Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

Szkoła kształci czyli reminiscencje wywiadówki

Szkoła jak powszechnie wiadomo kształci i naucza. A dla rodziców istnieją w szkole, aby ich kształcić oczywiście, takie rzeczy jak wywiadówki. Z reguły są to dość nudnawe spotkania, które zarówno wychowawcy jak i rodzice traktują jako zło konieczne, a uczniowie, często jako dopust boży.
Dziś nauczyłem się, że jestem mało inteligentny, czyli nie owijając w bawełnę głupi. Przyznaję, że przez chwilę poczułem się znów jak uczeń w podstawówce. Tyle, że wtedy pan od historii mógł mi prosto w oczy powiedzieć, że jestem głupi jak but z lewej nogi a teraz usłyszałem to w nieco bardziej zawoalowanej formie. No ostatecznie mam za sobą niezłą edukację i kilkadziesiąt lat więcej, szacunek się więc należy.

środa, 15 stycznia 2014

Alkomatyzacja część druga czyli zinfatylizowanie prawodawstwa

Drogi Grzegorzu, chciałem odpowiedzieć na Twój komentarz do poprzedniego tekstu, ale jak zacząłem pisać odpowiedź to jakoś mi się to wszystko rozrosło. Przyznaję - zawsze miałem skłonność do gadulstwa i to nie zawsze sensownego. Wybacz więc te przydługie dywagacje.
Masz kompletna rację  - egzekucja prawa jest fatalna. I tu nie ma dwóch zdań. Sam spotykałem się z Wymiarem Sprawiedliwości w różnych okolicznościach i czasami po prostu ręce opadają. Nie tylko w stosunku do pijanych kierowców organy ścigania są bezradne. Przez opieszałość, gąszcz bzdurnych przepisów, brak odpowiednich prerogatyw lub po prostu "niechciejstwo". A jeśli kara ma rzeczywiście odstręczać od popełniania przestępstwa, powinna być nieuchronna i szybka. Dopiero wtedy będzie skuteczna i będzie działała również prewencyjnie. 
Patrząc jednak na starania naszych ustawodawców, zaczynam wątpić w to, że regulatorzy posiadają zdrowy rozsądek, nie mówiąc już o podstawowej wiedzy na temat systemu prawnego i ustawodawstwa.   
Wiara w to, że przepisy prawa rozwiązują problemy, już tylko samym ich ogłoszeniem w Dzienniku Ustaw, jest po prostu infantylna  - przypomina wiarę dziecka, które zakrywając sobie dłońmi oczy wierzy, że jest niewidzialne dla innych. 
I taki właśnie infantylizm prawny i ustawodawczy prezentują nasze władze. W sytuacjach stresowych  - takich jak ostatnie wypadki na naszych drogach- wydaje się im, że lekarstwem na wszystko jest nowa ustawa lub nowy przepis. 
Wydawanie wciąż nowych ustaw i rozporządzeń powoduje tylko nieczytelność prawa.  Zamiast dążyć do minimalizowania sfer w których przepisy regulują szczegółowo życie, do miejsc gdzie jest to rzeczywiście niezbędne, zmierzamy wprost ku systemowi w którym najdrobniejsze nawet szczegóły życia będą poddane regulacji, sformalizowaniu i zamknięciu w ramach ustawowych norm.
Przypominając sobie prawo rzymskie, którego logika i prostota, stanowiła o jego uniwersaliźmie i przydatności, ze zgrozą patrzę na poczynania ustawodawców zarówno naszych rodzimych, jak i unijnych. 
Zamiast dążyć do spójnego, jasnego i logicznego systemu prawa, starają się za wszelką cenę objąć nim każdy niemal aspekt życia, tak żeby obywatel nie mógł kierować się logiką, etyką czy zwykłym rozsądkiem, a jedynie suchym przepisem prawa. 
Powstają więc takie buble ustawodawcze, nie do końca przemyślane, sprzeczne z innymi przepisami, niemożliwe do wprowadzenia w życie, za to szczegółowo regulujące wszytko co się da. 
Chęć uregulowania i zapisania w odpowiednie normy całego świata (jaka dokładnie ma być krzywizna banana, żeby był bananem, ile substancji smolistych ma być w wędzonych wędlinach, co jest a co nie jest małżeństwem, czego powinny uczyć się czterolatki o seksie i tak dalej) jest tylko zwykłym bałwanieniem do kwadratu, jak powiedziałby Szwejk. 
Reasumując wydawanie przepisów, na mocy których w samochodzie mamy wozić alkomat i wiara w to, że to pomoże ograniczyć liczbę wypadków z udziałem pijanych kierowców jest równie sensowna, jak wydanie przepisu zabraniającego łosiom przechodzenie przez jezdnię w miejscu niedozwolonym pod karą grzywny lub pozbawienia wolności do lat 3. 
Na koniec, przypomniał mi się cytat z Owidiusza, którego kiedyś uczyłem się w szkole, chociaż to utopia, miło sobie pomarzyć: 
(...) Nie z bojaźni kary, 
Lecz z własnej chęci człowiek cnoty strzegł i wiary. Kary, trwogi nie znano. W spiżowych tablicach Groźby praw, i wyroku na sędziego licach Lud nie czytał: bez sędziów byli bezpiecznemi. 




