poniedziałek, 18 czerwca 2012

Reminiscencje wyprawy wojennej.

Jakoż wiadomo wszem, iż czyny bohaterskie a sławne godzi się na wieczystą pamięć pokoleniom przyszłym pozostawić, ku ich zbudowaniu i sławie bohaterów nieśmiertelnej, tak ja rycerz prosty, słowami niewprawnymi wyprawę ową, w której przyszło mi udział brać opisać pragnę, aby rycerskie czyny i chwała wojenna Kniazia naszego miłościwie nam panującego i wojsk jego przesławnych w zapomnienie pójść nie mogły a pieśnią przez potomków naszych wychwalane były na wieki. 
A poczęło się ono zbożne dzieło w piątek 15 czerwca roku pańskiego 2012 o świtaniu prawie. Na rozkaz wydany przez miłościwie nam panującego Kniazia naszego Jaśnie Oświeconego, w miejscu zwanym Globusem, gdzie igrzyska sportowe odbywać się w mieście naszym zwykły, hufce nasze w liczbie ponad pół sta rycerzy godnych a drugież tyle lub i więcej białogłów, jako że w ziemi naszej te równie w polu stawać gotowe, zebrały się sprawnie, prowadzone ręką wprawną przez chorążych. I każdy rycerz z ochotą stawał zbrojny ilością trunku, zdolną zabić stado elefantów afrykańskich. Ruszyliśmy tedy ku północy, śpiewając w drodze miast  "Bogurodzicy", pieśń równie miłą uchu, "Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa.. do Mrągowa nad jeziorem Czos".  Celem bowiem owej wyprawy, tak dzielnie poczętej miał być gród ów od wrażego Mazurów panowania srodze podówczas pognębion i zażycie wojny a zdobyczy wojennej, której wojska nasze dzielne i waleczne, od lat i miesięcy nie zaznały. Łupów też siła każdy obiecywał sobie do dom przywieźć, jako iż wiadomym jest, że ziemie one słynne dobrobytem, a i bogactwem turystyką zwanym, której zażyć nam obiecywano z dobrodziejstwa Wodza i Kniazia naszego. 
Przyznam, że z ochoty mało co i całkiem gardeł nie zdarliśmy, wznosząc na cześć Księcia Pana okrzyki radosne i wyjąc pieśni pełne męstwa, choć od gorąca i okowita w jukach naszych, szybko mimo klimatyzacyji, nabrała temperatury pokojowej. Co jak każdy rycerz cny rozumie, po drugiej kwarcie i tak nikomu nie szkodziło. Siedząc z dobrą mą kompanią na samym przodzie górnej galerii wozu naszego, doprowadzaliśmy do rozpaczy siedzących pod nami towarzyszy, którym gorzej się powiodło, albowiem z braku zwierzchności jakowejś i służby zbywszy zawczasu, mogliśmy jako to na każdej wyprawie dobrej rycerstwo na śmierć idące, pić na umór i zażywać pieśni, aby w chwilach ostatnich zaznać radości i dobrej kompanii, z którą i w bitewny ogień nie strach skoczyć. 
Jakoż i drogi samej to może i nie zapamiętaliśmy wiele, za to malowniczo wysypaliśmy się kwieciem różnokolorowych szat na dziedziniec zamku, w którym kwatery nam naznaczono i z pewnym trudem, albowiem korytarze kręte były i ciemne a łuczywa znaleźć nijak nie było, trafiliśmy do komnat naszych. Po obiedzie obfitym, w stanie ducha pogorszonym chorobą straszną jaka każdego po okowicie dotyka a kacem wśród ludu naszego zwaną, z miną nietęgą udaliśmy się na wojsk odprawę, gdzie bakałarz jakowyś, rady dawać miał nam jako to do zwycięstwa dojść poprzez sztukę umysłu. Szczęśliwie jeno kwadrans trwało misterium ono - nikt nie był w stanie zdzierżyć dłużej  - druh mój serdeczny Emil z Olszowa, magister scientiorum  - w sztuce matematycznej kształcony, do tego stopnia pogrążon był, iż nie potrafił napisać rzymskich cyfr do dziesięciu i ósemkę zapisał był jako IIX, co salwą śmiechu skwitowali ci co śmiać się jeszcze mogli i przytomnie widzieli co się dzieje. Takoż i wojsko utyskiwać poczęło, iże po tak trudnej drodze wywczasu właściwego nie zażyło i przeciw dyscyplinie sarkać.
