wtorek, 1 października 2013

Money for nothing czyli śmieciowa ustawa

Od lat pod moim blokiem stoją sobie kontenerki na śmieci - te zwykłe w budce pod daszkiem, śmieszny dzwon na szkło i klatka na "frakcję suchą". I posłuszny wymogom nowoczesnego społeczeństwa uczę dzieciaki, że opakowania plastikowe i pudełeczka po butach - jak macie 3 kobiety w domu to wiadomo że jest ich tysiące - wrzucamy do klateczki, butelki po piwie tatusia do dzwona a woreczek w kontenerki. Tymczasem nowa ustawa śmieciowa każe nam segregować śmieci w imieniu Rzeczypospolitej oraz dbać o recykling w imieniu prawa. W sumie jednak nic się nie zmieniło. Śmietniki stoją takie jak stały. Chociaż płacimy o jakieś 50 złotych więcej. Nie wiadomo za co. Bo teraz śmieci są wywożone jakby rzadziej i zalegają pod pojemnikami całymi dniami, stanowiąc świetne miejsce do zabawy dla szczurów oraz innej plagi, na czele z bezpańskimi gawronami.


Po domkach jednorodzinnych lata jakaś inspekcja środowiskowa strasząc ludzi mandatami bo nie mają pojemników osobnych na odpady taki i siakie, do dostarczenia których zobowiązana jest firma wywożąca śmieci z którą ma się umowę. I wszyscy są szczęśliwi i radośni.
Jak widać nasz ustawodawca jak zwykle wydał ustawę po to, żeby zarobili nieliczni - czyli firmy śmieciarskie, które robią jakby mniej lub najwyżej tyle samo a biorą większą kasę. Nie mówiąc o etatach dla "inspektorów", którzy mają takie same uprawnienia do łażenia po mojej posesji i nakładania kar, jak nie przymierzając sąsiad z działki obok.
Dodatkowo jeszcze każe się ludziom naklejać durne nalepki z kodem paskowym na worki, żeby łatwiej było - no właśnie  - co? Rozpoznać na wysypisku, że to mój worek i poszukać w nim dowodów na moje niecne czyny? Za dużo się naczytałem Mitnick'a, żeby nie wiedzieć co haker może wyczytać z moich śmieci. Ot i jeszcze jeden debilizm w imieniu Rzeczpospolitej. 

Poranek w korpo - reklamowa porażka.

Nie lubię poniedziałków. Pewnie tak jak przynajmniej 50 % ludzkości. Szczególnie jeśli po całym weekendzie resetowania mózgu należy wrócić do pracy z samego rana.
Jestem pierwszy w biurze. W pokoju, jeszcze ciemnym, unosi się w powietrzu lekki fetorek , łatwo zidentyfikować przyczynę - kosze nie wymienione, a w nich pudełka po piątkowej chińszczyźnie. Przecierając nieco kaprawe oczęta, udaję się do socjalnego z pustym czajnikiem, zapalam światło i machinalnie nalewam wodę pod korek, potem do toalety przemyć twarz i obudzić się trochę.
Strasznie jedzie, pewnie znowu zapchał się odpływ. Cholera. Nie ma ręczników? Nie ma mydła? Ogólnie jest tylko woda. Może przynajmniej papier jest? Nie ma! Ktoś poodkręcał nawet dozowniki mydła i ręczników.





Zrezygnowany, mokre łapy wycieram w spodnie. Wytarcie twarzy w spodnie to zbyt wielka ekwilibrystyka jak dla mnie, więc używam koszuli. Zabieram czajnik i robię sobie kawy.
Otwieram okno w pokoju, nakładam kurtkę i włączam komputer. W skrzynce odbiorczej jedna wiadomość nieprzeczytana. W niej zdjęcie faceta w garniturze, najwyraźniej zadowolonego z życia. Zamykam czym prędzej okienko poczty, ale na pulpicie zamiast kwiatków - uśmiechnięta twarz faceta w garniturze. Odpalam intranet - ten sam facet uśmiecha się bezczelnie i tym razem widzę pewną ironię w tym uśmiechu. W internecie na każdym portalu gość znowu uśmiecha się do mnie z bannerów i reklam. Po chwili, kiedy zamykam oczy widzę tego gościa jak krzywi się do mnie z wyższością w swoim dobrze skrojonym garniturku. I nijak go wyłączyć, przerwać błędne koło, oczyścić mózg z tej wizji.  Wchodzi Paweł i rzuca zdawkowym "cze". Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jeszcze się nie obudziłem. Bitch please!  


czwartek, 19 września 2013

Zakorkowani.