piątek, 29 listopada 2013

Prezydent w wysokim stopniu abstrakcyjny

Zygmunt Freud mówił, że "dzieci nie są zwyczajnie złośliwe, on są złe". Pozwalam sobie nie zgodzić się z dokrorem Freudem. Dzieci wcale nie są złe. Są czasami męczące i irytujące, ale w większości po prostu myślą zupełnie inaczej niż dorośli. Czasami nie jesteśmy  w stanie nawet w przybliżeniu odnaleźć ścieżek którymi poruszają się dziecięce umysły. Stąd tak trudno dorosłym zachować w sobie tą ordobinę dziecięcej natury. A szkoda/
Ale dlaczego o tym? 
Moja młodsza córka martwiąc się chyba rozkładem pożycia rodzinnego naszej rodziny objawiającego się w postaci siedzenia przed komputerem lub telewizorem, ewentualnie oddawania się urokom lektury, postanowiła zabawić nas grą w kalambury. Otóż latorośl miała przedstawiać nam zagadki z wybranej kategorii a reszta miała zgadywać. Oczywiście nie było mowy o rejteradzie ojca na parking (poza tym zimno i pada) ani nawet gadania, że nie spałem całą noc i ledwo siedzę. Mam się dobrze bawić i to na rozkaz a ogólnie to mogłem nawet nie ruszać sie z fotela. Przyzwyczajony do tego rodzaju traktowania przez moje "procesy poromne" - wredne i apodyktyczne po tatusiu oczywiście - usiadłem w fotelu i spodziewałem się najgorszego. 
Tymczasem córka podała kategorię "ludzie" i ropoczęła pokaz ułatwiający odgadnięcie tajemniczego hasła: 
Zrobiła klasyczną jaskółkę z wyciągniętą ku górze ręką, a potem pokazała, jak jakaś osoba kładzie coś sporego i dość ciężkiego na podłodze. Przyznaję, że w piątek wieczorem mózg mój nie nadaje się do myślenia, chociaż nadal działa jako tako. Jednak po kilkukrotnym powtórzeniu tej pantomimy (z małymi wariacjami na temat) poddałem się kompletnie. 
"NO TATO! Przecież to proste"
"Taa... proste... no to kto to ma niby być? Lotnik? Hermes?"  - bąknąłem nieco skwaszony, że nie zgadłem tak prostej zagadki.
"Nie -  prezydent Komorowski!!". - oświadczyła przemądrzała smarkula stanowczo. 
"A możesz wytłumaczyć, co ma jaskółka z prezydentem?" - moje zdumienie tym jakże oczywistym dla Małej rozwiązaniem było bezbrzeżne. No nijak o tym bym nie pomyślał !
"To NIE JEST żadna jaskółka" - rzekła powtarzając wygibas gimnastyczny - "to przecież JÓZEF PIŁSUDSKI na koniu i z szablą w ręku!!!"
"Dobra" - poddałem się całkowicie, ledwo powstrzymując spazmy śmiechu z takiego przedstawienia Marszałka.  - "a co ma wspólnego Piłsudski na kasztance z Komorowskim - przecież Piłsudski był Naczelnikiem Państwa, nie prezydentem!!" - mój zapał bakałarza odezwał się przypadkiem, bo uczyć smarkaterię trzeba przy każdej okazji. 
"Oj, tato nie bądż głupi! To drugie" - i tu mała Mądralińska powtórzyła pantomimę, o kimś niosącym skrzynkę kartofli i kładącym ją na podłodze - "to właśnie Komorowski składający wieniec pod pomnikiem Piłsudskiego!!!"  Pokonany logiką tego rozumowania jako jedną odpowiedż wydałem z siebie kwik upiornego śmiechu. Chapeau bas! Tak wysokiego stopnia abstrakcji mój mózg nigdy już nie osiągnie! 
 

