poniedziałek, 10 grudnia 2012

Misja Afganistan czyli jak to na wojence ładnie.

Z zapałem oglądam serial "Misja Afganistan". Od pierwszego odcinka. I niezmiennie bawi mnie do łez. Nie to żebym był żołnierzem, czy nawet znał realia naszej misji wojskowej w Afganistanie. Jeśli chodzi o to jestem kompletnym laikiem, ale mimo to ubaw mam setny.A skoro mnie to bawi, to wyobrażam sobie jaki ubaw mają żołnierze, oglądający serial, który jak obiecywano przed premierą, ma pokazywać realia ich pracy i codzienności w wykonywaniu tak trudnych, niebezpiecznych i niewdzięcznych zadań.
Pomijam nieścisłości związane z takimi sprawami jak procedury  - oficer łamie bezpośredni rozkaz  i nawet opr. od swojego przełożonego nie zbiera, na koniec rozmowy radiowej operator rzuca "odbiór" a następnie.... odkłada słuchawkę radiotelefonu, przerywając połączenie :) -  uzbrojenie  - śliczne, lśniące karabinki, Rosomaki jeżdżące po pustyni w kamuflażu używanym w naszych warunkach klimatycznych i z wyposażeniem umożliwiającym pokonywanie przeszkód wodnych, które jak wiadomo są powszechne na pustyni i w górach Afganistanu -  mundurki  - piękne i świeżo wyprasowane, jakby wyszły dopiero z magazynu a nie miały za sobą kilkunastu patroli we wszechobecnym w tamtych stronach kurzu i pyle, bohaterowie przecież się nie pocą !) czy krajobraz.( GDZIE SĄ TE CHOLERNE AFGAŃSKIE GÓRY!!). No ale rozumiem.. w Afganistanie nie dało się tego kręcić, bo niebezpiecznie, a szkoda by było Pawła Małaszyńskiego, nie wspominając o Ilonie Ostrowskiej, która w mundurze wygląda jak fantazja licealisty. Widać twórcy serialu nie słyszeli o możliwościach jakie daje współczesna technika komputerowa. Skoro bowiem da się wyczarować na planie filmu krajobrazy obcych planet i to w 3D, to wstawienie gór w tle kadru, nie powinno chyba stanowić problemu.