A tu bez litości wodzowie nasi, miast pozwolić wojsku dojść nieco do siebie - jako ćwiczenia taktyki gry miejskie na orientację zarządzili. Wymarsz ogłoszono natychmiast po onej  konferencji, w grupach niczym na bitwę straszliwą uszykowanych! I biegiem marsz! Estymą wielką darzę ów "biegiem marsz" zazwyczaj, ale w moim wieku podagra i nieznośny ból istnienia, wywołany przez niebagatelną ilość trunku spożytego w trakcie jazdy, obiadu i piętnastominutowej przerwy, wywołały niejaką niechęć, jeśli nie niemożność, nadążenia za znacznie mniej posuniętymi w latach i doświadczeniu drużynnikami i białogłowami, które rącze będąc nad miarę, popędziły w przód, za siebie się nie oglądając. 
Pragnąc mimo wieku posuniętego i choroby onej, która do biegu niezdolnym mnie uczyniła, wszelkie rozkazy wypełnić, chciałem pędzić za nimi, lecz niestety napotkany tubylec nie zechciał mi użyczyć roweru, odpór prośbom moim stanowczy dając. Nic więc dziwnego, że zmordowany upałem, zostałem daleko w tyle, utykając na lewą nogę i klnąc jak szewc, dla niepoznaki. Ot i starość - pomyślałem - pewnie zagubię się tu w kraju onym pogańskim i kres kompletny na mnie przyjdzie. Zginę tu ja i pchły moje! 
Los mój jednak, dopełnić się miał widać kiedy indziej  - oto kątem oka dostrzegłem nadchodzące zbawienie w postaci niedobitków z innej grupy - tak się składało, że i oni całkiem również upadli na duchu i ciele i mimo ochoty wielkiej zagubieni byli tak jak ja! Cóż za przykład więzi i zintegrowania wojsk naszych! Byłem oto ocalony i mogłem walczyć o wraz z towarzyszami mymi samopięt. Tak więc postanowiliśmy godnie uczcić nasze wybawienie, w najbliższej gospodzie. Tamże gasząc pragnienie i topiąc smutek i troskę o towarzyszy, którzy niechybnie w bitwie zdobywali sławę, w zimnym kuflu piwa z soczkiem, dzięki zanosiliśmy niebiosom za wybawienie z tak trudnych terminów. Przekonani, że owa driakiew lekiem będąca na wszelkie przypadłości, sił nam doda niechybnie, abyśmy i my mogli hańbę słabości naszej zmyć mogli bohaterskimi czynami
Jakoż po chwili rozległo się wołanie o pomoc towarzyszy, którzy zostali wcześniej od nas na tyłach i postanowili odbić pobliski obozu naszego bar pohańcom! Jako odważni woje, nie mieszkając ruszyliśmy w sukurs - akurat zbieżnie do drogi powrotnej do naszego obozu, a całkiem i zupełnie w innym kierunku, niż pozostałe wojska nasze. Po dość krótkim marszu, zmęczeni ale wciąż waleczni duchem, przyłączyliśmy się do towarzyszy naszych, plądrujących pobliską tawernę u Zygiego, gdzie na szyldzie we wrażym nam języku germańskim, stało napisane Bei Sigi - stąd też i wściekłość nasza, a chęć zdobywania onego miejsca, aby dać znać germańskiej zawierusze, że z Polakami wygrać nie zdoła. Tak i zwycięstwo ono dzięki zapałowi naszemu, pewnym się stało i sławę naszą chwalić mi tu przyjdzie, jako że po kilku ledwie chwilach i bez oporu prawie bar został wzięty, a dzielni woje zmęczeni lecz szczęśliwi, mogli znów wzmocnić się szlachetnym chmielowym trunkiem. Po splądrowaniu piwniczki zdobytej tawerny i pozostawiwszy towarzyszy ucztujących, radosnych i bezpiecznych, ruszyłem nie napotykając oporu, ani sił sprzymierzonych, w stronę zamku naszego, zażyć odrobiny wywczasów nim nadejdzie reszta wojsk naszych, aby gotowym być do dalszej służby wiernej jak szlachcicowi przystało.Takoż i jakąś godzinę później sterani walką, acz dumni - zazdrosnym wzrokiem patrząc na nas  - pachnących po kąpieli i w czyściutkich strojach, wrócili sławni woje nasi głośno chwaląc się zwycięstwem i przewagami jakie w trakcie onej bitwy wielkiej zdobyli. A to stając oko w oko z tubylczym plemieniem pogańskim, tuż syreny za przeciwniczki mając i inne stwory spotykane jeno w legendach. A chełpiąc się niemiernie z czynów swoich niezwykłych. 
