środa, 17 lipca 2013

Jedzie pociąg dalekobieżny.

Umyśliło mi się, żeby do Gdańska jechać pociągiem. Dzieciaki jeszcze w życiu nie jechały takim czymś, no i nie chciało mi się męczyć jazdą samochodem. Prawda że sprytnie? Ot, wsiadam sobie w punkcie L i jadę prosto do punktu G (bez skojarzeń proszę!).


Niestety w naszym kraju nic nie jest tak oczywiste. Z Lublina do Gdańska jest raptem niecałe 600 kilometrów samochodem. Czyli 6,5 godziny spokojnej jazdy. Jak się okazuje pociągiem jest to aż 8,5 godziny. Dlaczego? No powiedzmy, że tory nie idą w linii prostej. Ale pal sześć! Ostatecznie siedzę sobie wygodnie w pociągu, mogę pospacerować po korytarzu a nawet do WARS-a podejść na kawę.
W Lublinie podstawiono skład pamiętający moje wojaże za czasów licealnych, aż łza się w oku kręciła. Od kurzu, bo moje uczulenie od razu dało znać o sobie. Łyknąwszy więc leki na alergię grzecznie zająłem miejsce w przedziale. Brak wentylacji sprawił, że podróż upływała nam wesoło - albo trzeba było otwierać okno i drzwi przedziału, albo dusić się w temperaturze około 28 - 30 stopni. 8 godzin tej podróży przypominało więc saunę - dosłownie - ogrzewanie i schładzanie na zmianę. O stanie toalet nie wspominam - broń biologiczna przy tym to dziecinna zabawka.
Przyznaję, że za Warszawą nawet udało mi się zdrzemnąć, wciśniętemu w szybę od strony korytarza i moją najmłodszą pociechą śpiącą obok w jakiejś niemożliwej do osiągnięcia bez dziesiątek lat ćwiczeń pozie jogi. Z tego błogiego stanu wyrwało mnie gorąco wydobywające się z wentylacji (ogrzewanie działało!), ktoś bowiem z obsługi zasypiając uruchomił ogrzewanie na cały regulator. Super. Kolejne trzydzieści minut spędziliśmy wietrząc i chłodząc wnętrze przedziału - podobnie jak reszta pasażerów, która cudem uniknęła ugotowania.
Tak więc wytrzęsieni, spoceni i brudni wysiedliśmy na dworcu Głównym nieco po 4 nad ranem. Oczywiście o zakwaterowaniu mowy nie było bo mieszkanie zajęte i poprzedni goście śpią jeszcze smacznie. Pogodna nie nastrajała do spacerów porannych, bo leje - McDonald's dopiero od 4:30 a schody okupuje bardzo malownicza grupka bezdomnych punków. Dobrze przynajmniej, że przechowalnie bagażu są automatyczne, przez co czynne całą dobę.  Rozwiązaniem optymalnym było kupienie biletów powrotnych. Pani w okienku była uczynna i miła, przepraszając że nie może zapewnić miejsc w jednym przedziale zapewniła, że od Warszawy będzie lepiej. Jasne. O tak wczesnej porze, bez kawy przyjmiecie wszystko za dobrą monetę. Tak jak my. Pani tylko łaskawie nie dodała, że w Warszawie zmienimy pociągi. Drobiazg prawda ?



Po trzech dniach intensywnego zwiedzania, przejściu około stu kilometrów ulicami całego Trójmiasta, z walizą pełną zakupów (pamiątki, ubrania, torebka, jedzenie, piach z plaży itp.), żałując, że nie potrafię używać czarów jak Harry Potter, żeby to cholerne ważące pół tony koromysło zmniejszyć albo przynajmniej lewitować, zjawiliśmy się na stacji kolejowej po raz wtóry.
Tym razem z wsiadaniem było gorzej - pociąg jechał skądś tam i zatrzymywał się jedynie na kilka minut. Byłem na rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem. Mniej więcej to samo.  Z tym, że rycerstwo okładało się różnymi żelaznymi rzeczami i samo zakute było w blachy, pasażerowie zaś czynili sobie krzywdę czym popadło począwszy od parasolek a skończywszy na aluminiowej hulajnodze, którą jakiś mało przewidujący tatuś wrzucił na podłogę korytarza i byli znacznie lżej opancerzeni.
Wśród wrzasku i narzekań oraz wzajemnych przeprosin taszcząc mojego walizkowego Moby Dicka, nieco zmieszany na skutek bliskiego kontaktu z hulajnogą oraz walizką pewnej paniusi, o którą potknąłem się byłem po drodze, udało mi się wcisnąć do przedziału.


Wielu jednak gorzej się powiodło albowiem ICC sprzedawało bilety na ten pociąg do bólu. Jakby zapominając, że ilość miejsc siedzących a nawet stojących jest ograniczona. Wagoniki były co prawda nowoczesne (gadało coś z głośnika, wyświetlało prędkość i temperaturę a w okienkach były rolety zamiast firaneczek) ale za to gdybym miał kłopoty z prostatą pewnie stałbym i tak przy WC.  Przejście do tej instytucji zabrało mi - łącznie z konwersacją z przygodnie deptanymi współpasażerami  - jakieś 15 minut. Przy okazji przekonałem się ponownie, że podróże kształcą. W bezpośrednim sąsiedztwie ubikacji jakiś ziomal w czapeczce bejsbolisty i dresie a'la strój ludowy mieszkańców Nowej Huty, uczył jakiegoś młodego potomka Goethego naszej słowiańskiej mowy: "No, k...a..  jarzysz Szkopie? Dzień dobry, k...wa, się mówi, ale i tak ni ch... nie kumasz, co? Ajn cwaj fersztejen?" Pod wrażeniem tej konwersacji tyleż malowniczej co uczonej, pozostałem do Warszawy, gdzie na skutek debilnego rozkładu jazdy musieliśmy się przesiąść. Na szczęście po przesiadce okazało się, że tłok się zmniejszył i tylko ja stałem na korytarzu albowiem na jedynym jeszcze wolnym miejscu w przedziale leżała torba z kanapkami pewnej pani, przypominającej mi jak żywo pewnego dość obrzydliwego płaza. A ja nie miałem już siły na asertywność (w przeciwieństwie do mojej starszej pociechy). Na szczęście te 3 godziny upłynęły dość szybko i taszcząc ogromną walizę do taksówki z postanowieniem niekorzystania z PKP w najbliższym stuleciu, znowu poczułem się na swoim miejscu.