wtorek, 1 października 2013

Poranek w korpo - reklamowa porażka.

Nie lubię poniedziałków. Pewnie tak jak przynajmniej 50 % ludzkości. Szczególnie jeśli po całym weekendzie resetowania mózgu należy wrócić do pracy z samego rana.
Jestem pierwszy w biurze. W pokoju, jeszcze ciemnym, unosi się w powietrzu lekki fetorek , łatwo zidentyfikować przyczynę - kosze nie wymienione, a w nich pudełka po piątkowej chińszczyźnie. Przecierając nieco kaprawe oczęta, udaję się do socjalnego z pustym czajnikiem, zapalam światło i machinalnie nalewam wodę pod korek, potem do toalety przemyć twarz i obudzić się trochę.
Strasznie jedzie, pewnie znowu zapchał się odpływ. Cholera. Nie ma ręczników? Nie ma mydła? Ogólnie jest tylko woda. Może przynajmniej papier jest? Nie ma! Ktoś poodkręcał nawet dozowniki mydła i ręczników.





Zrezygnowany, mokre łapy wycieram w spodnie. Wytarcie twarzy w spodnie to zbyt wielka ekwilibrystyka jak dla mnie, więc używam koszuli. Zabieram czajnik i robię sobie kawy.
Otwieram okno w pokoju, nakładam kurtkę i włączam komputer. W skrzynce odbiorczej jedna wiadomość nieprzeczytana. W niej zdjęcie faceta w garniturze, najwyraźniej zadowolonego z życia. Zamykam czym prędzej okienko poczty, ale na pulpicie zamiast kwiatków - uśmiechnięta twarz faceta w garniturze. Odpalam intranet - ten sam facet uśmiecha się bezczelnie i tym razem widzę pewną ironię w tym uśmiechu. W internecie na każdym portalu gość znowu uśmiecha się do mnie z bannerów i reklam. Po chwili, kiedy zamykam oczy widzę tego gościa jak krzywi się do mnie z wyższością w swoim dobrze skrojonym garniturku. I nijak go wyłączyć, przerwać błędne koło, oczyścić mózg z tej wizji.  Wchodzi Paweł i rzuca zdawkowym "cze". Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jeszcze się nie obudziłem. Bitch please!