piątek, 4 maja 2012

Lublin zupełnie nieznany.

Mieszkając w Lublinie od urodzenia i będąc z nim związanym więzią, która sprawia że pomimo zamiłowania do podróży wracam tu zawsze z przyjemnością, nie mogłem nie zauważyć, że są w miejsca, których nawet lublinianie nie znają wcale. Czasem takie miejsca to jedynie duchy przeszłości - widoczne w naszej wyobraźni zarysy budynków, dawno nie istniejących, ludzi, którzy tutaj żyli i spraw jakie się toczyły - czasem tych bardzo donośnych i wielkich a czasem kompletnie nieznanych i bardzo małych. Odwiedzałem wiele miast i każde z nich, szczególnie te stare ma swoją niepowtarzalną duszę. Na jej kształt mają wpływ jego historia, dzień dzisiejszy oraz mieszkańcy - i to nie tylko ci żyjący tu obecnie ale i ci, którzy od wieków żyli w jego murach, pracowali, cieszyli się i smucili, rodzili i umierali właśnie tutaj. Lublin przez samo położenie na mapie Polski, zawsze był miastem w którym stykały się różne kultury i tak samo blisko było tu do zachodu jak i wschodu. Od wielu wieków na kształt miasta, jego bogactwo czy też upadki mieli wpływ Polacy, Rusini, Żydzi, Ukraińcy, Tatarzy i wszelkie inne nacje jakie mieszkały tutaj lub zjeżdżały na jarmarki, targi czy sądy.  Dziś większości śladów po nich nawet nie ma. Przez wojenne zawieruchy, które nigdy naszego miasta nie omijały i powojenne czasy niepewności wiele z tego obrazu kulturowego tygla nie pozostało.
Ostatnio wpadła mi w ręce książka Meira Bałabana "Żydowskie miasto w Lublinie", przyznaję z pewnym zażenowaniem, że pomimo moich zainteresowań historią, nigdy wcześniej nie miałem okazji sięgnąć po tą pracę. Jeszcze w czasach licealnych zainteresowałem się odrobinę tą właśnie częścią historii mojego miasta a nawet popełniłem jakąś pseudonaukową rozprawkę, dotyczącą nieistniejącej już lubelskiej synagogi Maharszala, w periodyku historycznym, czytanym jedynie przez kompletnych fascynatów historii.
W sumie nic w tym dziwnego, mając kilka lat prawie codziennie przechodziłem z rodzicami koło starego cmentarza żydowskiego na Kalinie, bawiłem się z dzieciakami na łąkach jakie zostały po nowym cmentarzu i ze zdziwieniem odkrywaliśmy w zaroślach potłuczone kamienne płyty z napisami z takimi śmiesznymi literami. Kiedy remontowaliśmy mieszkanie mojej babci na Lubartowskiej, pod warstwami farby odkryłem ze zdziwieniem podobne napisy wykonane niebieską farbą na starym, jeszcze przedwojennym tynku, do którego się dokopałem skrobiąc odłażącą farbę. Ojciec powiedział mi, że to żydowskie napisy, ale nikt z dorosłych nie miał jednak ochoty tłumaczyć smarkaczowi, co to są owi Żydzi. Wiedziałem tylko, że stary parasolnik, który zawsze z uśmiechem witał pucołowatego malucha w krótkich spodenkach, który zaglądał mu do warsztatu przez szybę i głaszcząc się po strasznie splątanej brodzie mówił tak jakoś z dziwnym akcentem, że jestem "fajny szejgec",  jest Żydem.
Dopiero znacznie później zacząłem powoli odkrywać świat, którego już nie było i którego nie mogli znać nawet moi rodzice. Może nawet z przekory, że jest to świat, którego istnienia czasem się wstydzimy a w większości nie mamy nawet pojęcia jak wyglądał i posługujemy się stereotypami kształtowanymi w nas od wieków przez opowieści o lichwie, rytualnych mordach na dzieciach chrześcijańskich i tajemniczych rytuałach magicznych, które miały na chrześcijan sprowadzać nieszczęście. I tutaj Żyd traktowany był zawsze jako ten czarny charakter, winny nieszczęść całego świata. Ta mentalność utrzymuje się wbrew naszej europejskości. Żyd, cytując Meira Bałabana (...) dla świata zewnętrznego pozostaje handlarzem, brudnym Żydem, z którym wprawdzie robi się interesy, ale w którym nie widzi się i nie szanuje człowieka.
Z pewnością na takie traktowanie miała wpływ hermetyczność żydowskich gett. Ostatecznie Żydem można zostać jedynie z urodzenia. Nie mały wpływ na to miała też zawiść w stosunku do bogatych innowierców, często gęsto dzierżawiących urzędy poborcy podatkowego lub poborcy myt i ceł. Ale przecież bogaczami było 5 może góra 10% Żydów, a reszta to zwykłe "chałaciarstwo" drobni handlarze, rzemieślnicy, szewcy, kuśnierze, krawcy, wyrobnicy, którzy często, gęsto ledwie mieli co do garnka włożyć. Zawsze zastanawiało mnie jak było naprawdę. Dlatego nawet zagłębiając się w historii mojego miasta, szukałem śladów ich obecności. A śladów żydowskiego miasta jest tu wiele - ostatecznie Lublin był nazywany Jerozolimą Królestwa Polskiego i Żydowskim Oxfordem. Chociaż większości ulic żydowskiego getta już nie znajdziemy na mapie miasta, jak na przykład Jatecznej, na miejscu której mamy teraz Aleje Tysiąclecia, zostały takie miejsca jak Jesziwa obecnie odrestaurowywana przez Żydów - przez wiele lat mieszcząca część Akademii Medycznej, czy stary cmentarz, gdzie jak mało kto z mieszkańców Lublina wie, są pochowani wielcy myśliciele i "cudotwórcy" jak chociażby Jakub Icchak Horowitz - "Widzący z Lublina", jeden z duchowych przywódców chasydyzmu, Szalom Szachna syn królewskiego bankiera i wielki znawca Talmudu, czy zwany Maharszalem Salomon Luria. Do dziś pobożni chasydzi urządzają pielgrzymki, żeby odwiedzić ich groby, które zachowały się mimo dwóch wojen. Zresztą miałem przyjemność zwiedzać tą nekropolię dwadzieścia lat temu w towarzystwie opiekującego się nią wówczas, a już chyba nieżyjącego Józefa Honiga, ówczesnego strażnika cmentarza, który pokazał mi ścieżki, których opis teraz prawie niezmieniony czytam na kartach "Żydowskiego miasta a Lublinie" i opowiadał legendy i historie zarówno o cmentarzu, o cadykach i chasydach i trochę o sobie samym i o tym, że następców już nie ma i właściwie to jest on "ostatni Żyd w Lublinie".
Książka Meira Bałabana pisana pod koniec I - szej Wojny Światowej, oprócz faktów historycznych i opowieści o najwybitniejszych mieszkańcach żydowskiego Lublina, zabiera nas w odległy i nieistniejący już świat żydowskiego sztetl, rozłożonego u podnóża zamku lubelskiego i pokazuje nam jego zaułki, po których wędrujemy razem z autorem jego oczyma oglądając rzeczywistość i przeszłość tak prawie, jakbyśmy słuchali najciekawszej opowieści żydowskiego mełameda w chederze, którejś z niezliczonych bóżnic ukrytych w zaułkach żydowskiego miasta w Lublinie, z których co rano rozlegał się śpiew studiujących Torę  uczniów. Myślę że warto poznać ten nieznany Lublin i spojrzeć na miejsca, które codziennie mijamy zupełnie z innej strony.