W pięknym mieście nad rzeką Bystrzycą ostatnio toczy się wiele inwestycji związanych z komunikacją i drogami. I niby wszystko prawidłowo, zbliżają się wybory, więc władza musi uzasadniać swoje istnienie, drogi miejskie są w takim stanie, że dentyści mają zapewnione dochody na wiele lat, bo jeżdżąc nimi nieustannie szczękamy zębami i mózgi obijają nam się o czaszki, od nieustannych podskoków samochodu na dziurach i wybojach. Dobrze więc, że remontują, poprawiają, robią nowe.
Gorzej, że przy okazji drogowcy na spółkę z Komendą Wojewódzką Policji a dokładniej Wydziałem Ruchu Drogowego oraz Urząd Miasta, okazują najwyższy stopień bezmyślności i beztroski. 
Dziś wyjechałem do pracy o godzinie 6:45 - niestety nie udało mi się dojechać na czas (8:00). Pomimo że odległość od mojego domu do biura wynosi około 3 kilometry w linii prostej a jadąc samochodem około  4 - 5 kilometrów. Przejechałem trzy czwarte drogi i utknąłem w kilometrowym korku, poruszającym się z prędkością średnią 1 km/h. Miałem więc sporo czasu do obserwacji i rozmyślań. Jak w Nowym Jorku w godzinach szczytu. Przypatrywałem się kolegom kierowcom stającym na głowie aby zdążyć do pracy i wyczyniającym cuda na drodze. Zawracali w poszukiwaniu szybszej drogi, z prawego pasa przejeżdżając pomiędzy samochodami na lewym i podwójną ciągłą pomiędzy pasami, jechali lewym pasem pod prąd w poszukiwaniu kilku centymetrów wolnego miejsca. Odważny pan taksówkarz przejechał na pas lewy i przez jakieś 100 metrów jechał pod prąd skręcając w uliczkę osiedlową, gdzie mało nie zderzył się z audi, próbując wjechać w jednokierunkową pod prąd, co zresztą uczynił i tak jak tylko audi pojechało. Natychmiast znalazł kilku naśladowców, co spowodowało zakorkowanie uliczki jadącymi pod prąd, bo akurat ktoś chciał, zgodnie z przepisami, wyjechać z drugiej strony. Motocyklista przemykał pod prąd prawie po lusterkach stojących samochodów, niektórzy decydowali się na lewostronny ruch byle dojechać do pasa skręcającego w lewo na rondzie. A cała reszta zajmowała się zwyczajowymi rozrywkami kierowcy w korku czyli dłubaniem w nosie, śpiewaniem, poprawianiem makijażu, paleniem, dojadaniem śniadań i uważaniem żeby nie stuknąć kogoś przed i nie być stukniętym przez kogoś za.  Kiedy już dojechałem do ronda okazało się, że i tak jest nieprzejezdne, albowiem jadący od Jana Pawła olewali przepis mówiący o tym, że nie wolno wjechać na skrzyżowanie jeśli nie ma na nim miejsca i blokowali całe dwa pasy.   
A cały ten Armageddon był wynikiem nie remontu, czy zamknięcia ulicy a zwykłej bezmyślności i głupoty. Zamknięto ulicę, ale nie wyłączono sygnalizacji świetlnej ustawionej i nie postawiono dwóch panów w mundurach, żeby kierowali ruchem.  A w dodatku pan Andrzej Fijołek z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji, stwierdził, że nikt nie mógł przewidzieć takiej sytuacji.  
Przyznaję, że chcąc nie chcąc pomyślałem o panu Andrzeju kilka ciepłych słów. Nikt nie musiał niczego przewidywać. Wydział Ruchu Drogowego KWP w Lublinie ma siedzibę dokładnie na przeciw wymienionego ronda. Z okien panowie policjanci mieli doskonały widok na to co się dzieje. Mogli więc zareagować natychmiast. Tak się jednak składa, że policja wyszła na rondo dopiero o godzinie 9:45. Czyżby tak długo zajęło im picie porannej kawy? Bo spacerkiem mieli całą minutę. Widać ich też zakorkowało na schodach  - tak się pchali aby bronić i służyć obywatelom. 
A ciekawe co będzie jutro..... chyba pójdę do pracy na piechotę.. będzie szybciej i zaoszczędzę trochę nerwów.


