piątek, 1 marca 2013

Teksas Rangers nie przybędą czyli wątpliwości na Dzikim Wschodzie


Mam chyba jakieś takie skrzywienie.  Za długo pewnie pracuję w korporacjach. Różnych. I daltego z pewnym sceptycyzmem odnoszę się do tak zwanego usprawniania procesów, wielkich szans dla rozwoju mojej kariery oraz przygody, jaką właśnie mój pracodawca, kompletnie za darmo, funduje swoim pracownikom. Z reguły oznacza to reorganizację struktury (czytaj zwolnienia), zwiększanie kompetencji (czytaj obowiązków) i oczywiście większe "zfokusowanie na targecie" jakim jest optymalizacja kosztów osobowych (czytaj obniżka płacy). A w praktyce? Dochodzi do sytuacji kompletnie debilnych.
Ano, że wspomnę tu  przykład mojego znajomego, który został zwolniony z dniem 1 marca z zaprzyjaźnionej firmy.  Kilka dni przed zwolnieniem, kiedy okazało się że nowy właściciel i jego specjaliści najwyższej klasy, nie bardzo mogą sobie poradzić z zastąpieniem go bo po prostu brakuje im wiedzy i fachowości, otrzymał propozycję umowy na jeszcze 1,5 miesiąca za całkiem niezłą kasę, aby zdążył wprowadzić kogoś w swoje obowiązki. A więc średnio chyba na tym "zaoszczędzono". Podobne akcje są w korporacjach na porządku dziennym a ten i podobne przykłady świadczą dobitnie o tym, że ich działania nie mają nic wspólnego z logiką, sensem oraz jakością procesów jakie są tam wykorzystywane. Liczy się doraźny efekt. Miesięczny obrót, odzysk, zmniejszenie kosztów czy uwolnienie rezerw w danej chwili. Nie liczą się głębsze i dalekosiężne plany ani logika. Być może jest to spowodowane krótkoterminowymi kontraktami dla managerów. Skoro istnieję w danej organizacji tylko na 5 lat to obchodzi mnie tylko to co teraz. A po mnie choćby potop!
Tak jakoś pisze mi się o tym w związku z kolejną reorganizacją, przesunięciami i związnymi z tym kolejnymi obietnicami. I rozumiem chęć utrzymania morale załogi na wystarczającym poziomie w celu uniknięcia paniki, ale czasem brak informacji lub unikanie tematu działa gorzej niż prawda powiedziana wprost. I powtarzanie że będzie dobrze i nie ma się co martwić daje efekt wręcz odwrotny od zamierzonego.
Najbardziej śmieszą zaś ludzie, którzy mówią półprawdy (a jak wiadomo pół prawdy to całe kłamstwo) oraz lawirują w semantyce na forum publicznym, przekonani o swoim ogromnym intelekcie i niskim IQ słuchaczy, opowiadający jak to złapaliśmy Pana Boga za nogi, mając szansę uczestniczyć w czymś tak wielkim i doniosłym. Na pytania natomiast mają uniwersalną odpowiedź  - "To ja się zorientuję i wam przekażę", albo "Nie wiem, ale to przecież nie jest ważne!"  Nie pobije to co prawda narcyzmu jednego z moich kierowników, który na biurku miał swoje zdjęcie w samych slipkach, ale i tak jest przedstawieniem żenującym i wystawiającym marne świadectwo prelegentom.
Co nam pozostaje? Czytać między wierszami, domyślać się prawdy i weryfikować informacje w każdy możliwy sposób. I zachować zdrowy rozsądek i logikę w odbieraniu rzeczywistości. Bo niestety nie możemy liczyć w naszym kraju na Strażników Teksasu z Chuckiem Norrisem na czele - ten zresztą za kasę BZWBK właśnie pojechał na wczasy w Bieszczady -  i niestety w razie czego kawaleria nie przybędzie.  Za to z pewnością przybędzie wątpliwości.