sobota, 19 października 2013

wtorek, 10 września 2013

40:1 - Wizna '39

To było nad Wizną - 74 lata temu. Jedni podają że około 400 inni, że 700 żołnierzy, niedozbrojonych i w niedokończonych umocnieniach, odpierało przez trzy dni - od 7 do 10 września, atak około 30 000 żołnierzy niemieckich dysponujących nowoczesnym sprzętem i mających wsparcie artylerii i lotnictwa. Dla większości nieznany epizod wojenny. A dla nas powód do dumy. W trakcie wojny może i byli wśród nas szmalcownicy, pewnie było też sporo zwykłych świń i kapusiów, ale Ci Żołnierze pokazali, że nie tak łatwo nas złamać i nie łatwo damy się skundlić. Gloria Victis!

piątek, 6 września 2013

Równościowe przedszkole - niech płeć nas nie ogranicza!

"Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem, mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką, bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie!"
To, jak podają newsy na różnych portalach, wierszyk, którego mają uczyć się przedszkolaki w ramach programu "Równościowe przedszkole". No i racja - płeć mnie nie powinna ograniczać, nikt nie będzie mi narzucał, w żaden sposób, czy mam być chłopcem czy dziewczynką! Powinienem sam zadecydować w danej chwili, czy chcę być jednym czy drugim! Ostatecznie, według naszych edukatorów, płeć to nie są tylko cechy zewnętrzne - płeć ustala się nie przez posiadanie lub nie pewnych narządów - ustala się ją poprzez edukację i właściwe wzorce kulturowe w dowolnym okresie życia jednostki. Najlepiej jak najwcześniejszym. 

