wtorek, 10 czerwca 2014

Mechaniczny wampir czyli czyszczenie kolektora ssącego

Po ostatnich przygodach z moim samochodem-wampirzycą, jestem nastawiony do niej dość wrogo. Nie to, żeby nie sprawiało mi frajdy poprawianie tych usterek. Lubię był po łokcie w smarze, ale ta Franca zapewnia mi tej rozrywki po same uszy.

Po wymianie rury dolotowej silnik zaczął tracić moc na niskich obrotach. Tak do 2 000 nie bardzo mu się chciało. Momentami ruszając ze świateł, musiałem włączać awaryjne, żeby na mnie nie trąbili. Poczytałem więc w sieci i na forach, co może być przyczyną. Jedna z odpowiedzi brzmiała  - brudny i zapchany kolektor ssący i EGR. Nie bardzo wiedziałem co to jest to drugie, ale kolektor ssący już widziałem - to taki kawał metalu z tyłu silnika przy podszybiu. Ekstra! Akurat nadaje się na weekendową zabawę. Piszą, że to łatwizna i nawet średnio inteligentny szympans sobie poradzi: odkręć 8 nakrętek, wyjmij, wyczyść szczoteczką, zmień uszczelkę i przykręć. 

Dzień Pierwszy 
Prościzna! No to zacząłem. Odkręciłem rurę, dolot, EGR (a właściwie tylko jego elektroniczną część, bo mechaniczna schowana w kolektorze, za Chiny nie chciała wyleźć), poodpinałem przewody podciśnienia, zdemontowałem  jakieś mocowanie czegoś i z rozpędu odkręciłem dwie śruby mocujące turbosprężarkę do bliżej nieokreślonej rury wychodzącej z silnika. Po dwóch godzinach byłem spocony jak mysz i bolał mnie kręgosłup i przypaliłem sobie łokieć o lampę. Za to teraz już tylko te 8 nakrętek. 
Dobre sobie  - tylko! Nakrętki okazały się nie lada przeciwnikiem. Zacząłem od dolnej z lewej strony. Nijak nie mogłem do niej podejść. Ktoś widać wpadł wcześniej na podobny pomysł i obrobił ją nieco. OK Zacznijmy od łatwiejszej. Po chwili siłowania się puściła a właściwie klucz spadł i walnąłem ręką o blok. Po odkręceniu 4 miałem lekko dość. Ale przecież się nie poddam. W końcu puściło 7, została tylko ta obrobiona, a ja udałem się na izbę przyjęć do szpitala, aby wzmocnić się kroplówką. Miałem niejasne podejrzenie, że samochód wyssał ze mnie siły witalne, ale profilaktycznie nie podzieliłem się tymi przemyśleniami z lekarzem. Trafiłbym do wariatkowa na dłużej. 
 
Dzień Drugi
No to jedziemy. Mam posiłki w postaci fachowca - mechanika. Mariusz wpadł na pomysł, że trzeba tą śrubę przecinakiem i młotkiem. A jak pęknie blok? Nie pękł. Za to przez 3 godziny stukaliśmy na zmianę, zrobionym na prędce meslem, po tej wrednej małpie. W końcu zaczęła się odkręcać. Przez godzinę, doświadczając mnisiego kurczu kciuka i nadrywając ścięgna w nadgarstku udało mi się w końcu zdjąć, zdeformowaną w koszmarny sposób, nakrętkę. Żeby się udało, musiałem odkręcić jeden z przewodów, co spowodowało mały potop niebieskawego płynu chłodniczego. Super. Wyjmuję kolektor. Prościzna! Tyle, że szarpię, ruszam, grzechoczę, klnę, przeklinam i pluję śliną naokoło, a to g... ani drgnie. Ani o milimetr! Trzeba odkręcić dwie śruby mocujące turbo od dołu. Była jedna. Widać ktoś już próbował. Odkręciliśmy pozostałą. Kolektor ani drgnął. Już miałem brać siekierę, żeby to rąbnąć od góry z okrzykiem wściekłego krasnoluda, kiedy Mariusz wsadził łapę gdzieś tam od spodu i powiedział. "Ty... tu jeszcze jedna śruba jest!". No tak. zamiast 8 nakrętek było 9! K.... mać...! Do d... z takimi manualami! 
W dodatku do tej akurat jednej małej śrubki podejścia nie było wcale. Po kolejnej godzinie udało się jakoś kluczem, milimetr po milimetrze, wykręcić. Kolektor wylazł. W środku był zapchany nagarem z sadzy i oleju jak nieboskie stworzenie. Dokładnie jak ja. Próbowałem czyścić szczoteczką. Najchętniej dałbym temu debilowi, który pisał jak czyścił to, podobno szczoteczką do butelek, po łbie tym kolektorem. W braku innych pomysłów, urządziłem mu kompiel w preparacie DIMER, ostro żrącym i wysoce szkodliwym. Wolę chemię niż mechanikę. Zostawiłem to tak, jak leżało i podreptałem do domu, rozcierając obolałe mięśnie.
Dzień Trzeci
To tylko mycie. Myjką ciśnieniową. Co może się stać? A przy okazji - jak wam przyjdzie do głowy coś takiego, to załatwcie sobie okulary ochronne. Oczywiście strumień ciśnienia chlapnął mi roztworem żrącego płynu prosto w ślepia i spędziłem następne pół godziny przemywając oczy wodą. Na szczęście nic poważnego. Co prawda oczy miałem lekko czerwone i piekące, ale widziałem. Już nieco ostrożniej dokończyłem ablucji i położyłem draństwo do wysuszenia.

Dzień Czwarty
W końcu  montuję kolektor. Po przykręceniu kolektora zorientowałem się, że rura EGR wypadła. Kolejne trzy godziny spędziłem mocując się z nią i odkręcając kolektor. Zdążyłem rozwalić sobie palucha i sam widziałem, jak krople krwi padają na kolektor i wsiąkają w metal. W trakcie szarpaniny wyszło w dodatku nieco szkód. Dwa urwane króćce od przewodów. Kropelka okazała się niewypałem. W dodatku urwała się kostka czujnika cieczy, która nosiła wyraźne ślady poprzedniego "mechanika", który próbował z rozpaczy lutownicą powyjmować przewody.  Zamówiłem części.  
Samochód pomimo tego, że połowa czujników była odłączona, a lista błędów na komputerze dłuższa niż litania do Wszystkich Świętych, ruszył i pozwolił łaskawie wyprowadzić się z garażu. Stoi przed nim do dziś. Jeszcze z nim nie skończyłem. Jutro dostanę części i choćbym miał paść trupem uruchomię potwora.  Teraz to sprawa honoru. Na wszelki wypadek biorę srebrny krzyżyk i granulowany czosnek.