niedziela, 3 lutego 2013

Django - spaghetti a'la Tarantino

Cokolwiek można by powiedzieć o Quentinie Tarantino, to nie da się być obojętnym wobec tego co robi. Jedni uważają go za geniusza bawiącego się gatunkami kina i żonglującego konwencją z wprawą iście cyrkową, inni za doskonałego obserwatora potrafiącego zauważać rzeczy równie poruszające co genialnie zabawne, w kwestiach kompletnie poważnych i makabrycznych a jeszcze inni za kompletnego świra, sadystę i pseudoartystę wyzyskującego odwieczne pragnienie widzów  - pragnienie krwi i przemocy. Można więc go lubić lub nie. Ja lubię. Za przewrotność i nieprzewidywalność i odrobinę świetnie podanej makabry w plastikowym hollywoodzkim opakowaniu.



Właśnie oglądałem "Django". I mimo, że western skończył się dla mnie mniej więcej na "Tańczącym z wilkami", z przyjemnością, do samego końca, obejrzałem świat dzikiego zachodu made by Quentin. Świat, gdzie postacie są wyraziście niejednoznaczne, proste sprawy skomplikowane, skomplikowane proste jak drut a sposób patrzenia na rzeczywistość Ameryki sprzed wojny secesyjnej, zabójczo ironiczny. Tu, nawet kiedy zabijasz, błyskasz poczuciem humoru jak lufą swojego "peacemakera". Jedynym brakującym elementem jest rechot nieboszczyka, leżącego w kałuży krwi i odpowiadającego ciętymi ripostami na żarty swojego zabójcy. Scenografia, muzyka a nawet napisy początkowe są żywcem wycięte z popularnych niegdyś "spaghetti" westernów i dają wrażenie niskobudżetowego filmu klasy C. Tarantino puszcza do widza oko, bawiąc się konwencją do tego stopnia, że w jednej ze scen pojawia się Franco Nero (odtwórca roli Django we włoskiem westernie z 1966 roku) i  wie, że D w Django jest nieme. Główni bohaterowie dopełniają konwencji: Dr Schulz - eks-dentysta z Niemiec, przywodzący nieodparcie na myśl postacie ulubionego pisarza Adolfa Hitlera - Karola Maya -  i czarnoskóry, cwańszy i bardziej twardy od białych południowców Django. Pierwszy bawi nas swoim iście niemieckim pragmatyzmem oraz elokwencją, drugi świetnie pasowałby na bohatera klasycznego westernu, odjeżdżającego w stronę zachodzącego słońca. Jednak jak zobaczycie sami, lub nie zobaczycie, nie do końca dają się zaszufladkować. A, że cała opowieść, tak jak w większości filmów Tarantino, przypomina quest z fabularnej gry komputerowej, w którym graczy poddaje się próbie sił, są tu i hektolitry przelanej krwi  i inne atrakcje czyniące film bardzo "oglądalnym". Zresztą scenariusz nie ucieka tu od porównania wprost tego co robią postacie, do bohaterskiej wyprawy Zygfryda po Brunhildę a śmierć wygląda tak bardzo nieprawdziwie jak w Quak'u czy Doom'ie.  Oczywiście Amerykanie będą oburzeni potraktowaniem ich narodowej hańby, jaką jest niewolnictwo, jako tła całego pastiszu  - słowo "czarnuch" jest tu odmieniane przez wszystkie przypadki z dodawaniem wszelkich możliwych epitetów. Poprawność rasowa jest w Stanach pewnym tabu, a jak się okazuje najmniej tolerancyjni są właśnie Afroamerykanie. Jak ktoś nie wierzy, to niech spróbuje się wybrać do knajpy na Bronx'ie, zwyczajowo zarezerwowanej dla czarnych.
Ale członkom Ku-Klux-Klanu też się obrywa po uszach i ostatecznie ginie cała masa białych południowych "ćwoków", wyzyskiwaczy i sadystów oraz przynajmniej jeden "czarnuch", który zdradził swoją rasę. Powinno więc być po równo. I białasy i czarnuchy obrywają tak samo. Dla nas jednak, pozbawionych kompletnie rasowych uprzedzeń Polaków, film jest świetną zabawą i mogę go polecić z czystym sumieniem - pomimo, że jest dość długi (2h 45m) i wymaga dużych ilości popcornu.