały regulator. Super. Kolejne trzydzieści minut spędziliśmy wietrząc i chłodząc wnętrze przedziału - podobnie jak reszta pasażerów, która cudem uniknęła ugotowania.
Tak więc wytrzęsieni, spoceni i brudni wysiedliśmy na dworcu Głównym nieco po 4 nad ranem. Oczywiście o zakwaterowaniu mowy nie było bo mieszkanie zajęte i poprzedni goście śpią jeszcze smacznie. Pogodna nie nastrajała do spacerów porannych, bo leje - McDonald's dopiero od 4:30 a schody okupuje bardzo malownicza grupka bezdomnych punków. Dobrze przynajmniej, że przechowalnie bagażu są automatyczne, przez co czynne całą dobę. Rozwiązaniem optymalnym było kupienie biletów powrotnych. Pani w okienku była uczynna i miła, przepraszając że nie może zapewnić miejsc w jednym przedziale zapewniła, że od Warszawy będzie lepiej. Jasne. O tak wczesnej porze, bez kawy przyjmiecie wszystko za dobrą monetę. Tak jak my. Pani tylko łaskawie nie dodała, że w Warszawie zmienimy pociągi. Drobiazg prawda ?
Po trzech dniach intensywnego zwiedzania, przejściu około stu kilometrów ulicami całego Trójmiasta, z walizą pełną zakupów (pamiątki, ubrania, torebka, jedzenie, piach z plaży itp.), żałując, że nie potrafię używać czarów jak Harry Potter, żeby to cholerne ważące pół tony koromysło zmniejszyć albo przynajmniej lewitować, zjawiliśmy się na stacji kolejowej po raz wtóry.
Tym razem z wsiadaniem było gorzej - pociąg jechał skądś tam i zatrzymywał się jedynie na kilka minut. Byłem na rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem. Mniej więcej to samo. Z tym, że rycerstwo okładało się różnymi żelaznymi rzeczami i samo zakute było w blachy, pasażerowie zaś czynili sobie krzywdę czym popadło począwszy od parasolek a skończywszy na aluminiowej hulajnodze, którą jakiś mało przewidujący tatuś wrzucił na podłogę korytarza i byli znacznie lżej opancerzeni.
Wśród wrzasku i narzekań oraz wzajemnych przeprosin taszcząc mojego walizkowego Moby Dicka, nieco zmieszany na skutek bliskiego kontaktu z hulajnogą oraz walizką pewnej paniusi, o którą potknąłem się byłem po drodze, udało mi się wcisnąć do przedziału.
Wielu jednak gorzej się powiodło albowiem ICC sprzedawało bilety na ten pociąg do bólu. Jakby zapominając, że ilość miejsc siedzących a nawet stojących jest ograniczona. Wagoniki były co prawda nowoczesne (gadało coś z głośnika, wyświetlało prędkość i temperaturę a w okienkach były rolety zamiast firaneczek) ale za to gdybym miał kłopoty z prostatą pewnie stałbym i tak przy WC. Przejście do tej instytucji zabrało mi - łącznie z konwersacją z przygodnie deptanymi współpasażerami - jakieś 15 minut. Przy okazji przekonałem się ponownie, że podróże kształcą. W bezpośrednim sąsiedztwie ubikacji jakiś ziomal w czapeczce bejsbolisty i dresie a'la strój ludowy mieszkańców Nowej Huty, uczył jakiegoś młodego potomka Goethego naszej słowiańskiej mowy: "No, k...a.. jarzysz Szkopie? Dzień dobry, k...wa, się mówi, ale i tak ni ch... nie kumasz, co? Ajn cwaj fersztejen?" Pod wrażeniem tej konwersacji tyleż malowniczej co uczonej, pozostałem do Warszawy, gdzie na skutek debilnego rozkładu jazdy musieliśmy się przesiąść. Na szczęście po przesiadce okazało się, że tłok się zmniejszył i tylko ja stałem na korytarzu albowiem na jedynym jeszcze wolnym miejscu w przedziale leżała torba z kanapkami pewnej pani, przypominającej mi jak żywo pewnego dość obrzydliwego płaza. A ja nie miałem już siły na asertywność (w przeciwieństwie do mojej starszej pociechy). Na szczęście te 3 godziny upłynęły dość szybko i taszcząc ogromną walizę do taksówki z postanowieniem niekorzystania z PKP w najbliższym stuleciu, znowu poczułem się na swoim miejscu.
