poniedziałek, 13 stycznia 2014

Sezon burz


Lubię książki Sapkowskiego. To takie moje spełnienie tolkienowskich fantazji o Władcy Pierścieni dla dorosłych. Tu elfy są nie tylko cukrowato dobre ale i doprowadzone do ostateczności przez panoszących się ludzi, krasnoludy klną jak szewcy i kipią niewybrenym humorem a wampiry czasami są na odwyku. Nic więc dziwnego że pragnąłem położyć łapy na najnowszej książeczce o Wiedźminie. I udało się chociaż pewnie sam bym sobie jej nie kupił. 
Przynaję że siadłem w Święta i przez dwa dni pochłonąłem książkę w całości. Odkładając ją jednak na półkę, poczułem uczucie pewnego niedosytu. 
Niby było tu wszystko: Geralt z Rivii jak zwykle na pograniczu dobra i walecznej naiwności, inteligentne i seksowne Czarodziejki o bliżej... hmm.. nieokreślonym wieku (w każdym razie średnio powyżej 200 lat) niewinne dziewice , potwory, szaleni naukowcy, wredni czarodzieje, rubaszne i proste w obyciu krasnoludy, których przyśpiewki przyprawiają nawet doświadczone kurtyzany o rumieńce. A jednak czegoś mi brakowało.  Nie to że było źle. Było bardzo po sapkowskiemu, krew się lała strumieniami i było w tym pewne przesłanie. A jednak odczułem, że autor pisał nieco z przymusu, jakby wyczerpał już formę w poprzednich tomach i nie pomogło mu w tym, ani przerzucanie czarodziejsko akcji z miejsca na miejsce, ani podstępne intrygi, ani nawet erotyczne przygody bohaterów. 
Przyznaję, że opis kordegardy wraz z jej stażniczkami był uroczy, ale brakowało mi w tym wszystkim tego miłego moim myślom filozoficznego zacięcia pierwszych książek, nie baśniowej i nie przygodowej fabuły, ale oddawania w tym wymyślonym świecie części nas samych. 
Mimo to zachęcam fanów do kilku godzin całkiem solidnej rozrywki z książeczką. Odrobina uśmiechu i odpoczynku, zawsze sie przyda. Burzy jednak się nie spodziewajcie. Tak widać bywa czasami. A może to tylko wstęp i próba przed czymś naprawdę niezwykłym i nowym.   
Va'esse deireádh eap eigean...