niedziela, 13 stycznia 2013

WOŚP - narodziła się nowa świecka tradycja

Chcesz, czy nie chcesz, raz do roku uczestniczysz. Od WOŚP nie da się uciec, przełączyć kanału czy zmienić  fali. Wszędzie się wepchnie i wszędzie wejdzie. Wszechobecny luz w wypowiedziach nawet najbardziej sztywnych zwykle tuzów, doktoraty honoris causa dla Jurka, serduszka i liturgia jaką tego dnia odprawuje cała prawie Polska. Nie wiem czy to dobre, czy nie. Każdy sam powinien osądzić. A w tym roku trochę od kuchni wszystko to widziałem.





















sobota, 12 stycznia 2013

Portret Księżnej Cambridge

Strefa euro walczy z kryzysem, w gospodarce robi się coraz zabawniej, ja nie mogę znaleźć i opublikować mojego zdjęcia z Chuckiem Norrisem, żeby przypodobać się nowemu pracodawcy a wszystko to przyćmiewa w mediach nowy portret księżnej Cambridge.


Słychać głosy, że na tejże podobiźnie ma za duży nos, wygląda starzej o 10 lat i tak dalej. A ja tak sobie patrzę i twierdzę, że Brytyjczycy i tak mają lepiej. Nie żeby chodziło o wątpliwą w większości urodę tamtejszych dam. Ale za to ze swoją monarchią i "splendid isolation", mogą pokazywać eurokratom dwa palce (zwyczaj czysto angielski), rodzina królewska łącznie z parlamentem i całym Downing Street 10 kosztuje o niebo mniej, niż rząd i obie izby parlamentu w kraju nad Wisłą razem wzięte i w dodatku to my musimy uczyć się angielskiego a nie odwrotnie. Wszystkim malkontentom mówię więc. Jej Książęca Mość wygląda starzej ze względów oszczędnościowych! Przez najbliższe 10  - 20 lat nie trzeba będzie nowego wizerunku sporządzać. I o to chodzi! Tak wygląda oszczędność i logika. A nie jak u nas - finansujemy i-Pad'y dla Sejmu i Senatu, premie ministrów i budowy przeróżnych obiektów, jak na przykład autostrady, z których nikt nie będzie korzystał i tak, bo co 200 metrów mają być ustawione radary, stadiony, które zalewa woda równie często i szybko, jak nas zwykłych obywateli  zalewa krew kiedy to oglądamy.   
Tak więc w ten sobotni wieczór jestem zwolennikiem restauracji monarchii w naszym kraju. Będzie prościej, taniej i skuteczniej. A poza tym w końcu przydadzą się na coś te zamki królewskie, które obecnie zamieniono w większości w nudnawe muzea, w których niczego i tak nie można dotknąć.
Niechże już lepiej na tronie zasiądzie jakiś Jagiellon, Piast czy ostatecznie Waza - co do Poniatowskich to bym się głęboko zastanowił, bo to pewnie ukryta opcja rosyjska. I tak niewiele to zmieni, a przynajmniej na ceremonie ładne będzie można popatrzeć. A chwilowo albowiem eques Polonus sum, wypiję zdrowie przyszłego Króla Jegomości, niechaj panuje nam miłościwie!  I takoż zdrowie Waszmość Państwa! 

piątek, 11 stycznia 2013

Motyl i skafander. Obejrzane wczoraj.