poniedziałek, 15 lipca 2013
poniedziałek, 8 lipca 2013
Ksiądz Lemański w szumie medialnym
Dziś wielkie zamieszanie w mediach odwołaniem ks. Lemańskiego z parafii przez jego biskupa. Co do samego księdza Lemańskiego - według mojej skromnej opinii trudno jednoznacznie powiedzieć czy jego nauczanie jest dobre czy złe. Praca, którą wykonywał i którą najwyraźniej kochał, była przecież dziełem dobrym - przynajmniej tak widzę to czytając teksty w mediach i wypowiedzi samego księdza Wojciecha.
Dość czasem kontrowersyjne i dość mocno odstające od nauczania episkopatu Polski. Nic więc dziwnego, że natychmiast dziennikarze podchwycili temat. Oto mamy konflikt kościelnego "betonu" (biskup) z kościołem "liberalnym" (proboszcz). Wspaniała okazja aby wezwać do liberalizacji i demokracji w Kościele! Biskup beton tłamsi proboszcza postępowca! Tyle, że dziennikarze zapominają o jednym. W Kościele nie ma demokracji. Kościół nawet w XXI wieku pozostał państwem feudalnym. Tu nie ma "wolnomyślicielstwa" i demokratycznych reguł sprawowania władzy zgodnie z wolą większości. Nowowyświęcany prezbiter składa w chwili święceń przysięgę biskupowi. Przyrzeka jemu i jego następcom cześć i posłuszeństwo. I nie ma tu żadnego "ale", ani wyjątków od reguły. Ksiądz jest sługą. Sługą przede wszystkim swoich wiernych ale i sługą Kościoła. I nie wolno mu o tym zapominać. Co jednak nie znaczy, że posłuszeństwo to ma być bezrozumne. Nie może jednak być nieposłuszeństwem. Nieposłuszeństwo kapłana bywa bowiem zgorszeniem dla wiernych i potrafi zachwiać ich wiarą. Są jednak inne środki i inne metody.
W wielu rzeczach zgadzam się z księdzem Wojciechem. Polski kościół wymaga odnowy. Wymaga innego spojrzenia na tradycję i wiarę. I jego odnowa powinna zaczynać się od dołu - właśnie od kapłanów, którzy są - lub raczej powinni być - najbliżej problemów swoich wspólnot - tam bowiem wiara jest najżywsza i najbardziej autentyczna. Niektórzy księża jednak zapominają o służebnej roli jaką mają pełnić. Czasami zdarzało mi się spotykać kapłanów, którzy zapominali. Pokusa jest wielka i tak łatwo jej ulec. Kiedy stajemy na ambonie i setki ludzi słuchają nas - naszych myśli i przemów, jakże łatwo jest zapomnieć, że nie głosimy siebie. Przemawiając do ludzi, łatwo jest pomyśleć, że to siła naszych słów i nasza osobowość powoduje, że tłumy zbierają się co niedzielę żeby słuchać. Wtedy mówca upaja się samymi swoimi słowami i przemawiając sprzedaje słuchaczom siebie jako mówcę lub mędrca, mającego monopol na prawdę i wiedzę. Czasem więc żarliwość głoszenia Słowa zmieniamy na żarliwość głoszenia własnej osoby w otoczce dobrej wiary. Nie ma to wiele wspólnego z pokorą czy służbą. To zwykła pycha. Często obserwowana od wikarego do kardynała - wystarczy tylko posłuchać niektórych kazań.
W tej sprawie zresztą pycha jest wszechobecna - także po stronie biskupa i kurii. Za kilka lat, nikt nie będzie pamiętał przyczyn konfliktu, ksiądz Wojciech przestanie być "medialny" i tak jak inni zostanie zapomniany przez gloryfikujących go teraz dziennikarzy, a ludzie zapamiętają jedynie pychę wszechwładnego biskupa i medialnego księdza. Niczego to niestety nie zmieni.
