środa, 24 kwietnia 2013

Doktor WHO i przedszkolaki - edukacja seksualna dla najmłodszych

Władcy od wielu tysięcy lat znajdowali tematy zastępcze. Założę się, że Amenhotep II, za pomocą ówczesnych urzędasów, wywoływał dyskusje społeczne pod tytułem: czy należy budować nowe piramidy w kształcie walca, zamiast jak dotychczas, jedynie dlatego, żeby nie myśleli o tym, że drugi rok z rządu Nil nie wylał jak należy. Podejrzewam również, że do chwili kiedy pierwszy barbarzyńca nie wpadł z mieczem zbroczonym krwią do sali senatu rzymskiego, senatorowie dysputowali zacięcie o tym, czy należy skrócić, czy wydłużyć ubiory czcigodnych rzymskich matron. Ponieważ historia lubi się powtarzać nasi sejmo-dioci oraz wszelkiego rodzaju komisje i organizacje międzynarodowe, słynne z tego, że ratują biedne misie polarne, ograniczają emisję tego lub owego związku i starają się doprowadzić to tego żeby panda się rozmnażała jak szalona, serwują nam kolejne przerażająco idiotyczne dysputy. Kilka dni temu usłyszałem, że w ramach dyskusji organizowanej przez WHO ( Światowa Organizacja Zdrowia) dyskutowano na temat, tak słodki i uroczy myślom każdego pedofila, jak edukacja seksualna w przedszkolu i możliwość wprowadzenia standardów WHO dotyczących tego, co przedszkolak (począwszy od lat 3) powinien wiedzieć o seksie. Cóż więc takie maluchy wiedzieć powinny? Powinny "wyrażać swoje potrzeby w kontekście zabawy w lekarza" oraz "stosować prezerwatywy i brać odpowiedzialność za bezpieczne i przyjemne kontakty seksualne".  Jak rozumiem w związku z tym, że już mamy w przedszkolach program "Tęczowego przedszkola" w którego toku chłopców przebieramy w spódniczki oraz peruczki aby udawali dziewczynki, po wejściu w życie równouprawnienia związków homosiów z normalnymi małżeństwami, jesteśmy w trakcie kolejnego etapu "tęczowej rewolucji" - legalizacji praw pedofilów i innych dewiantów - za wyjątkiem zoofilów, którzy mogą przecież krzywdzić pandy lub misie polarne.
Konferencja odbyła się pod patronatem naszego ministerstwa zdrowia i oczywiście ministerstwa edukacji.  Czyli za moją kasę z moich osobistych dochodów, na które ciężko zapracowałem a które państwo przeznacza na cele tak debilne jak wspomniana konferencja.
Po co przedszkolak ma "wyrażać swoje potrzeby seksualne" ? Bo według WHO takowe oczywiście posiada. Nie mam zielonego pojęcia. Co prawda lata 90-te pamiętam jak przez mgłę, ale pomimo braku edukacji i znajomości standardów WHO, nie narzekałem na brak satysfakcjonującego pożycia seksualnego - nawet z moją mało wyjściową gębą. Uważam również, że "krytyczne podejście do norm kulturowych i religijnych" jest moim dzieciom zbędne. Albowiem komisarzom z UE nic do tego jakie wartości chcę przekazać moim dzieciom. Skoro swoje chcą wychować na debili i dewiantów - służę uprzejmie, ja wolę klasyczne wykształcenie i będę dumny kiedy będą znały łacinę i potrafiły myśleć nie tylko ..hm.. genitaliami.
Niestety wszyscy są od nas mądrzejsi i ostatecznie to nie rodzice mają decydować czy chcą w przedszkolu podobnych eksperymentów, bo nie posiadają oni fachowej wiedzy na ten temat" Tak. To prawda. Nie jestem fachowcem od wychowania seksualnego. Podejrzewam, że szanowni komisarze też nie. Więc w tej dyskusji stoimy na równych pozycjach. Z tym, że ja jako biały, heteroseksulany, prawicowy moher, mam prawo jako mniejszość, które tak szanowni komisarze ubóstwiają chronić, żądać poszanowania moich praw do zachowania tożsamości, na równi z homosiami, pedofilami oraz transami. I powtarzam po raz kolejny. Nie wyrażam zgody na wydawanie kasy z moich podatków na tego typu inicjatywy. Kropka.  Jeśli natomiast szanowni komisarze mają ma dzieci, w co ośmielam się wątpić, albowiem mając tak nienormalne pomysły, muszą posiadać jakieś skrzywienia psychiczne na punkcie seksu z impotencją włącznie (ciekawe co powiedziałby na to Zygmuś Freud?), nie roszczę sobie pretensji do tego, w jaki sposób chcą wychowywać kolejne pokolenie dewiantów - byle u siebie w Niderlandach!