wtorek, 18 kwietnia 2017

30 minut nieobecności czyli psie psoty.

Pies to najlepszy przyjaciel człowieka, kocha cię bezwarunkowo, bez żadnych powodów, ot dlatego że jesteś. Nie mniej ważne jest też to, że chodzisz z nim na spacery, karmisz regularnie (im częściej i obficiej tym lepiej),  tarzasz się po dywanie, próbując uniknąć polizania po nosie i wyrywając mu z pyska różne rzeczy (nierzadko będące twoją własnością) no i oczywiście drapiesz, głaszczesz i czule przemawiasz do psa, tekstami: "Głupi BYDLAKU, zeżarłeś moją kanapkę!" albo "TO BYŁ MÓJ NAJLEPSZY KRAWAT!!!" Ogólnie jednak kocham mojego psa a ten odwzajemnia moje uczucia, wykonując jakiś obłędny taniec, kiedy wchodzę do domu, przychodząc w nocy do sypialni tylko po to żeby polizać mnie, po tym co akurat wystaje spod kołdry lub gryząc pod moją nieobecność zostawione gdzieś na podłodze słuchawki (o to akurat nie mam pretensji - powinny leżeć w szufladzie). Dziś jednak przyznaję że wzruszył mnie do głębi.
Przyszedłem właśnie po zwyczajowych 8 godzinach nieobecności, więc po powitaniu swojego człowieka w stylu lambada, Pies wygodnie rozpostarł się na podłodze przy kanapie czekając na zwyczajową dawkę drapania i głaskania. Niestety zadzwonił telefon i człowiek, należący przecież do psa musiał znowu wyjść, bez spełnienia swoich popołudniowych obowiązków. Z reguły Bydlątko zostając sam w domu i kładzie się na łóżku grzecznie chrapiąc, aż butelki dzwonią w barku. Wróciłem po najdalej 30 minutach. Pies stał sobie grzecznie w przedpokoju i jakby nigdy nic merdał ogonem i całą resztą siebie, podejrzanie unikając jednak mojego wzroku.
- No chodź Bydełko moje, chodź... powiedziałem potykając się o własnego buta, leżącego na samym środku przedpokoju.
- A to co ma być do licha?!  - warknąłem  zirytowany, bo akurat ratując się przed upadkiem, stanąłem odciskiem na klapek wyciągnięty najwyraźniej z szafki na buty.
"Bydełko" zdążyło zrejterować na sofę i ułożyć się wygodnie na kocykach i podusiach. Patrzyło też na mnie wzrokiem pełnym przekonania o swojej kompletnej niewinności. A wokół niego na tejże sofie leżały WSZYSTKIE BUTY jakie tylko udało mu się zebrać i wyciągnąć z zakamarków przedpokoju w ciągu 30 minut.
- ZŁY PIES! OKROPNY POTWÓR! CO TO MA BYĆ! NIE WOLNO WYCIĄGAĆ BUTÓW!!!
Oczywiście zdawał się ich nie zauważać, patrząc na mnie wzrokiem pełnym wyrzutów.
- No i co się czepiasz? Przecież ja ich nie wyciągałem! Same przyszły! Serio!
Nie uwierzyłem i kontynuowałem moją tyradę, więc łaskawie zwlekł się z sofy, westchnął z rezygnacją i majestatycznie podreptał na swoje miejsce, Skubany, dobrze wiedział, że i tak go tam odeślę. Mój Pies ma jednak to do siebie, że szybko wybacza. Po dwóch godzinach
"focha", przylazł, usiadł na dywanie obok mnie i polizał mnie po kolanach.
- To co, człowiek? Już ci przeszło?
Nie przeszło mi, ale nie wytrzymałem spojrzenia tych brązowych ślepi i głupkowato uśmiechniętej mordy. Podrapałem go pojednawczo pod brodą.