Czasami ogląda się telewizję przypadkiem. Zupełnie bez zamiaru oglądania czegokolwiek wlepia się oczy w ekran i pozwala nawet podświadomie karmić papką informacyjną. Tym razem było inaczej. Zupełnie przypadkowo przełączyłem telewizor i akurat zaczął się film "Motyl i skafander" - dość już leciwa produkcja z roku 2007. Przyznaję, że pominąłem ten film, kiedy był na topie i dopiero teraz miałem okazję zobaczyć go po raz pierwszy. Fabuła oparta na książce, której autor Jean-Dominique Bauby, opisuje swoje własne doświadczenia. Książki nie czytałem, ale spróbuję, a sporo już powiedziano na temat tego filmu, sporo dobrego nawet. Nie będę więc powtarzał tego wszystkiego.
Może dlatego, że bohater był moim równolatkiem a może dlatego, że film i fabuła różnią się od większości produkcji, które miałem nieszczęście ostatnio oglądać film wywarł na mnie ogromne wrażenie.
 Bohater na skutek wylewu zostaje całkowicie sparaliżowany, całym kontaktem ze światem i całym jego światem staje się jedyne pozostałe mu sprawne oko. Film jest więc w większości opowieścią z tej właśnie dziwnej i groteskowej prawie perspektywy pola widzenia jednego oka. Mimo to, dzięki ludziom i chęci życia czy też miłości do życia, jaką miał przed udarem, udaje się mu komunikować ze światem, nawet opisać za ich pośrednictwem myśli i wspomnienia, które są wszystkim co mu pozostało w książce. Sceny widziane unieruchomionym w jednej pozycji okiem, są mistrzowsko przeplatane okruchami wspomnień, marzeniami, fantazjami. Sceny wzruszają, poruszają, skazują widza na myślenie, na wchodzenie w ten świat zamkniętego w bezużytecznej skorupie ciała umysłu. Jednak bez tandetnej ckliwości telenoweli. Umysł jest całym światem i bronią, bronią przed śmiercią i zapomnieniem. Pozwala spełniać marzenia, podróżować, kochać. I w tym wszystkim jest pewna apoteoza człowieczeństwa, zwrócenie uwagi na rzeczy, na które nigdy nie mamy czasu a które są ważne i bez których jesteśmy tylko fizycznie działającymi mechanizmami, bez życia  w środku. Tak więc autor i bohater zarazem odkrywa pełnię swojego istnienia dopiero wtedy, kiedy staje się uwięziony w swoim własnym ciele. Może to i przerażające, ale czy, tak z ręką na sercu, możemy powiedzieć, że nie jesteśmy do niego podobni?
Z czystym sercem mogę więc polecić wejście na chwilę w ten niezwykły świat. Pełen humoru i realnych uczuć. Prawdziwy do bólu.




czwartek, 10 stycznia 2013

Nowoczesna i przyjazna edukacja matematyczna, czyli jak mało nie zwariowałem

Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej mamy zapis o misji tegoż urzędu - EDUKACJA SKUTECZNA, PRZYJAZNA i NOWOCZESNA. Minister Szumilas szumi sobie na lewo i prawo, jaką to cudowną robotę odwalają jej podwładni, kształcąc nasze pociechy i zapewniając im edukację na europejskim poziomie, a nam na starość rzesze wspaniale wykształconych, bo po gimnazjum jak siostrzeniec pani minister, specjalistów, którzy będą utrzymywać nas na emeryturze.
A ja czasem jak odrabiam lekcje z moją młodszą, dostaję spazmów śmiechu, tudzień czasem  prawie zawału jak widzę, czego to biedne dziecko musi się uczyć i na jak wysokim poziomie są podręczniki jakimi musi się w ciężkim trudzie edukacji własnej wspomagać. 
Oto książeczka Gra w Kolory wydawnictwa JUKA, numer dopuszczenia przez MEN 87/2/2010. pod redakcją Anny Parzęckiej i Małgorzaty Struczewskiej. Matematyka część druga.
Przyznaję, że mimo starań moich nauczycieli (Chwała im że takiego głąba starali się doprowadzić do intelektualnych wyżyn z takim trudem!  Chwała!) zawsze pozostałem lekko matematycznie upośledzony. To znaczy uwielbiam rozwiązywać problemy logiczne, bawi mnie programowanie, ale jeśli chodzi o matematykę jestem totalnym beztalenciem. Sądziłem jednak, że zadania na poziomie DRUGIEJ KLASY PODSTAWÓWKI pójdą mi co najmniej dobrze i jakoś ten autorytet wszechwiedzy ojcowskiej zachowam. W swoim zadufaniu tak właśnie sobie myślałem, póki nie zetknąłem się z zadaniami "z liskiem" z wymienionej książki. 

Oto i przykład pierwszy: 

 Pitagorasie i Talesie! Byliście jeno dziećmi w porównaniu do autorów podręcznika i umysłami waszymi  nie zgłębicie przez wieczność ich zamysłów. Newtonie, Pascalu, i Einsteine na nic wasz geniusz, kiedy za bary bierzecie się z zadaniami z podręcznika drugiej klasy polskiej podstawówki. 