Postanowiłem więc od dziś kierować się właśnie powyższą zasadą.
Zacząłem do naszej "korpo", w której pracuję od lat  - zaszeregowany i zaszufladkowany jako facet! A przecież czasem czuję się tak bardzo kobieco. Chciałbym, żeby ta moja kobieca strona była szanowana przez moich współpracowników i współpracownice. 
Dlatego też dzisiaj zacząłem od zamówienia wegetariańskiego lunchu. Zupka, krem z  brokułów z odrobinką śmietanki i wegetariańskie penne. I zapowiedziałem od razu, że czuję się dziś kobietą i proszę o traktowanie mnie zgodnie z moim samopoczuciem, bo nie chcę już być niewolnikiem stereotypów i płciowego szowinizmu. Koledzy oczywiście zbaranieli. Ale są przyzwyczajeni do różnych sytuacji, więc po chwili stałam się przedmiotem niewybrednych drwin. Mimo to w ich oczach widziałam zazdrość, że jestem tak odważna.  
W przerwie więc poszłam do toalety damskiej poprawić makijaż i ogólnie poplotkować, co spowodowało dość nerwową reakcję koleżanek przebywających akurat w toalecie oraz określenie mnie jako "palanta"!. 
Witać, że to Polska B i nawet kobiety są obarczone stereotypami i maksymalnie nietolerancyjne oraz moherowe! 
Lekko zniesmaczona takim traktowaniem, poszłam do szefa prosząc o urlop. Bo akurat czuję, że mam PMS i wolałabym iść do domu. Przyznaję, że spodziewałam się takiej reakcji albowiem znany jest ze swojej nietolerancji wobec kobiet. Usłyszawszy więc, że mam iść natychmiast do psychiatry a ogólnie przestać się wydurniać, obrażona wyszłam z pracy.  
Ponieważ dobrze wiem, że każdej dziewczynie można poprawić samopoczucie zakupami po drodze wstąpiłam do galerii handlowej. I tu znowu wyłazi zaściankowość naszego miasta  - w damskiej toalecie wywołałam nieco pisków i obraźliwych epitetów - w męskiej wszystkie kabiny były zajęte a z pisuaru kobieta korzystać nie będzie ! Ostatecznie robię co chcę i płeć nie może mnie ograniczać. 
Podobnie było w przebieralni jednego ze sklepów, gdzie miałam zamiar przymierzyć bardzo seksowną bieliznę i taki śliczny śliwkowy żakiecić. Ale niedokształciuchy jedne, zawołały ochroniarza, a ten z kolei użył wobec mnie jako kobiety, przemocy fizycznej i przy wtórze moich krzyków, że to dyskryminacja i w ogóle naruszenie moich praw i nietykalności cielesnej wyprowadził na zewnątrz. Zboczeniec jeden! 
Po tym epizodzie stwierdziłam że jednak lepiej będzie pojechać do domu. W autobusie znów spotkałam się z kompletną nietolerancją i chamstwem, kiedy poprosiłam o ustąpienie mi miejsca albowiem ten brzuch to jest moja ciąża i nie powinnam tak stać, kiedy facet sobie bezczelnie siedzi. No proszę! Co to ja się nasłuchałam od tego buraka i jakiejś staruszki w moherowym berecie! Wredne aspołeczne typy! Zaścianek kompletny 
W końcu dotarłam do domu, rzuciłam teczkę na podłogę w przedpokoju i rozwaliłam się na sofie, wołając aby natychmiast podano mi piwo i ogólnie odwalili się ode mnie na resztę dnia, bo mam PMS i czuję się fatalnie. A poza tym od dziś jestem kobietą i do odwołania tak proszę mnie traktować. Co się potem działo! Nawet nie chcę już mówić. Okazuje się jednak, że z największym niezrozumieniem oraz fobią spotkać się można we własnym domu. 
Tak więc drodzy Państwo, jestem jak najbardziej za kontynuowaniem, a nawet rozszerzaniem, tego typu edukacji - szczególnie tu na wschodzie Polski, gdzie brakuje kompletnie tolerancji wobec indywidualności i poszanowania wolności w wyborze płci. Co udało mi się dziś udowodnić na moim własnym przykładzie! 
Dlatego uważam że rację ma nasze Ministerstwo Edukacji. Należy już od przedszkola uzmysławiać dzieciom  -które z urodzenia są rodzajem nijakim - że ich płeć nie jest wcale determinowana przy narodzinach i mogą sobie ją dowolnie kształtować zależnie od upodobań. Jeśli takowych nie mają - mam nadzieję, że Ministerstwo wprowadzi jakiś program, który pozwoli im uzmysłowić sobie jaką to płcią tak naprawdę chcą być. I oczywiście będzie to płeć z punktu widzenia rządu i UE właściwa. 

czwartek, 27 czerwca 2013

Epicki opis "epickiej" porażki językowej


Czasami kiedy się słucha radia lub telewizji, można dojść do wniosku, że prowadzący programy oraz układający teksty reklamowe dla co poniektórych agencji reklamowych w szkole nie miewali styczności z przedmiotem pod nazwą szumną język polski. Ostatnio do szału doprowadza mnie poniższa reklama:



