poniedziałek, 13 stycznia 2014

Alkomatyzacja

Okres świąteczny to zwykle u nas w kraju wolne dni. A jak wolne to wiadomo, trzeba spotkać się, chlapnąć trochę wódeczki, no przecież za kołnierz wylewać nie wypada. Wujaszek z chęcią napełni kielonki, i siuup na jedną nóżkę, potem na drugą, trzecią (he, he) i za jakieś tam spotkanie... hik! a poootem jeszcze raz.. i jeszcze... aż nie padniesz pod stół. Bo wypić przecież trzeba. No i ch...! A, że dzieciak akurat się gapi na ojca czerwonego jak burak i bełkocącego trzy po trzy? Nic to! Jeszcze go tatuś do domciu zawiezie, bo tatuś jak pochla to się robi .... ten .. no... Szumajcheer... taaaaki szybki..... i formuła... hik!.... jeden! A wujek i stryjek, kiwają (ledwo) głowami z podziwem. No udał się nam chłopak. Patrz ledwo stoi a gumę spalił z miejsca!
Śmieszne ? Nie - tragiczne, Tak jak zabójstwo dziewczyny na przejściu w Lublinie, bo narąbany gliniarz wracał, w poczuciu własnej bezkarności z balangi, jak zabójstwo połowy rodziny w Kamieniu Pomorskim, jak setki i tysiące innych tego typu wypadków. Statystyki! Statystyki i raporty, gdzie każdy z tych wypadków jest jedynie cyfrą, zaburzającą porządek rzeczy. Więc rząd musi coś robić. Edukacja? Zwiększenie kar za jazdę po pijaku? Prewencja ?
Nie. Rząd wymyśla, że w każdym samochodzie będzie musiał być alkomat. Takie tam ustrojstwo kosztujące od 150 do kilku tysięcy złotych. Zabaweczka po dmuchnięciu w którą, można zobaczyć czy akurat mamy we krwi alkohol czy nie. I oczywiście, kierowca wsiadając do samochodu będzie dnuchał w tą zabaweczkę i jak zobaczy wynik większy niż norma, to już nie pojedzie. Ani nawet silnika nie zapali.
Debilizm  i naiwność naszych rządzących w tej jednej akcji przechodzą wszelkie normy przewidziane. Samo wydanie przepisu niestety nie zmienia rzeczywistości.
Nawet jeśli będziemy mieli alkomaty za 5 000 złotych na pokładzie każdego autka wartego 1500 złotych, nieczego to nie zmieni. Gdyby jeszcze urządzenie było połączone z zapłonem i przy wykryciu dawki śmiertelnej nie pozwoliło zapalić autka, miałoby to jakikolwiek sens. Jednak kiedy zakładamy, że każdy napruty w dechę morderca, wsiadający za kółko, jak już użyje alkomatu to zmądrzeje i wytrzeźwieje, jesteśmy zwykłymi frajerami.
Moi koledzy w jednym z barów bili rekordy wskazań alkomatów. Nie pamiętam na czym stanęło, ale zdaje się iż przekroczono dawkę śmiertelną. I rekordzista dumny był okropnie i brawa zebrał od całej sali. Chociaż tyle, że wracał taksówką. Więc niech mu będzie na zdrowie!
Obrazuje to jednak pewną naszą cechę narodową. Pijanemu się wybacza, bo to takie dziecko niewinne, trzeba go do domku odprowadzić, utulić i żałować. Może i pijanica, ale niezły herbatnik! Tymczasem za kółkiem to nie jest zwykły pijak. To morderca mający w ręku bardzo niebezpieczną broń. Pozwolić mu prowadzić, to jak dać małpie brzytwę.
Jedynym wyjściem w tym wypadku, jest brak tolerancji dla pijanych kierowców, nie ze strony policji czy sejmu, ani nawet księdza proboszcza. Ze strony rodziny, kolegów, żon, kochanek, dzieci, wujków i kompletnie obcych ludzi. Zabierając takiemu rajdowcowi kluczyki i czasami dając mu po mordzie, bo się stawia, nie obrażamy go i nie krzywdzimy, tylko ratujemy mu życie. Jemu albo jego niedoszłym ofiarom.
A alkomatyzacja, to tylko zwykły PR oraz próba obłożenia kierowców dodatkowym podatkiem i zapewnienie obrotów jakiejś firmie, należącej pewnie do krewnych i znajomych Królika, która akurat jest importerem alkomatów z Chin.