sobota, 20 września 2014

Patria szachów z Wolandem -czyli Mistrz i Małgorzata w Osterwie

"Za mną, czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!"
Kiedyś, dość dawno temu poszedłem za tym wezwaniem. I przyznaję że przeczytałem tą książkę od deski do deski - raz, drugi, dwudziesty i pewnie już przekroczyłem setkę tych powtórzeń, wracając jeśli nie do całości do to fragmentów ulubionych. I skoro tylko, udało mi się dostać bilety na spektakl "Mistrz i Małgorzata", popędziłem do teatru. A potem robiło się zdziwniej i zdziwniej.




Po raz pierwszy siedziałem na scenie i patrzyłem na widownię. gdzie na scenie dział się seans czarnej magii. On Woland patrzył na obywateli Lublina i widząc niezmienność ich natury, pozwalał swojej świcie mamić, czarować i demaskować. I nie miałem żadnej wątpliwości - to On Messer, Czarny Duch, sam Szatan w osobie - postmodernistycznej i nie przystającej do tej, którą wymyśliłem czytając książkę, a jednak, bez wątpienia - swojej własnej. Poeta Bezdomny mógłby go nie poznać, ale ja jak najbardziej. I tym razem oddałem mu duszę bez reszty.
Przeniesienie na deski teatru powieści tak wielowątkowej i skomplikowanej narracyjnie jest sztuką, która rzadko udaje się reżyserom. Całe przedstawienie było jednak przemyślane, dokładnie zaplanowane i w swoim szatańskim planie wydobywało powoli i zaskakująco treści książki, przekazując je każdą minutą, długiego ale wcale nie dłużącego się widowiska. Rozważania nad naturą ludzką, wiarą, miłosierdziem, miłością, oprawione sztuczkami Behemota, życiowym cwaniactwem Korowiowa vel Fagota, wydają się jeszcze bardziej aktualne. Brakowało mi tylko, aby Messer zamienił Moskwę na Lublin, cała reszta zostałaby taka sama. Scenografia dodatkowo wydobywała wszystkie "smaczki" scenariusza. Scena balu u Szatana, gdzie królowało idalo-disco wybornie miksowane przez samego DJ-Abła, czy partia żywych szachów rozgrywana z Behemotem sprawiły, że nie przeszkadzał mi brak niektórych postaci, wątków ani przekonstruowanie czasowe i przestrzenne tekstu. Tak więc brawa da Przemysława Stippy, za kreację demoniczną, pełną diabelskiej żywotnej siły a jednocześnie tchnącą wiedzą tysiącleci, dla Marty Ledwoń, której udało się przekazać szaleństwo miłości, beznadziejnej, niemożliwej i dopadającej człowieka jak grom z jasnego nieba, Janusza Łagodzińskiego jako Mistrza oraz całej obsady.
Po obejrzeniu spektaklu, kreowane w nim postacie, nadały moim wyobrażeniom książkowych bohaterów nowe barwy, kształty i głosy. Ale tak właśnie powinno się dziać, ostatecznie sam Messer jest "częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc wiecznie czyni dobro."