Cóż dopiero ja. Ogłupiały zacząłem czytać po kolei wszystkie "zadania z liskiem"

Przykład drugi: 
Karol ma kilkanaście płyt: 8 z muzyką klasyczną i kilka z muzyką rockową. Ile wszystkich płyt ma Karol? 

Nie wiem... na Boga! nie wiem! Przerażenie zjeżyło mi włosy na karku i niedepilowanych przedramionach! 

Przykład trzeci:

Mały Bartuś zjada pierwsze śniadanie rano. Drugie śniadanie mama daje mu po 3 godzinach. O której Bartuś będzie jadł drugie śniadanie? 

ZNOWU NIE WIEM! Nie mam bladego pojęcia o której ten skubany Bartuś zje swoje cholerne drugie śniadanie! Tu część mojej duszy zawyła z rozpaczy! 

Przykład czwarty: 

Bombka kosztuje 9 zł. Za 10 takich bombek w opakowaniu trzeba zapłacić 1 zł. O ile droższe są bombki w opakowaniu od jednej bombki? 

I tu z mojego jestestwa wyrwał się już jedynie nieartykułowany ryk a umysł rozpadł się na drobne kawałeczki. Wstałem dopiero po dobrej chwili, docucony przez pociechę, nieco chyba wystraszoną reakcją wapna na podręcznik. Szlag! Nigdy już nie wezmę do ręki jej podręczników, kto wie jakie ponure tajemnice i obca wiedza się w nich jeszcze kryją. Ja wiem, że rodzice powinni pomagać dzieciom w kształceniu. Ale życie i zdrowie psychiczne ważniejsze!  

Którego to zdrowia życzę pani minister i jej urzędnikom z całego rozkołatanego nadal serca i bardzo serdecznie. 