Ostatecznie po dwóch godzinach, kiedy wszyscy rozpełzli się po hotelu i okolicy, dokańczając pozostałe z podróży napitki, tudzież zażywając kąpieli i masaży, leczących rany w bitwie otrzymane, zwołano wszystkich z powrotem do sali, gdzie już w gotowości stał słynny bard - Paweł z Eski, pełen krotochwil i pomysłów na to jak
zabawić towarzystwo konkursami, śpiewem i tym podobnymi igrami. A wszyscy, prócz nielicznych w których grupie się znalazłem, szaty założyli przednie a frymuśne na modę lat 70-tych poprzedniego wieku. Zabawa więc miała się odbyć pod hasłem ówczesnym "sex, drugs and rock'n'roll" z języka Angielczyków wziętym a oznaczającym poróbstwo, okowitę i muzykę. Jakoż tak i było. Przyznać  trzeba, że widok białogłów nam towarzyszących niezwykły był, jako iż zwykle w kaftanach zgrzebnych a strojach prostych chodzące, tu nad podziw godnie prezentować się zdały. Gdyż na co dzień ani w połowie tak powabnie nie wyglądają. Chociaż może wrażenie owo potęgowała ilość trunków wysoce szkodliwych, jakie nadal w siebie wlewaliśmy, siedząc w trakcie gier i zabaw w komnacie, gdzie napitek i jadło służba zamkowa na rozkaz Kniazia nam przygotowała. Niektórzy rycerze w ich liczbie i druh nasz serdeczny Emil z Olszowa, również stroje przywdziało wymyślne a sprośne, ku uciesze gawiedzi a w szczególności białogłów. Nas jednak doświadczonych wojów niewiele rzeczy było w stanie oderwać od pełnych pucharów. Może z wyjątkiem tańców. W których biegłość równą ochocie wykazywać nam przyszło jako że po tej ilości wypitej gorzałki większość z nas uznało się za tancerzy nie gorszych od znanych trubadurów zamorskich- Johna Travolty czy Patryka Swayze. Jakoż w istocie wszyscy z mniejszym lub większym efektem wywijali hołubce mniej więcej do rytmu. Zdawało się, że nikomu to nie przeszkadza więc zabawa szła w najlepsze. Tu jednak i ówdzie, ze zmęczenia pewno, niektórzy rytm poczęli gubić kołysząc się zgoła w innych melodiach niż akurat wybrzmiewające, a potem w grupach lub samowtór poczęli znikać z parkietu, na dłuższe lub krótsze chwile.



W samym zabawy szczycie, nadeszły niespodzianie hufce pogańskie plemienia Mrągowian z zamiarem odbicia nam zamku, zapasów oraz prawdopodobnie palenia i zadania gwałtu wszelkiego (o czym w wielu wypadkach i mowy po prawdzie być nie mogło). Zaroiło się tedy ćmą pogańską i niczym szarańcza szło na nas od lasu. I wtedy własnymi oczami ujrzałem Kniazia naszego jako z błyskiem lwim w oku na czele wojska staje i swych rycerzy woła i druhów moich serdecznych Grzegorza z Wierzchowisk i Maćka z Czechowa, jak mężnie w polu stają w gotowości - a każdy w ordynku. Mimo, iż z głów się kurzyło jeno hetman zawołał, tak i wojsko sprawiło się dzielnie. Wróg ujrzawszy wojska straszliwe i uszykowane, serce do walki całkiem stracił i pole oddał pierzchając w popłochu. Tak też i bez bitwy, dzielne wojsko wróciło do zabawy przerwanej tak nagle i nagrodę po większej części odebrało z rąk dam swoich. Ja jako, że swojej damy nie miałem na podorędziu, nagrodę sam wziąłem w postaci kolejnego garnca piwa wybornego. I tak też walcząc bezkrwawo, do świtania samego większość legła w jakiej bądź komnacie pozostawiając na placu samych najwytrwalszych. Ci też w końcu na spoczynek się udali, jeno ja jako rycerz błędny, samotnie na pomoście siedziałem cierpiąc losu swego i opilstwa karę. Nad ranem też jako pierwszy z miną męczennika zwlokłem się na śniadanie i z niejaką satysfakcją wysłuchiwałem wieści przynoszonych przez towarzyszy powoli zbierających się na posiłek do refektarza. A wieści to były tyleż zatrważające co krotochwilne. Chwała jednak upływowi czasu  - czas bowiem było zapakować się do autobusów i wracać. I tak po drodze wychwalając swoje przewagi bitewne - na bardzo różnych polach, a każdy miał inną do opowieści i chełpienia się  historię, do domu wróciliśmy szczęśliwie i w gronie nieuszczuplonym bitwą ni chorobą. Takoż i opowieść moja kresu dobiega albowiem wszystko kres swój znajduje niechybnie.