To, że mamy tu "max" grube i "max" intensywne chipsy to jeszcze pół biedy  - ale te biedne ziemniaczane chrupki są w dodatku epickie. Zresztą ostatnio używa się tego przymiotnika w każdym możliwym połączeniu - "to był epicki wieczór", "epicki film", "epicka kolacja" a w końcu dojdziemy niedługo do "epickie gacie", bo o "epickich butach" już słyszałem. Wygląda na to, że zaczynamy mówić jak znane nam z dobranocek niebieskie krasnale w białych czapeczkach, dla których słowo smerf jest uniwersalnym zamiennikiem wszystkich innych. Z filmu, który obejrzałem z córką pamiętam bardzo śmieszny tekst "smerfnięty w smerfa smerf", który możemy sobie tłumaczyć dowolnie.
Bezmyślne tłumaczenie z angielskiego słówka - "epic", które w języku Szekspira ma znacznie szersze znaczenie niż w polskim, staje się drażniącym zdrowy rozsądek kuriozum, powtarzanym przez coraz szerszą rzeszę ludzi.  Tymczasem epicki w języku polskim to przede wszystkim opisowy, opowiadający, o pełnej rozmachu wielowątkowej fabule. A używamy go zamiast doskonale nam znanych przymiotników imponujący czy fantastyczny. To, że coraz więcej ludzi używa jakiegoś słowa w złym znaczeniu, nie powinno jednak legitymować językoznawców do uznawania tego za normę. Inaczej może dojść do takich potworków w tłumaczeniu jak "ewentualnie (od "eventually" - co w prawidłowym tłumaczeniu oznacza   -  ostatecznie, w końcu) epicki bohater włożył epickie gacie aby odnieść epicką porażkę w tłumaczeniu epickich tekstów na język polski".
Swoją drogą... podobno Polacy nie gęsi.. a jakoś tak epicko gęgają.

czwartek, 14 marca 2013

Czas ucieka...

Wraz z punktem siedzenia zmienia się punkt widzenia. Lata temu człowiek bał się reakcji rodzicieli na mierne lub całkowity brak postępów w nauce a teraz z przerażeniem znalazł się po drugiej stronie barykady. W każdym razie patrzę na to wszystko z lękiem i poczuciem beznadziejnie przegranej bitwy. W jaki sposób Hemingway mógłby konkurować z Facebookiem, w jaki sposób dzieje historii powszechnej mogą być ciekawsze niż Pudelek. Nasze dzieci  - w dużej mierze przez nas samych i nasz brak konsekwencji  - stają się bezwolnymi istotami, dążącymi do spełniania momentami perwersyjnej żądzy bycia popularnymi i zatracającymi się w wirtualnym poczuciu własnej dojrzałości i mądrości. A przecież to są nasze przepustki do nieśmiertelności, krew z krwi. Tym boleśniejsze są takie porażki. I  może tu tkwi błąd  - w naszym rozumieniu miłości - ta prawdziwa nie jest bezkrytycznym wpatrzeniem w jej podmiot. Wymaga od nas czasem więcej pokory i cierpliwości niż posiadamy - źle rozumiana potrafi więc niszczyć, nas samych a nawet tych których kochamy.
Z drugiej strony, patrząc na następne pokolenie zaczynam rozumieć lęk moich rodziców. Ich obawę, że nie poradzę sobie z życiem. Nie, to nie to, żeby geografia czy fizyka były najważniejsze i stanowiły o człowieku. O tym kim jesteśmy stanowi nasza osobowość. Ale właśnie ona objawia się w naszej chęci zdobywania wiedzy, przejmowaniu odrobiny odpowiedzialności za innych i otaczający nas świat.  Najzabawniejsze jest to, że nasze dzieci tak samo jak kiedyś my uważają że są nieśmiertelne a porządek świata jaki istniał w chwili ich narodzin jest niezmienny i nienaruszalny. Nic bardziej mylnego. Tempus fugit! I zanim się obejrzymy przez palce przepływa nam nasze życie, którego nawet nie zdążyliśmy dobrze się nauczyć. A ja sam dochodzę do wniosku, że osobiście nie nauczyłem się jeszcze niczego i z wiekiem wiem coraz mniej. 
Może to smutne przemyślenia. Ale na inne dzisiaj mnie nie stać. 
I smutna piosenka - podobno napisana pod wpływem kryminałów Chandlera. Jeśli nie czytaliście  - polecam. Private investigations.
And what have you got at the end of the day? 
What have you got to take away? 
A bottle of whisky and a new set of lies 
Blinds on the windows and a pain behind the eyes ....


czwartek, 21 lutego 2013

Dzień języka ojczystego w moim wydaniu

Może i dobrze że istnieje taki dzień. Inaczej zapominalibyśmy na codzień jakim językiem mówimy. Pomijam już to że w pracy często mówimy po angielsku, niemiecku czy swahili, albo i w językach typowo korporacyjnych, których nikt poza daną korporacją nie rozumie.