A Kościół będzie nadal żył swoim nieśpiesznym życiem i powoli realizował to co mu nakazano. Patrząc na nowego papieża mogę mieć nadzieję, że będzie to droga pokory, wierności Słowu i służby innym. Czego ośmielę się życzyć, jako szeregowy katolik, całemu episkopatowi i duchowieństwu Polski.
sobota, 29 czerwca 2013
Cyber przestępcy. Ku przestrodze.
Ogólnodostępna, światowa sieć komputerowa, pole wymiany informacji, nawiązywania kontaktów. Internet przez ostatnich dwadzieścia lat stał się tak powszechny, że nawet nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Jego niewidoczne nici oplatają prawie każdy skrawek przestrzeni i uzależniają nas od sieci. Tak jak kiedyś przy porannej kawie czytało się gazetę tak teraz w ciągu tych kilku minut sprawdzamy skrzynki mailowe, czytamy wybrane dla nas wiadomości z sieci, dostosowane przez wyszukiwarki specjalnie pod nasze preferencje, oglądamy wpisy znajomych na Facebook'u czy po prostu czytamy książki w wydaniu elektronicznym. Dla większości z nas Internet jest dobrodziejstwem i sądzimy, że jest to bezpieczne i znane nam środowisko w którym nic nie może się nam przytrafić. Jest jednak i "ciemna strona" tej mocy. Internet staje się coraz częściej polem walki - wywiady gospodarcze i agencje wywiadu poszczególnych państw toczą prawdziwe wirtualne bitwy i nie mam tu na myśli wcale wspólnych rozgrywek w sieciowe strzelanki. Bój toczy się o to, czego w Internecie najwięcej. O informacje. Czasem są one tak ważne że państwa lub korporacje wydają miliony na ich ochronę a inne państwa lub firmy na ich zdobycie. Internet staje się też coraz częściej bronią terroru, co pokazują ostatnie wydarzenia z naszego kraju, gdzie dzięki prostemu wygłupowi musiano ewakuować urzędy, sądy a co najgorsze - szpitale. To wymierne straty materialne. Ale nie był to wcale groźny atak. Zdobycie danych urzędów państwowych, atak na sieci sterujące energetyką, systemami obronnymi, sterowaniem ruchem pociągów lub ruchem ulicznym, mogą spowodować totalny chaos na który nie jesteśmy przygotowani. Nawet nie mówię tu o takich rzeczach jak pedofile czy stalkerzy.
Dlaczego takie przemyślenia dzisiaj mnie trapią? A chociażby dlatego, że będąc w sieci prawie non-stop, coraz częściej napotykam na cyberprzestępców. Czasem są to firmy "widmo" oferujące w zamian za kasę kompletne nic, czasem ludzie próbujący przez jakiś łańcuszek wyłudzić odrobinę kasy licząc na współczucie i ludzkie odruchy, a czasem bezczelni oszuści. Z tym ostatnim przypadkiem właśnie spotkałem się wczoraj.
Dlaczego takie przemyślenia dzisiaj mnie trapią? A chociażby dlatego, że będąc w sieci prawie non-stop, coraz częściej napotykam na cyberprzestępców. Czasem są to firmy "widmo" oferujące w zamian za kasę kompletne nic, czasem ludzie próbujący przez jakiś łańcuszek wyłudzić odrobinę kasy licząc na współczucie i ludzkie odruchy, a czasem bezczelni oszuści. Z tym ostatnim przypadkiem właśnie spotkałem się wczoraj.
