środa, 30 lipca 2014

Leczenie za dopłatą.

Zdarza się czasem, że człowiek zachoruje nieco poważniej niż na katar. To całkiem normalne - ostatecznie jesteśmy śmiertelni i tak dalej. Biorąc pod uwagę seriale o lekarzach i szpitalach jakie się zdarzy człowiekowi obejrzeć w telewizorni, takie chorowanie to miód, malina i ogólnie szpas niesamowity. Ledwie bowiem złapie choróbsko i w szpitalu się zjawisz bracie już lekarz pędzi do Izby Przyjęć, pielęgniarki o urodzie króliczków playboya, robią wszystko żeby pacjent czuł się lepiej niż muzułmańskim raju i wykonują tysiące badań i zabiegów w rodzaju punkcji lędźwiowej, tomografu, lewatywy, RTG, USG i co tam jeszcze sobie człowiek za akronimy przypomni.

Rzeczywistość bywa jednak nieco odmienna. Lekarz na Izbę Przyjęć schodzi dopiero jak dopije 5 kawę i skończy czytać artykuł w fachowym czasopiśmie, na wykonanie badań nie ma już limitów z NFZ a z doktorem House'm łączy go jedynie mizoginizm i ogólna awersja do pacjenta, przeszkadzającego w tak ważnym dla lekarza dokształcaniu się.
Co najzabawniejsze płacę miesięcznie tak średnio 500 złotych na jakiś tam Narodowy Fundusz Zdrowia. Ma on niby zapewniać mi opiekę lekarską i usługi służby zdrowia. W teorii.  I znów teoria od praktyki jest zupełnie różna. Obdzwaniałem niedawno pracownie tomografii komputerowej, z pytaniem, na kiedy da się zrobić takie badanie. W większości odpowiedź brzmiała, że w tym roku to mogę sobie najwyżej pomarzyć, najbliższy termin to gdzieś w marcu 2015. Ale gdybym chciał to za 400 złotych, mogę oczywiście przebadać się w ciągu dwóch dni. No, to jak to jest do cholery panie ministrze? Płacę kilka dobrych tysięcy rocznie a nawet nie mam co liczyć na podstawowe badania? To ja się chcę wypisać z tego NFZ - jak zapłacę taką kasę prywatnej klinice to będą mnie codziennie odwozić karetką do domu i raz w tygodniu zrobią mi badania wszelkie, a jak nie daj Bóg zachoruję, to umieszczą w prywatnym szpitaliku i będą robili wszystko żebym przeżył i w przyszłym roku  mógł nadal płacić abonament.
Jedynym wytłumaczeniem takiej polityki jest spojrzenie globalne - mniej wydajemy na badania - więcej obywateli umiera - mniej wydajemy na emerytury - więcej zostaje kasy na wyjazdy i luksusy dla rządu i parlamentu. Teraz wszystko logiczne i zrozumiałe, nieprawdaż?