Tak więc z okazji miedzynarodowego dnia języka ojczystego we wszystkich prawie lub wszystkich kompletnie czasopismach i portalach pojawiły się odpowiednie artykuły "chroniące" nasz język i ubolewające nad jego stanem. Nad jednym pozwolę sobie poznęcać się nieco.
Po przeczytaniu w ostatnim numerze "Do Rzeczy" artykułu pani redaktor Teresy Stylińskiej - "Angielski w polskim przebraniu" - naszły mnie pewne wątpliwości natury merytorycznej co do sensowności tego typu publikacji. Nie chodzi tu o fakt obrony przez zaśmiecaniem naszej mowy przez obco brzmiące słowa. To rzeczywiście mania korporacyjnego życia i karygodne gonienie za "zachodnimi" wzorcami. Z drugiej strony nasz język rozwija się i nadal jest żywy, nic więc dziwnego, że czerpie z innych języków słowa, które asymiluje i wypełnia nimi luki w naszych słownikach. I jest to proces normalny w rozwoju każdego języka. Dlatego słowa takie jak komputer czy telefon wrosły w nasze słownictwo i nikt nie uznaje ich za obce i niepoprawne makaronizmy. Poza tym nazywanie komputera inteligentną skrzynką lub telefonu gadającym pudełkiem, byłoby jeszcze większym wypaczeniem niż przyjęcie tych nazw za swoje. Dlatego w specjalistycznym słownictwie, do jakiego możemy z pewnością zaliczyć terminy informatyczne, jest normalne że przyjmiemy w końcu słowa takie jak host czy e-mail - choćby dlatego, że są w powszechnym użyciu od lat i wrastają w krajobraz naszego języka potocznego. Takie "potworki" natomiast jak kołczing czy słynny Dablju (w odniesieniu do  G.W.Bush'a), powinny być natomiast piętnowane jako idiotyzmy. Tu zgadzam się w całości z autorką. nie mogę się zgodzić z przesadą z jaką ta z kolei znęca się nad słowem relacje. Według pani redaktor bowiem jest to słowo pochodzące z języka angielskiego o jednym i niezmiennym znaczeniu. Relacja to dla pani redaktor jedynie opowiadanie o jakimś wydarzeniu i mówienie o relacjach np. małżeńskich jest błędem niewybaczalnym. Otóż słowo to, w mojej skromnej opinii, ma również drugie znaczenie - relacja czyli właśnie więź, zależność, stosunek jednej strony tejże relacji do drugiej. I w tym znaczeniu słowo to jest używane od lat. Nie jest ono również w żadnym wypadku słowem pochodzenia angielskiego. Bynajmniej. W tym znaczeniu (więzi, stosunku itd.) pochodzi ono z łaciny i stamtąd też trafiło do języka angielskiego i polskiego. Zacytuję tu dla dowodu Akwinatę, który pisze iż: Relatio - est ordo unius ad aliam.Omnis relatio est dependentia (De Potentia 7, 9c) Czyli w wolnym tłumaczeniu : Relacja jest przyporządkowaniem jednej rzeczy do innej. Każda relacja jest zależnością.  To akurat piewszy cytat, jaki znalazłem na potwierdzenie mojej tezy, ale ręczę że jest ich więcej, zarówno w pismach doktorów Kościoła jak i klasyków literatury rzymskiej. Tak więc jeżli mamy oczyszczać słownictwo w trosce o nasz język uważam, że należy robić to zachowując umiar w naszych zapędach, chociażby po to, żeby nie wylać dziecka z kąpielą i zamiast udoskonalenia jęzka, nie zubażać go bez wyraźnej potrzeby. 

