poniedziałek, 14 lipca 2014

Rekiny pracy.

Wypoczywam. To znaczy leżę sobie na trawie, liczę chmury albo leniwie rozglądam się po okolicy. A okolica jest prześliczna. Mazury, niewielkie miasteczko w którym wszyscy znają wszystkich i ogólnie rzecz biorąc niewiele się dzieje. Jezioro w którym nawet raki bytują sobie całkiem spokojnie, dając świadectwo czystości wody znacznie pewniejsze niż SANEPID. Obserwując przyrodę, oprócz łabędzi, perkozów dwuczubych, zauważyć można również ciekawe zachowania gatunku homo sapiens.
Tenże gatunek nie przestaje mnie zadziwiać i wprawiać w osłupienie. Otóż w trakcie sezonu gminne władze wpadły na pomysł żeby poprawiać kostkę na ścieżce nad jeziorem  - traf chciał, że akurat pod moimi oknami. Miałem więc okazję obserwować brygadę fachowców przy pracy.
Nad ranem czyli około 7 nadjechały samochody w tym wielgaśny star z pracownikami i sprzętem, zdarto kostkę z chodnika na odcinku około 20 metrów i kierownik budowy, wydawszy rozporządzenia odjechał - pewnie na inne ważne odcinki prac. W 20 sekund po jego odjeździe dało się zaobserwować pewne rozprężenie. Panowie fachowcy rozpoczęli przerwę śniadaniową. trwającą około godziny. Również lubię zjeść, co zresztą widać i nie mam nic przeciwko porannemu posiłkowi, który jest najważniejszy i ogólnie lepiej kiedy jest obfity. Po tej jednak pauzie w pracy przyszła pora na przerwę na papierosa, trwającą około 30 minut. Po tym czasie brygada wzięła się za wykonywanie zadania które przed nimi postawiono, czyli poprawiania nawierzchni. Pan Piotrek, na oko najstarszy z fachowców, zaczął układanie kostki, przyciął fachowo deseczki do wyrównywani i ogólnie zrobił na mnie wrażenie. Pozostali schronili się w cieniu lub komentowali fachowo poczynania dziadka. Gość o ksywce "Rekin" udowodnił, ze na nią zasługuje, zrzucając kombinezon i włażąc do jeziora, żeby zażyć kąpieli. Reszta dowcipkując komentowała jego poczynania. W końcu jednak uwagę ich zwrócił pozostawiony przez kierownika teodolit, taki dinks, który przecież można wykorzystać jako lunetę. Co też uczynili przyglądając się turystkom plażującym w ośrodku na drugim brzegu jeziora i komentując ich niezaprzeczalne zalety i wady. Około 11 nagle wszyscy rzucili się do pracy jak prawdziwi stachanowcy. Oprócz spoconego i zmęczonego pana Piotra cała brygada zaczęła pracować jakby pracowali na akord. Zacząłem już myśleć że oto skończyli strajk. Bynajmniej. Tylko kierownik wrócił na chwilę zobaczyć czy wszystko gra. No masz że grało! co prawda postęp prac był mizerny, ale w takim upale to wiadomo, że wolniej człowiek pracuje! Po 20 sekundach od odjazdu kierownika sytuacja wróciła do "normy". No i jak tu się dziwić że w tym kraju jest jak jest? Panowie "fachowcy" wykonali pracę, która powinna zająć im dwie, góra trzy godziny w 8 i zarobili na tym co najmiej o 5 więcej stawek godzinowych, nie przepracowując się i zażywając wypoczynku a gmina z kasy podatników, czyli jej mieszkańców i tak zapłaciła. A następnego dnia zrobili kolejne 20 metrów za tą samą stawkę. To się nazywa złoty interes. Gratulacje!

Zabawy z teodolitem

Śniadanie w trawie