niedziela, 15 września 2013

Spacer po Starym Gaju

Czasem fajnie mieć takie miasto, gdzie zaraz za rogiem bloku rośnie las. Kiedy byłem mały uganialiśmy się po nim, robiliśmy podchody i czasami znikali na całe dnie. Wtedy był to wielki i tajemniczy las. Siedziba dzikich bestii i miejsce w którym wszystkie baśnie i legendy mogły ożyć. Szczególnie po zmroku.
Dziś zmienił się nie do poznania. Zostało tylko kilka starych ścieżek, które jeszcze pamiętałem i coraz bardziej zarastające okopy. Przeszliśmy z córą cały las, od początku do końca. Jakiś mniejszy jest teraz. Pewnie się skurczył. A może po prostu to ja się zestarzałem i wszystko wydaje mi się mniejsze? Nadal jednak jest w nim cicho i spokojnie, szczególnie w samym środku. 









wtorek, 10 września 2013

40:1 - Wizna '39

To było nad Wizną - 74 lata temu. Jedni podają że około 400 inni, że 700 żołnierzy, niedozbrojonych i w niedokończonych umocnieniach, odpierało przez trzy dni - od 7 do 10 września, atak około 30 000 żołnierzy niemieckich dysponujących nowoczesnym sprzętem i mających wsparcie artylerii i lotnictwa. Dla większości nieznany epizod wojenny. A dla nas powód do dumy. W trakcie wojny może i byli wśród nas szmalcownicy, pewnie było też sporo zwykłych świń i kapusiów, ale Ci Żołnierze pokazali, że nie tak łatwo nas złamać i nie łatwo damy się skundlić. Gloria Victis!

piątek, 6 września 2013

Równościowe przedszkole - niech płeć nas nie ogranicza!

"Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem, mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką, bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie!"
To, jak podają newsy na różnych portalach, wierszyk, którego mają uczyć się przedszkolaki w ramach programu "Równościowe przedszkole". No i racja - płeć mnie nie powinna ograniczać, nikt nie będzie mi narzucał, w żaden sposób, czy mam być chłopcem czy dziewczynką! Powinienem sam zadecydować w danej chwili, czy chcę być jednym czy drugim! Ostatecznie, według naszych edukatorów, płeć to nie są tylko cechy zewnętrzne - płeć ustala się nie przez posiadanie lub nie pewnych narządów - ustala się ją poprzez edukację i właściwe wzorce kulturowe w dowolnym okresie życia jednostki. Najlepiej jak najwcześniejszym. 