czwartek, 10 stycznia 2013

Nowoczesna i przyjazna edukacja matematyczna, czyli jak mało nie zwariowałem

Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej mamy zapis o misji tegoż urzędu - EDUKACJA SKUTECZNA, PRZYJAZNA i NOWOCZESNA. Minister Szumilas szumi sobie na lewo i prawo, jaką to cudowną robotę odwalają jej podwładni, kształcąc nasze pociechy i zapewniając im edukację na europejskim poziomie, a nam na starość rzesze wspaniale wykształconych, bo po gimnazjum jak siostrzeniec pani minister, specjalistów, którzy będą utrzymywać nas na emeryturze.
A ja czasem jak odrabiam lekcje z moją młodszą, dostaję spazmów śmiechu, tudzień czasem  prawie zawału jak widzę, czego to biedne dziecko musi się uczyć i na jak wysokim poziomie są podręczniki jakimi musi się w ciężkim trudzie edukacji własnej wspomagać. 
Oto książeczka Gra w Kolory wydawnictwa JUKA, numer dopuszczenia przez MEN 87/2/2010. pod redakcją Anny Parzęckiej i Małgorzaty Struczewskiej. Matematyka część druga.
Przyznaję, że mimo starań moich nauczycieli (Chwała im że takiego głąba starali się doprowadzić do intelektualnych wyżyn z takim trudem!  Chwała!) zawsze pozostałem lekko matematycznie upośledzony. To znaczy uwielbiam rozwiązywać problemy logiczne, bawi mnie programowanie, ale jeśli chodzi o matematykę jestem totalnym beztalenciem. Sądziłem jednak, że zadania na poziomie DRUGIEJ KLASY PODSTAWÓWKI pójdą mi co najmniej dobrze i jakoś ten autorytet wszechwiedzy ojcowskiej zachowam. W swoim zadufaniu tak właśnie sobie myślałem, póki nie zetknąłem się z zadaniami "z liskiem" z wymienionej książki. 

Oto i przykład pierwszy: 

 Pitagorasie i Talesie! Byliście jeno dziećmi w porównaniu do autorów podręcznika i umysłami waszymi  nie zgłębicie przez wieczność ich zamysłów. Newtonie, Pascalu, i Einsteine na nic wasz geniusz, kiedy za bary bierzecie się z zadaniami z podręcznika drugiej klasy polskiej podstawówki. 

Cóż dopiero ja. Ogłupiały zacząłem czytać po kolei wszystkie "zadania z liskiem"

Przykład drugi: 
Karol ma kilkanaście płyt: 8 z muzyką klasyczną i kilka z muzyką rockową. Ile wszystkich płyt ma Karol? 

Nie wiem... na Boga! nie wiem! Przerażenie zjeżyło mi włosy na karku i niedepilowanych przedramionach! 

Przykład trzeci:

Mały Bartuś zjada pierwsze śniadanie rano. Drugie śniadanie mama daje mu po 3 godzinach. O której Bartuś będzie jadł drugie śniadanie? 

ZNOWU NIE WIEM! Nie mam bladego pojęcia o której ten skubany Bartuś zje swoje cholerne drugie śniadanie! Tu część mojej duszy zawyła z rozpaczy! 

Przykład czwarty: 

Bombka kosztuje 9 zł. Za 10 takich bombek w opakowaniu trzeba zapłacić 1 zł. O ile droższe są bombki w opakowaniu od jednej bombki? 

I tu z mojego jestestwa wyrwał się już jedynie nieartykułowany ryk a umysł rozpadł się na drobne kawałeczki. Wstałem dopiero po dobrej chwili, docucony przez pociechę, nieco chyba wystraszoną reakcją wapna na podręcznik. Szlag! Nigdy już nie wezmę do ręki jej podręczników, kto wie jakie ponure tajemnice i obca wiedza się w nich jeszcze kryją. Ja wiem, że rodzice powinni pomagać dzieciom w kształceniu. Ale życie i zdrowie psychiczne ważniejsze!  

Którego to zdrowia życzę pani minister i jej urzędnikom z całego rozkołatanego nadal serca i bardzo serdecznie.