poniedziałek, 11 listopada 2013

Dzień Niepodległości 2013

W Warszawie na ulicach rozruchy, w telewizjach biadolenie nad podziałami narodu a u nas spokój i błogostan, jaki tylko na prowincji być może i być zresztą chyba powinien.
Przyznaję, że było odrobinę zimno, ale można było jak zwykle popatrzeć na składających wieńce, na popisy wojskowej orkiestry dętej - w tym roku ujęli mnie dość brawurowym wykonaniem marsza imperialnego z Gwiezdnych Wojen.
Jak zwykle grupy rekonstrukcyjne stanęły na wysokości zadania, dodając do kolekcji również malowniczy obóz kosynierów (w tym kosynierek, co z pewnością atrakcyjniejsze dla męskiej części odwiedzających). A poza tym pośpiewałem sobie z harcerzami do bólu gardła. Co fajniejsze pośpiewali sobie i inni. Miło było popatrzeć jak wspólnie z zuchami i harcerzami, śpiewają też przechodnie oraz babcie i dziadkowie a maluchy potupują do rytmu i tańczą sobie do znanych melodii w rodzaju "Przybyli ułani".
Oglądając wieczorem wiadomości myślałem, że dobrze jest mieszkać w mieście, może nie tak wielkim, ale za to normalniejszym niż stolica. I oby takim zostało.
Polityka i tak miesza się do nas bezustannie, a dni takie jak ten, są po to żeby pamiętać cenę jaką za wolność zapłacili nasi dziadowie i rozmawiać ze sobą. Z przygodnie spotkanymi ludźmi, którzy uśmiechają się do nas, częstują herbatą, albo po prostu przystają i na chwilę pozwalają i nam się zatrzymać razem z nimi. Tak to właśnie widziałem: