środa, 30 maja 2012

Koko, koko - kasa spoko!

Znowu sprawdza się stare powiedzenie: Jak nie wiadomo o co chodzi chodzi o pieniądze. Widać ten fenicki wynalazek nie służy nikomu, za to wszyscy chcą go mieć w dużych ilościach. Niestety nie da się wrócić do handlu wymiennego skórkami upolowanych zwierząt lub paciorkami. Właśnie wyczytałem sobie gdzieś, że zespół z Kocudzy, czyli Jarzębinki, mają problem ze swoim przebojem na Euro. W dodatku nie jest to kwestia tego, że talent wokalny się im skończył, tylko kwestia wojny o prawa autorskie pomiędzy producentem a kompozytorem, którzy nijak nie mogą dojść do porozumienia w sprawie wynagrodzenia za przebój. Podejrzewam nawet że "babcie" prócz sławy mają z tego niewiele a całość kasy i tak za amatorki zgarniają wymienieni panowie. Jak to jednak bywa, tam gdzie zaczyna się rozmowa o kasie, kończy się przyjaźń. Zespół gospodyń domowych, który przyznajmy to ze szczerością i pokorą, deklasując konkurencję w wyborach przeboju na Euro, wniósł pewne zamieszanie i powiew folkowej świeżości w kiszącą się od lat we własnym sosie scenę muzyczną, prawdopodobnie nie był gotowy na sukces. Szkoda. Bo było zabawnie patrzeć i słuchać pana Kupichy, czy pana Gawlińskiego zdziwionych że to nie ich "hity" zdobyły popularność.
Bawiąc się nieco w krytykę polskiego show-biznesu, od lat zjawiska nieco świeższe i ambitne są niezauważane i muszą przebijać się do sławy za granicą - zresztą z całkiem niezłym skutkiem, a my jesteśmy zmuszani do oglądania na wszelkich festynach i wszelkiego rodzaju imprezach masowych, ciągle tych samych twarzy, śpiewających te same przeboje, które kiedyś tam udało się im wylansować. Niektóre "gwiazdy" nie potrafią pogodzić się z tym, że udało się im zabłysnąć tylko raz a potem niestety zamiast supernowej, mamy z nich białe karły. Przykładem były żenujące występy na konkursach Eurowizji oraz tournee zagraniczne naszych gwiazd i gwiazdeczek, które z dumą oświadczały, że oto jadą podbijać Broadway a potem po cichutku i z podkulonymi ogonkami wracały do kraju, ścigane informacjami że ich koncerty odwołano z powodu braku zainteresowania. No ale oczywiście to nie ich wina. Winni są słuchacze, którzy cierpią na chroniczny brak wyrobienia i gustu muzycznego. A to że od 10 lat "artysta" śpiewa tą samą piosenkę nie może się znudzić bo przecież jest "wielką gwiazdą". I tu też chodzi o kasę. Dlatego ci "wielcy" artyści nie mają oporów przed graniem "do kotleta" na imprezach integracyjnych, strojąc miny gwiazdorskie i kreując się na primadonny. Cieszyłem się więc, że tak "niewyrobiona" i nie mająca za grosz muzycznego smaku widownia, dała im prztyczka w nos. Jak się okazuje przedwcześnie. Całość przedsięwzięcia pewnie zabije kasa i ZAiKS, a prawnicy obu panów ogryzą do kości resztę. I znów - szkoda! Nasz folklor, którego tak się wstydzimy, jednocześnie zachwycając się muzyką etniczną Indian północnoamerykańskich, afryki czy folkiem celtyckim, wcale nie jest tak bardzo od nich gorszy. Wystarczy wspomnieć, że taki na przykład Chopin widział w tym wszystkim piękno i harmonię godną geniusza.
Co z tego, kiedy muzyką ludową w Polsce zajmują się albo koła gospodyń wiejskich, albo etnografowie i inni "-grafowie" i "-lodzy".
A ja z radością zobaczyłbym moje krajanki (bo to wiecie, Kocudza w tym samym województwie) śpiewające swoje "Koko" przed meczem otwarcia Euro 2012. Niech tam się kołyszą i biorą pod boczki a wżdy narodowie niech postronni znają, że Polacy nie gęsi i swoje "koko" mają. I zabawniejsze to i milsze mi, niż odmłodzona Maryla (z całym szacunkiem), czy występy Feel'a (bez najmniejszego szacunku).