wtorek, 25 lutego 2014

Spacer po nieistniejącym mieście

Kończę właśnie ostatni z kryminałów o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim, napisanych przez Marcina Wrońskiego. I przyznaję, że niecierpliwie czekam na więcej. Wcale nie dlatego, że Zyga Maciejewski jest podobny do Herkulesa Poirot, rozwiązującego skomplikowane zagadki kryminalne za pomocą szarych komóreczek, nie dlatego, że za pomocą jednego śladu na miejscu zbrodni potrafi wskazać sprawcę za pomocą bezbłędnej dedukcji, jak Sherlock Holmes. On nawet nie jest tak przystojny jak porucznik Borewicz. Ale za to jest nasz. Lubelski.
Zwykły przedwojenny glina, mający kłopoty z alkoholem, czasami dający się wodzić za nos (pomimo, że nos czytelnika na milę wietrzy podstęp), ale gdzieś w tym niedogolonym gliniarzu w pomiętej marynarce i złamanym nosie ( tu podobieństwo pewne do Borewicza ;) ) drzemie poczucie sprawiedliwości, ta swojska "porządność" i "uczciwość", która każe mu iść śladem zbrodniarza, bez względu na wszystko dookoła. I cokolwiek by się działo, ten policyjny buldog, będzie konsekwentnie uczepiony śladu i będzie coraz bardziej zaciskał szczęki. I chociaż czasem jest brutalny i bezwzględny, to zawsze pozostaje w gruncie rzeczy uczciwym gliną, robiącym to, co do niego należy.
Dla mnie jednak ważniejsze jest to, że prowadząc dochodzenie lub szwendając się po prostu po mieście, Zyga prowadzi czytelnika przez świat, który już nie istnieje. Przez uliczki żydowskiego Lublina, po meliny knajackie na Bronowicach, od śródmiejskich restauracji i kawiarni po chatynki na Rurach. Lublin, który wyłania się z kart książek Marcina Wrońskiego, jest miastem o kształtach na poły realnych, na poły mistycznych. Miejsca realne i istniejące do dziś, przenikają z naszej rzeczywistości, Ratusz, Dom pod Zegarem, ulice śródmieścia, stary lubelski cmentarz żydowski, dworek Grafa, i niczym nierealne zjawy za nimi wyłaniają się te, które już nie istnieją, Szeroka, Jateczna, dzielnica żydowska, pełna wąskich uliczek, kamienic, ruder, przybudówek, fabryka Plagego i Laśkiewicza, wieś na Rurach Jezuickich, gdzie mój ojciec pasał jeszcze po wojnie kozy. Świat Lublina przedwojennego, istnieje już tylko na pocztówkach i starych zdjęciach oraz wspomnieniach naszych dziadków. Dlatego dobrze jest razem z Maciejewskim i jego kolegami spacerować po ich mieście, dać się przenieść w czasie i rozpoznawać znane miejsca, takimi jakich już nie możemy poznać w naszej rzeczywistości.