środa, 27 lutego 2013

Mój znajomy fotograf

Odkąd pamiętam Paweł zawsze gdzieś w pobliżu miał aparat fotograficzny. Ba! Nawet kiedyś tłumaczył mi jak się posługiwać moim Zenithem ( pierwsza lustrzanka jaką w życiu miałem i to od razu w wersji XP - światłomierz z migającymi diodkami :) )  No i oczywiście przechodziłem też mniej więcej w tym samym czasie fazę własnej ciemni w pokoju, gdzie miałem własny powiększalnik, kuwety oraz kupę innego sprzętu mniej lub bardziej potrzebnego i śmierdziało potem z tydzień odczynnikami, ku rozpaczy rodziny, która musiała to wąchać. Potem kiedy nasze drogi rozeszły się nieco, Paweł swoją pasję rozwinął do profesjonalizmu, a ja dopiero od niedawana znalazłem czas na powrót do fotografowania  -  z różnym choć w większości nieciekawym skutkiem. Tym fajniej jest popatrzeć jak Paweł szaleje z aparatem i profesjonalnie robi to co lubi.  Pozwalam sobie więc odrobinę go zareklamować a właściwie jego stronę, którą można zobaczyć tutaj.  Oprócz fajnych sesji zdjęciowych z okazji i bez prowadzi nawet warsztaty.. nawet przez chwilę przemknęło mi przez łeb mój łysy żeby się zapisać.. no ale chyba jestem za leniwy :


http://zapiski.pawelkaniuk.pl

niedziela, 24 lutego 2013

SALETA vs GOŁOTA - ostatnia runda.

No i skończyło się dokładnie tak, jak myślałem. Z całym szacunkiem dla czterokrotnego pretendenta do tytułu mistrza, w życiu czasami trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać i odpuścić. Zresztą nadal sądzę, że w boksie liczy się bardziej talent i technika oraz, co może dla niektórych brzmieć dziwnie, intelekt, niż tępa i brutalna siła. Dlatego nawet po latach walki Muhammada Ali ogląda się z podziwem i przyjemnością a na walki Andrzeja Gołoty szkoda patrzeć.
I tu przyznaję rację "Tygrysowi"  - fajerwerków nie było a cała walka nie była warta 40 złotych za PPV. To już lepiej kupić sobie dobrą książkę. Większość z nich trzyma w napięciu znacznie bardziej niż walki dinozaurów, mających dni świetności od dość dawna za sobą. Ale co kto lubi.
Niniejszym wiec, życzę Przemysławowi Salecie miłej i spokojnej emerytury.





piątek, 22 lutego 2013

Kamień, papier, nożyczki - mistrzowska wersja

Właśnie usłyszałem gdzieś że będą się toczyły mistrzostwa w jednej z gier którą chyba wszyscy pamiętają a która zazwyczaj służyła do wyłaniania "ochotnika" przy okazji różnych zadań do których takowy miałby być konieczny.  Mistrzostwa polski w  "papier, kamień, nożyczki". Pamiętacie? No kto by się spodziewał. Ale ostatecznie gra jest popularna chyba na wszystkich kontytnentach.  A ja sądzę, że jako konkurencja mistrzowska powinien tam zaistnieć turniej zmodyfikowanej i spopularyzowanej przez serial  "The Big Bang Theory" wersji tej gry pod tytułem "Papier, kamień, nożyczki, jaszczurka Spock". Zasady są bardzo, bardzo proste :

  

czwartek, 21 lutego 2013

Dzień języka ojczystego w moim wydaniu

Może i dobrze że istnieje taki dzień. Inaczej zapominalibyśmy na codzień jakim językiem mówimy. Pomijam już to że w pracy często mówimy po angielsku, niemiecku czy swahili, albo i w językach typowo korporacyjnych, których nikt poza daną korporacją nie rozumie.


