piątek, 17 maja 2013

Walka o byt, czyli rowerowa wycieczka.

Statystycznie sport to zdrowie a ludzie powinni się ruszać więcej i więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu, zamiast siedzieć przed komputerem. Bzdura! Po dzisiejszych wydarzeniach uważam, że to idiotyzm a każdy kto tak twierdzi jest kretynem. A doszedłem do tego w sposób następujący:
Postanowiłem zrobić sobie dzień sportu a więc ubrawszy krótkie spodenki "popedałowałem" raźno do pracy rowerem. Przyznaję, że dość milo się zaczęło  - chłód poranka, pusta ścieżka rowerowa i ogólnie sielanka. Dopóki nie spróbowałem podjechać pod górkę - po 10 - 15 minutach rowerowej wspinaczki osiągnąłem stan przedzawałowy i przestałem oddychać a przynajmniej tak mi się zdawało. Ok. Nie ma róży bez kolców. W końcu dotarłem na miejsce i dumny z siebie przypiąłem rower do miejsca parkingowego. Prawdziwym horrorem okazał się powrót. W godzinach szczytu nasze ulice zamieniają się w prawdziwą dżunglę, gdzie aby przetrwać należy mieć kły, pazury i siłę dinozaura. Co oznacza, że większy i silniejszy wygrywa. Niestety rowerzysta jest tu nie równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego, tylko zwierzyną łowną.To nie Holandia czy inne tam kulturalne kraje. Wracając udało mi się włączyć do ruchu z niemałym trudem, w momencie, kiedy w zasięgu wzroku nie było żadnego samochodu. Natychmiast usłyszałem ryk klaksonu samochodu, którego tam być nie powinno. Po przejechaniu kilkunastu metrów facet w BMW stwierdził chyba, że jestem niewidzialny lub ogólnie postanowił wyeliminować mnie jako osobnika z gatunku i tak skazanego na porażkę. Nic to! Jeden debil wiosny nie czyni! Ale sto metrów dalej szczytem mojej frustracji stał się autobus linii 31, który wjeżdżając w zatoczkę na przystanku nie zwracał uwagi na taką drobnostkę, jak rowerzysta jadący prawą stroną swojego pasa, czyli po lewej tejże zatoczki. A ponieważ znów byłem wolniejszy i słabszy najechał na mnie po prostu, co poczułem, kiedy przód autobusu uderzył mnie w bark. Oczywiście, jak każde słabsze zwierzę postanowiłem nadrabiać miną i w krótkiej acz treściwej przemowie, odniosłem się do mamusi i większości przodków kierowcy autobusu. Co zostało skwitowane durnowatym uśmieszkiem i wyciągniętym środkowym palcem dłoni kierowcy, w dość popularnym geście. Kiedy w końcu uciekłem spośród potoku czyhających na mnie samochodów, zdawało mi się, że niebezpieczeństwo minęło. Poczułem się jak antylopa (w moim wypadku gnu i to z nadwagą) na łonie stada. Do czasu kiedy jadąca przede mną paniusia, ni z tego ni z owego, zaczęła skręcać w lewo a potem odbiła nagle w prawo co spowodowało, że omal na nią nie wpadłem i wydałem z siebie kolejną wiązankę przebojów, dotyczącą jej intelektu oraz mojej irytacji tak niestosownym zachowaniem. Przyznaję, że kiedy w końcu schowawszy rower w piwnicy, zamknąłem za sobą drzwi mieszkania, zziajany, spocony i u kresu wytrzymałości psychicznej, poczułem ulgę, jaką może czuć jedynie chory jeleń, kiedy uda mu się uciec przed stadem wilków z tą różnicą, że po drodze zamiast leśnego powietrza, musiałem wdychać tonę kurzu i spalin.  Może więc ruch to zdrowie. Ale osobiście wolę zamknąć się w moim metalowym pudełku, włączyć klimę oraz składankę przebojów do jazdy na czele z "Born to be wild" i z rykiem silnika pokazać innym uczestnikom ruchu drogowego, że jestem gotów na konfrontację. I jest to gra w której jestem dość dobry.