wtorek, 8 stycznia 2013

Początek roku - coś się kończy, coś zaczyna


I w ten sposób z samym początkiem roku zmieniłem pracodawcę, bez zmiany biurka. Nie pamiętam który już raz z kolei jestem kupowany przez kolejną korporację na zasadzie dobrodziejstwa inwentarza. Kolejny bank przejął nas, razem z drukarkami, komputerami i umeblowaniem. Ogólnie jest fajnie. Prezes (nowy) na spotkaniu powiedział, że czeka nas wielka przygoda. No to przygoda się zaczęła! Przyznam, że bez rewelacji. W głębi duszy jestem chyba hobbitem i nie lubię przygód.
Za to w prasie i TV mamy masę przygód i wątków sensacyjnych. Ot dla przykładu sprawa towarzysza, pardon!  - obywatela  - Grigorija Depardjewskiego, alias Gerard Depardieu, który z przekonania został Rosjaninem. Z przekonania, oczywiście, że lepiej płacić mniejszy podatek w Rosji, niż większy we Francji. Nawet wyciągnął z grobu swojego tatusia, twierdząc że ten był komunistą, co świadczy o tym że on Grigorij jest mocno związany z Rosją. W dodatku grał kiedyś Rasputina, co dobitnie potwierdza wymienione fakty. Ten, jakże znamienny czyn, spotkał się z aprobatą władz Rosji i niedźwiedzim uściskiem samego Putina. A widzowie patrzyli, to na Putina, to na Depardieu i  już nie wiedzieli, kto jest Rosjaninem a kto Francuzem. W dodatku przyszła obywatelka Bardotska, bardziej znana nadal jako Brigitte Bardotte, zagroziła Francji i Francuzom, że też zostanie Rosjanką. Chociaż twierdzi uparcie, że nie z powodu rodzica, tylko z powodu słonia. Ja rozumiem niechęć do płacenia podatków, ale żeby mieszać w to Bogu ducha winne zwierzęta?  Ech, ta dekadencka Francja!
Druga sprawa, od początku roku wykrzykiwana w różnych tonacjach w mediach, to zakup fotoradarów, nowoczesnych samochodów dla ITD (Inspekcja Transportu Drogowego). Rząd bowiem stwierdził, że w końcu utemperuje niesfornych obywateli, karząc ich mandatami na lewo i prawo. Ostatecznie dziura budżetowa jest głęboka jak, nie przymierzając, Rów Mariański, a więc niech plebs płaci. Podobno liczą, że jakieś 300 milionów złotych mamy dostarczyć do kasy państwowej z tytułu mandatów. Oczywiście posłowie chronieni immunitetem płacić nie będą. Ich prawo nie obowiązuje. Czekam więc z niecierpliwością, kiedy rząd raczy zakupić helikoptery wyposażone w rejestratory i radary oraz bezzałogowe drony z demobilu US Army, żeby sprawowały z powietrza całodobową kontrolę nad obszarem RP i fotografowały wszystko, co się rusza z prędkością większą niż 20 km/h, bo żeby zapewnić odpowiednie wpływy do budżetu, do tej prędkości ograniczy się ruch na drogach. Nie jestem obrońcą piratów drogowych i nie popieram idiotów wyprzedzających na przejściach dla pieszych. Ale dziwi mnie państwo, które zamiast wychowywać liczy na to, że jego obywatele będą coraz mniej przestrzegali prawa, bo to daje państwu kasę. Niektóre media celnie punktują pana premiera, który przy okazji wydatków na radary czynionych przez pisowski rząd piszczał, że "tak może myśleć tylko facet, który nie ma prawa jazdy, bo jakby miał to by wydawał tą kasę na drogi a nie na radary". A tu proszę. Punkt siedzenia zmienia punkt widzenia. Dróg nadal nie mamy, za to liczba radarów się podwaja. A może premier stracił prawo jazdy za karne punkty? Zdaje się, że raczej stracił resztki przyzwoitości, ale to już zupełnie inna bajka.
Do ognia medialnych wrzasków dolał oliwy sędzia Tuleya, swoim artystycznym monodramem w trakcie czytania wyroku w sprawie Mirosław G., który to wyrok miał być precedensem, wskazującym wszystkim, co jest a co nie jest korupcją w stosunkach lekarz - pacjent. Miało być pięknie, poważnie i ogólnie super. A wyszło jak zwykle. Wiemy teraz przynajmniej, że jeden goździk oraz czekolada Wedla nie są łapówką, tylko wyrazem wdzięczności, a za to już 10 goździków i ptasie mleczko są łapówą i są karalne. Chciałbym widzieć te rzesze agentów CBA/CBŚ/BOR/CIA/FBI czy innych akronimów, tropiące 80-letnie babcie dające bombonierki pielęgniarkom czy lekarzom. A rzeczywistość polskiej służby zdrowia, jest jaka jest. Nie twierdzę, że zawsze i wszędzie, ale sam spotkałem się z "wyrazami wdzięczności" w kwotach znacznie wyższych niż cena tabliczki czekolady, a nawet z sugestiami wobec pacjentów czy członków ich rodzin, że bez odpowiednich wyrazów wdzięczności to mogą sobie leżeć i leżeć, aż do śmierci, lub przeciwnie nie znajdzie się dla nich miejsce na oddziale. Nie licząc popularnej praktyki odsyłania pacjenta na prywatne "konsultacje", do prywatnego gabinetu - oczywiście płatne ekstra. Jakby za pieniądze NFZ, ten sam lekarz miał mniejszą wiedzę, niż za pieniądze pacjenta. I mogę to spokojnie sobie mówić, bo się przedawniło. I prokuratura może mi ....powiedzmy, złożyć wyrazy ubolewania. Wszyscy publicznie krzyczą o tym jak podła jest korupcja, a prywatnie z ręki do ręki wędrują kopertki. I tu przypomina mi się genialny skecz "Sprawa do załatwienia" z udziałem Ireny Kwiatkowskiej i Anny Seniuk. Polecam!





Jak bardzo dowcipy sprzed 30 lat są aktualne - zgroza!
Niniejszym więc życzę wszystkim spełnienia obietnic naszych polityków oraz Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!



środa, 2 stycznia 2013

Planespotting in Lublin

Ponieważ pomysł wydaje mi się kuszący, a Łukasz całkiem ładne fotki zrobił, już zacieramy łapki i czyścimy szkiełka, żeby się wybrać, jak się trochę ociepli, w to samo miejsce ze stołkami, kanapkami, termosami, drabinami i naszymi aparacikami oraz nacykać tyle fotek, ile nam się uda. A chwilowo zdobycz Łukasza z dnia poprzedniego, czyli "pechowy" Ryanair, co to trzy razy kołował, zanim się zdecydował :) Fáilte romhat isteach! :)