czwartek, 6 grudnia 2012

Jedzie pociąg z daleka.

Przeczytałem sobie gdzieś, że prezes PKP pan Karnowski ma około 60 tysięcy złotych pensji plus jakieś 50% tej sumy, premii a także dodatki w kwocie, której nie pamiętam. I nie ma czemu się dziwić. Facet pracuje dniami i nocami, żeby było europejsko, tanio i ogólnie super. Czyż nie widać wszędzie, że koleje nasze są nowoczesne, tabor nowiutki i lśniący a obsługa po prostu cudowna i przemiła? Szczególnie przed Euro widać to było w telewizji, a ta przecież nie kłamie!.
Ostatnio, na użytek podróży służbowych korzystałem z polskich kolei. To podobno taniej i wygodniej, .
bo pociąg zapewnia wybieg dla co mniej cierpliwych, miejsca, gdzie można sobie wypić coś lub zjeść i ogólnie społecznie fajniej, bo można pogadać, poznać ciekawych ludzi i temu podobne.
Ponieważ od dobrych 15 lat chyba nie  miałem przyjemności rozsiadać się w przedziałach pociągów dalekobieżnych, pełen nadziei i niecierpliwości, wysiadłem pod dworcem głównym i nieco zagubiony podreptałem na miejsce spotkania z kolegą posiadającym BILETY, z miejscówkami nawet.
Biorąc pod uwagę, że ostatnio wiele się mówi o kolejach w różnych aspektach - nie tylko katastrof i wypadków, ale i postępu na przykład, liczyłem na pewną dozę nowoczesnego luksusu i komfortu.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy poczułem znajomy zapach sprzed lat. Zapach kojarzący mi się z dzieciństwem, kiedy ojciec- pocztowiec, zabierał swojego pierworodnego na wycieczki to tu, to tam w służbowym przedziale wagonu pocztowego. Z lubością i uśmiechem więc wdychałem aromat pociągu. Przyjemny jedynie ze względu na wspomnienia. Albowiem dominującym akcentem tego bukietu, zawsze była i jest nadal,  toaleta kolejowa, której zapachu będącego mieszanką aromatów i odorów właściwych tylko temu miejscu nie da się z niczym pomylić.
Na reklamie:



Podobnie jak zapachu przedziału i starej tapicerki, która doczekała swoich lat w braku poszanowania przez pasażerów. A wszystko okraszone zapachem laminatu i metalu, nieco nadżartego zębem czasów. Ale przecież do wszystkiego idzie się przyzwyczaić.
Znacznie mniej przyjemne było to, że okna ostatni raz były myte prawdopodobnie jakieś dwa lub trzy lata temu. Co znacznie utrudniało obserwację pejzaży naszej pięknej Ojczyzny przesuwających się w dość wolnym tempie za oknem pociągu. Jak się okazało poza tym, od mojej ostatniej jazdy pociągiem nieco utyłem i ledwo mieściłem się w granicach przewidzianego dla mnie miejsca. Siedzenia w przedziale 2 klasy, tak są bowiem zaprojektowane i wykonane, że przy pełnym obłożeniu miejsc, czyli osiem osób w przedziale, jedyną pozycją możliwą do zajęcia przez pasażera jest pozycja jaką zwykł przybierać na swoim tronie faraon Egiptu, z wyłączeniem korony i insygniów władzy. Co nie jest wcale męczące! Przez pierwszych 30 minut jazdy. Potem jednak coś chciałoby się zmienić. Kiedy jedzie z nami paczka znajomych obu płci, wszelkie konfiguracje i położenia ciał będą możliwe, a nawet momentami przyjemne. W przypadku jednak osób obcych, lub jednej płci są wykluczone i prowokacyjnie niestosowne. 



W rzeczywistości: 
Dodatkiem czyniącym całość podróży jeszcze ciekawszą jest ogrzewanie, które jest włączone na max lub wcale i sprawia, że stłoczeni w przedziale pocą się jak myszy lub szczękają zębami w kurtkach i rękawiczkach.
Co do obsługi nie narzekam, każdy może mieć gorszy dzień. Konduktor nawet się uśmiechał pod nosem, ale już SOKiści nawet się nie przywitali i raczyli jedynie pogrozić kolegom, mówiąc że zabronione jest spożywanie napojów alkoholowych i jak będą wracali to piwo ma zniknąć, bo wlepią nam mandat. Piwo oczywiście zniknęło w naszych gardłach. Więc co im to dało? Za to imprezy dwa przedziały dalej nie zauważono, tak jak dyskoteki urządzanej przy użyciu telefonu jednego z pasażerów. No ale pewnie wszyscy oni zarabiają znacznie mniej niż prezes Karnowski, więc co się dziwić.
Palić w wagonach też nie można. Co najdziwniejsze, chyba na wniosek partii Palikotów, napisy mówią jedynie o tym, że zabronione jest palenie TYTONIU. Czyli jakby kto miał inne zioło - proszę bardzo - palcie do woli! Niestety nie miałem, a pewnie ubarwiłoby to znacznie naszą podróż.
Osławione Intercity, na które załapałem się w odwrotną stronę, było jeszcze zabawniejsze. Co prawda fotele wygodniejsze, ale już w tym wagonie, w którym były miejsca, nie było za to przedziałów, więc 40 osób siedziało na "ołpenspejsie" (taki wtręt korporacyjny) i musiało bawić się swoim towarzystwem przez dwie godziny, lub zapaść w lekturę tego, co kto miał. Jedynym bonusem był poczęstunek - herbatka lub kawa. A ja jako, że nie urosłem zbytnio, dodatkowo przeżyłem publiczne upokorzenie, podskakując jak grubawy pasikonik, w celu umieszczenia swojego bagażu i kurtki na półce nad siedzeniem. W końcu kolega się zlitował, widząc moje bezskuteczne i nieco pewnie zabawne podskoki i włożył moje klamoty na półkę. Żeby nie było, za bilety z Poznania do Lublina zapłaciliśmy prawie 100% więcej, niż w stronę odwrotną (ostatecznie ekspres i herbatka, nieprawdaż).
Ostatecznym ciosem było dla mnie to, że do stolicy Wielkopolski podróż z mojego ukochanego Bździszewa trwa jedynie 6 godzin i 30 minut. Pociągiem pospiesznym i tyleż samo ekspresem z przesiadką w Warszawie. Samochodem natomiast, aż 5 godzin i 30 minut, przy średnim nadużywaniu mocy silnika i poszanowaniu większości przepisów. Jedynym plusem podróży PKP pozostają więc dobre humory współpasażerów a więc gdyby nie to, że nie dostanę delegacji na samochód prywatny, to na drugi raz to ja bym to ogólnie pendolino.