Postanowiłem więc od dziś kierować się właśnie powyższą zasadą.
Zacząłem do naszej "korpo", w której pracuję od lat  - zaszeregowany i zaszufladkowany jako facet! A przecież czasem czuję się tak bardzo kobieco. Chciałbym, żeby ta moja kobieca strona była szanowana przez moich współpracowników i współpracownice. 
Dlatego też dzisiaj zacząłem od zamówienia wegetariańskiego lunchu. Zupka, krem z  brokułów z odrobinką śmietanki i wegetariańskie penne. I zapowiedziałem od razu, że czuję się dziś kobietą i proszę o traktowanie mnie zgodnie z moim samopoczuciem, bo nie chcę już być niewolnikiem stereotypów i płciowego szowinizmu. Koledzy oczywiście zbaranieli. Ale są przyzwyczajeni do różnych sytuacji, więc po chwili stałam się przedmiotem niewybrednych drwin. Mimo to w ich oczach widziałam zazdrość, że jestem tak odważna.  
W przerwie więc poszłam do toalety damskiej poprawić makijaż i ogólnie poplotkować, co spowodowało dość nerwową reakcję koleżanek przebywających akurat w toalecie oraz określenie mnie jako "palanta"!. 
Witać, że to Polska B i nawet kobiety są obarczone stereotypami i maksymalnie nietolerancyjne oraz moherowe! 
Lekko zniesmaczona takim traktowaniem, poszłam do szefa prosząc o urlop. Bo akurat czuję, że mam PMS i wolałabym iść do domu. Przyznaję, że spodziewałam się takiej reakcji albowiem znany jest ze swojej nietolerancji wobec kobiet. Usłyszawszy więc, że mam iść natychmiast do psychiatry a ogólnie przestać się wydurniać, obrażona wyszłam z pracy.  
Ponieważ dobrze wiem, że każdej dziewczynie można poprawić samopoczucie zakupami po drodze wstąpiłam do galerii handlowej. I tu znowu wyłazi zaściankowość naszego miasta  - w damskiej toalecie wywołałam nieco pisków i obraźliwych epitetów - w męskiej wszystkie kabiny były zajęte a z pisuaru kobieta korzystać nie będzie ! Ostatecznie robię co chcę i płeć nie może mnie ograniczać. 
Podobnie było w przebieralni jednego ze sklepów, gdzie miałam zamiar przymierzyć bardzo seksowną bieliznę i taki śliczny śliwkowy żakiecić. Ale niedokształciuchy jedne, zawołały ochroniarza, a ten z kolei użył wobec mnie jako kobiety, przemocy fizycznej i przy wtórze moich krzyków, że to dyskryminacja i w ogóle naruszenie moich praw i nietykalności cielesnej wyprowadził na zewnątrz. Zboczeniec jeden! 
Po tym epizodzie stwierdziłam że jednak lepiej będzie pojechać do domu. W autobusie znów spotkałam się z kompletną nietolerancją i chamstwem, kiedy poprosiłam o ustąpienie mi miejsca albowiem ten brzuch to jest moja ciąża i nie powinnam tak stać, kiedy facet sobie bezczelnie siedzi. No proszę! Co to ja się nasłuchałam od tego buraka i jakiejś staruszki w moherowym berecie! Wredne aspołeczne typy! Zaścianek kompletny 
W końcu dotarłam do domu, rzuciłam teczkę na podłogę w przedpokoju i rozwaliłam się na sofie, wołając aby natychmiast podano mi piwo i ogólnie odwalili się ode mnie na resztę dnia, bo mam PMS i czuję się fatalnie. A poza tym od dziś jestem kobietą i do odwołania tak proszę mnie traktować. Co się potem działo! Nawet nie chcę już mówić. Okazuje się jednak, że z największym niezrozumieniem oraz fobią spotkać się można we własnym domu. 
Tak więc drodzy Państwo, jestem jak najbardziej za kontynuowaniem, a nawet rozszerzaniem, tego typu edukacji - szczególnie tu na wschodzie Polski, gdzie brakuje kompletnie tolerancji wobec indywidualności i poszanowania wolności w wyborze płci. Co udało mi się dziś udowodnić na moim własnym przykładzie! 
Dlatego uważam że rację ma nasze Ministerstwo Edukacji. Należy już od przedszkola uzmysławiać dzieciom  -które z urodzenia są rodzajem nijakim - że ich płeć nie jest wcale determinowana przy narodzinach i mogą sobie ją dowolnie kształtować zależnie od upodobań. Jeśli takowych nie mają - mam nadzieję, że Ministerstwo wprowadzi jakiś program, który pozwoli im uzmysłowić sobie jaką to płcią tak naprawdę chcą być. I oczywiście będzie to płeć z punktu widzenia rządu i UE właściwa.