Tak więc z okazji miedzynarodowego dnia języka ojczystego we wszystkich prawie lub wszystkich kompletnie czasopismach i portalach pojawiły się odpowiednie artykuły "chroniące" nasz język i ubolewające nad jego stanem. Nad jednym pozwolę sobie poznęcać się nieco.
Po przeczytaniu w ostatnim numerze "Do Rzeczy" artykułu pani redaktor Teresy Stylińskiej - "Angielski w polskim przebraniu" - naszły mnie pewne wątpliwości natury merytorycznej co do sensowności tego typu publikacji. Nie chodzi tu o fakt obrony przez zaśmiecaniem naszej mowy przez obco brzmiące słowa. To rzeczywiście mania korporacyjnego życia i karygodne gonienie za "zachodnimi" wzorcami. Z drugiej strony nasz język rozwija się i nadal jest żywy, nic więc dziwnego, że czerpie z innych języków słowa, które asymiluje i wypełnia nimi luki w naszych słownikach. I jest to proces normalny w rozwoju każdego języka. Dlatego słowa takie jak komputer czy telefon wrosły w nasze słownictwo i nikt nie uznaje ich za obce i niepoprawne makaronizmy. Poza tym nazywanie komputera inteligentną skrzynką lub telefonu gadającym pudełkiem, byłoby jeszcze większym wypaczeniem niż przyjęcie tych nazw za swoje. Dlatego w specjalistycznym słownictwie, do jakiego możemy z pewnością zaliczyć terminy informatyczne, jest normalne że przyjmiemy w końcu słowa takie jak host czy e-mail - choćby dlatego, że są w powszechnym użyciu od lat i wrastają w krajobraz naszego języka potocznego. Takie "potworki" natomiast jak kołczing czy słynny Dablju (w odniesieniu do  G.W.Bush'a), powinny być natomiast piętnowane jako idiotyzmy. Tu zgadzam się w całości z autorką. nie mogę się zgodzić z przesadą z jaką ta z kolei znęca się nad słowem relacje. Według pani redaktor bowiem jest to słowo pochodzące z języka angielskiego o jednym i niezmiennym znaczeniu. Relacja to dla pani redaktor jedynie opowiadanie o jakimś wydarzeniu i mówienie o relacjach np. małżeńskich jest błędem niewybaczalnym. Otóż słowo to, w mojej skromnej opinii, ma również drugie znaczenie - relacja czyli właśnie więź, zależność, stosunek jednej strony tejże relacji do drugiej. I w tym znaczeniu słowo to jest używane od lat. Nie jest ono również w żadnym wypadku słowem pochodzenia angielskiego. Bynajmniej. W tym znaczeniu (więzi, stosunku itd.) pochodzi ono z łaciny i stamtąd też trafiło do języka angielskiego i polskiego. Zacytuję tu dla dowodu Akwinatę, który pisze iż: Relatio - est ordo unius ad aliam.Omnis relatio est dependentia (De Potentia 7, 9c) Czyli w wolnym tłumaczeniu : Relacja jest przyporządkowaniem jednej rzeczy do innej. Każda relacja jest zależnością.  To akurat piewszy cytat, jaki znalazłem na potwierdzenie mojej tezy, ale ręczę że jest ich więcej, zarówno w pismach doktorów Kościoła jak i klasyków literatury rzymskiej. Tak więc jeżli mamy oczyszczać słownictwo w trosce o nasz język uważam, że należy robić to zachowując umiar w naszych zapędach, chociażby po to, żeby nie wylać dziecka z kąpielą i zamiast udoskonalenia jęzka, nie zubażać go bez wyraźnej potrzeby. 

LGBT W NIEBIE - polecam

Właściwie potrzebuję wyciszenia. Zbyt dużo dzieje się we mnie i dookoła mnie, żeby pozostać spokojnym, obojętnym i logicznym. Czasami bywają takie dni, kiedy emocje kierują nami i przesłaniają zdrowy rozsądek i logikę. I nic na to nie poradzimy. Na szczęście są Osoby, którym można ufać i których obecność jest bezcenna i pozwala znajdować się w tym szaleństwie i zachowywać resztki człowieczeństwa. I za to dziękuję, bardzo. Są też miejsca, które dlatego warto odwiedzać. Polecam więc stronę, którą odkryłem dzięki jej krytykom - http://itinerarium.pl/. Niby nic niezwykłego - przemyślenia człowieka, który pomimo, żłe wszyscy sądzą iż znalazł, choćby z powodu tego co robi na codzień, nadal szuka i relacjonuje te swoje poszukiwania w sposób bardziej niż do przyjęcia dla czytelnika. I znowu: nigdy nie wiadomo kiedy i jak spotkamy na swojej drodze Kogoś, kto każe nam, chociaż odrobinę, się zastanawiać. Oby takich spotkań było jak najwięcej.
Za ten wpis ksiadz Mietek był krytykowany dość mocno -  LGBT W NIEBIE a ja pomimo, że coraz więcej we mnie niepokoju w tym temacie, krytykować nie śmiem. To jego własne odczucia i jego własny sen. A mi nic do tego. Mogę przystanąć, przeczytać, zamyśleć się na chwilę. Mogę się zgodzić lub nie. I w tym miejscu się akurat zgadzam. Ale mimo to sądzę, że powinniśmy nazwać to co jest normalne normalnym a to co nie jest  - nienormalnym. I to też biblijne i jakby zgodne z tym co robił Jezus. Ale nie ośmielę się ferować wyroków, jak niektórzy i nie mam prawa do potępiania. Mogę jedynie po ludzku mówić o tym co dla mnie jest lub nie jest dobre. To tyle z rozważań odrobinę moralnych.