Często sprzedaję poprzez serwisy aukcyjne. Jest to wygodne, jeśli kupuję coś dostaję to do domu i nie muszę biegać za tym po mieście, mogę również pozbyć się rzeczy, które są mi niepotrzebne a komuś mogą się przydać. To obopólna korzyść, która poza tym daje zarobić pośrednikowi na prowizji. A więc i nakręca gospodarkę. Tym razem sprzedałem netbooka - kupujący wygrał licytację i wysłał mi wiadomość, że ma problemy z płatnościami w serwisie, więc wyśle płatność bezpośrednio na konto. Następnego ranka otrzymałem wiadomość, że płatności już dokonał a teraz prosi żebym wysłał przesyłkę i podał jego bankowi numer przesyłki a wtedy ten, przeleje środki już pobrane z jego konta na moje. Dostałem również maila z Barclay's Bank, który potwierdzał dokonanie transakcji na 900 PLN. Wszystko niby ok, teraz powinienem wysłać paczkę i czekać aż szacowny i znany bank przeleje mi na konto rzeczoną sumę. Jednak tu w ten sielski obrazek wdała się moja podejrzliwa natura. Po pierwsze kwota do zapłaty z aukcji to 850 PLN więc dlaczego facet chce mi dać napiwek w wysokości 50 zł? Ok. Bywają i tacy. Po drugie jednak, w życiu nie spotkałem się jeszcze z sytuacją kiedy jakikolwiek bank wysyła do swojego klienta maila z domeny o innej nazwie niż nazwa banku. Czyli PeKaO będzie miało adres bank@pekao.pl lub .com BZWBK będzie miało bank@bzwbk.pl a Barclay's Bank prawdopodobnie coś w rodzaju bank@barclaysbank.uk. Tymczasem mail doszedł do mnie z adresu barclaysapprovedcareline@in.com. Tak więc spróbowałem nieco dowiedzieć się o moim kupującym. W sieci nie jest to wcale takie trudne. Wynikiem było odnalezienie kilkudziesięciu informacji o tym sposobie wyłudzania towaru na różnych portalach aukcyjnych. W sumie więc za darmo można dostać iPhone, laptopa czy nowe ciuchy - wystarczy tylko założyć sobie konto mailowe na serwerze - najlepiej z tego państwa w którym się kupuje, wygrać aukcję i wysłać do sprzedającego zrobioną ślicznie wiadomość podszywając się pod jakiś znany bank. Jestem w stanie się założyć, że takich drobnych hien żerujący na zaufaniu jakie mamy do siebie w sieci jest więcej. Tak więc lepiej uważnie czytać i przyglądać się wszystkiemu. Sieć nie jest już tak bezpieczna jak w latach osiemdziesiątych, a nasze uzależnienie od niej postępuje, więc i niebezpieczeństwo wzrasta.
czwartek, 27 czerwca 2013
Epicki opis "epickiej" porażki językowej
Czasami kiedy się słucha radia lub telewizji, można dojść do wniosku, że prowadzący programy oraz układający teksty reklamowe dla co poniektórych agencji reklamowych w szkole nie miewali styczności z przedmiotem pod nazwą szumną język polski. Ostatnio do szału doprowadza mnie poniższa reklama:
To, że mamy tu "max" grube i "max" intensywne chipsy to jeszcze pół biedy - ale te biedne ziemniaczane chrupki są w dodatku epickie. Zresztą ostatnio używa się tego przymiotnika w każdym możliwym połączeniu - "to był epicki wieczór", "epicki film", "epicka kolacja" a w końcu dojdziemy niedługo do "epickie gacie", bo o "epickich butach" już słyszałem. Wygląda na to, że zaczynamy mówić jak znane nam z dobranocek niebieskie krasnale w białych czapeczkach, dla których słowo smerf jest uniwersalnym zamiennikiem wszystkich innych. Z filmu, który obejrzałem z córką pamiętam bardzo śmieszny tekst "smerfnięty w smerfa smerf", który możemy sobie tłumaczyć dowolnie.
Bezmyślne tłumaczenie z angielskiego słówka - "epic", które w języku Szekspira ma znacznie szersze znaczenie niż w polskim, staje się drażniącym zdrowy rozsądek kuriozum, powtarzanym przez coraz szerszą rzeszę ludzi. Tymczasem epicki w języku polskim to przede wszystkim opisowy, opowiadający, o pełnej rozmachu wielowątkowej fabule. A używamy go zamiast doskonale nam znanych przymiotników imponujący czy fantastyczny. To, że coraz więcej ludzi używa jakiegoś słowa w złym znaczeniu, nie powinno jednak legitymować językoznawców do uznawania tego za normę. Inaczej może dojść do takich potworków w tłumaczeniu jak "ewentualnie (od "eventually" - co w prawidłowym tłumaczeniu oznacza - ostatecznie, w końcu) epicki bohater włożył epickie gacie aby odnieść epicką porażkę w tłumaczeniu epickich tekstów na język polski".
Swoją drogą... podobno Polacy nie gęsi.. a jakoś tak epicko gęgają.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