Najzabawniejsze, są jednak chwile, które stawiają pod znakiem zapytania zarówno zdrowy rozsądek reżysera jak i scenarzystów.  Jak się okazuje z fajnego pomysłu na serial wojenny i sensacyjny, można zrobić naprawdę niezłą komedię. Przytoczę tylko parę pomysłów autorów scenariusza:
1. W ostatnim odcinku pt. "Most", nasi "chłopcy" mają bronić mostu przed wysadzeniem go przez Talibów - oczywiście wyobraziłem sobie, że ten most jest zbudowany nad jakaś skalną rozpadliną, czy może ostatecznie rzeką (to po to, Rosomakom te rzeczy do pływania?!). Ale nic z tych rzeczy! Scenografia idzie jeszcze dalej w stronę absurdu. Most, stalowa konstrukcja długości około 10 - 15 metrów, przerzucona jest nad głębokim na 1,5 metra  rowem o szerokości poloneza trucka  - no do licha, toż widziałem już na naszych drogach przeszkody gorsze do pokonania. Toteż wszyscy tubylcy i tak jeżdżą obok rzeczonej konstrukcji czemu dziwić się nie sposób. Ale to i tak dopiero przygrywka. Najbardziej zadziwiającą sprawą jest to, że Talibowie koniecznie chcą ów obiekt, o niezaprzeczalnie ogromnym znaczeniu strategicznym, zniszczyć. Są jednak, według scenariusza idiotami i kompletnymi kretynami. Zabierają się bowiem do tego w nocy, jadąc z umiarkowaną prędkością w kierunku owego "mostu", samochodem terenowym, pełnym zapewne materiałów wybuchowych i dla ułatwienia oświetlonym jak choinka w Boże Narodzenie, w celu łatwiejszego zlikwidowania, tak ślicznie widocznego w ciemnościach, celu. No widać autor tego pomysłu nigdy nie czytał ani nie oglądał takich hitów jak "Komandosi z Nawarony" czy "Rambo" (obojętnie I, II, III czy IV).  Z pewnością łatwiej doskonale wyszkolonym w walce partyzanckiej mudżahedinom, byłoby przekroczyć ów rów, w dowolnym miejscu i od tyłu, po ciemku i po cichu wyrżnąć niczego nie podejrzewających żołnierzy, gotujących właśnie bigos i szykujących się do Wigilii. Oczywiście, gwoli wyjaśnienia warta jest tylko na moście.
2. W tym samym odcinku dwóch poruczników, zaraz po strzelaninie, pod wpływem adrenaliny, kocha się namiętnie w Rosomaku. Nie, nie, spokojnie - bez homoseksualnych podtekstów! Jeden z poruczników to kobieta! A ja kretyn, sobie zawsze wyobrażałem, że jak przed chwilą skończyli do nas strzelać, to dowódca powinien pozostać na posterunku do białego rana - bo mogą wrócić i znowu zacząć, a jakoś tak mało przykładnie wygląda oficer biegający bez spodni po polu walki. Ale widać moja nieznajomość realiów pola walki jest większa niż myślałem.
3. W jednym z poprzednich odcinków podczas ataku terrorysty na wiceministra obrony narodowej BORowiki z ochrony na okrzyk "Bomba!" reagują kompletnym zamieszaniem i strzelaniem do wszystkiego, co się rusza, łącznie z głównym bohaterem, byle nie do terrorysty, który jest widoczny jak na dłoni. Mam nadzieję, że wyszkolenie BOR jednak jest nieco lepsze od filmowego. W innym wypadku terroryści oglądający ten serial, zaczną odstrzeliwać nam po kolei naszych notabli, jak kaczki na strzelnicy.
4. Kolejna zastanawiająca scena:  Kiedy pocisk RPG trafia jeden z wozów, nasi bohaterowie wyskakują z pojazdów i rozpoczynają wymianę ognia z terrorystami, wybiegając w ich stronę przed wozy pancerne i wystawiając się na ostrzał. Rozsądek nakazywałby co prawda prowadzić ogień chroniąc się przed kulami z kałachów za pancerzem wozów lub wykorzystując naturalne osłony terenu (na pustyni fakt, trudno o takowe). ale nasi są twardzi i byle kuli się nie kłaniają. Stoją pewnie, na lekko rozstawionych nogach i prują  z czego się da, do ukrytych za wydmą Afgańców. Ku zaskoczeniu terrorystów opróżniających z zapałem magazynki w kałachach, tylko jeden z naszych został lekko ranny. Ale jak wiadomo "brudasy" maja kiepskiego cela. Podobnie jak "żółtki" za czasów II wojny światowej. Za to w innym odcinku w trakcie pościgu za terrorystą mającym za tarczę zakładniczkę "nasi" likwidują szybko i bezbłędnie trzech Talibów trzema pojedynczymi strzałami, jak przystało na komandosów amerykańskich Navy Seals lub nasz Grom, pomimo prześcieradeł porozwieszanych dla efektu w całym pomieszczeniu.
Podobnych przykładów można mnożyć bez liku.
Zamiast więc obrazu realnego, lub chociaż zbliżonego do realnego świata, nasza "Misja Afganistan", jest miłym dla oka, cukrowatym obrazkiem, który bawi, nie ucząc.Ale za to przynajmniej jest ładną reklamówką naszej armii - ze szczególnym naciskiem na bardzo przyjemne i twórcze wykorzystanie wnętrza Rosomaków. W pewnym momencie żałowałem nawet, że nie poszedłem do szkoły oficerskiej, jak to planowała dla mnie Komenda Uzupełnień. Ale może i dobrze. Po cholerę taki malkontent w armii.