poniedziałek, 4 marca 2013

Odrobina Bizancjum w środku Lublina.

Byłem zaproszony na chrzest. To wielki zaszczyt dla każdego, bo w jakiś sposób uczestniczy się tu w radości rodziców z wprowadzenia ich dziecka do Kościoła. Tym razem jednak miałem okazję zobaczyć chrzest prawosławny, co dla katolika, a nawet dla "ale-katolika", rzadkie i niezwykłe. I odrobinę czułem się nieswojo  - ostatecznie jako łacinnik, nie chciałem wypalić z jakimś faux pas, zakłócającym ceremonię tak ważną i podniosłą. Na szczęście kapłan prowadzący okazał się wyrozumiałym i miłym człowiekiem, a nawet zachęcał mnie (w trakcie ceremonii  :) ) do łażenia, gdzie mi się tylko podoba. Skorzystałem z zezwolenia, nie zapominając, że uczestniczę w misterium. Mimo, że kaplica była niewielka a chór, jak mnie ostrzegano, nie był obecny, dało się poczuć odrobinę przepychu wschodnich świątyń. I wsłuchując się w modlitwy, rozumiane bardziej sercem niż umysłem i moją koślawą znajomością języków, mogłem sobie wyobraźnią dopowiedzieć śpiewy chóru cerkiewnego i dym kadzidła słodki i odurzający. I znaleźć się na chwilę w świecie zupełnie odmiennym od codzienności.