środa, 1 sierpnia 2012

Szewc z Lichtenrade, czyli podróż pomiędzy wymiarami.

Nie wytrzymałem. Po wypłacie poleciałem do księgarni i kupiłem nową antologię opowiadań Andrzeja Pilipiuka Szewc z Lichtenrade. A potem z braku czasu ponad dwa dni ostrzyłem sobie kły przed rozpoczęciem lektury, pamiętny czasów, kiedy połknąłem w jedną noc Homo Bimbrownikusa i zaczytałem w mgnieniu oka Rzeźnika Drzew.  W końcu udało mi się ukryć przed wszystkimi, wyłączyć telefon i zapiąć pas w wehikule, jaki zwykle pan Andrzej przygotowuje dla swoich czytelników, zabierając ich w podróż w niemożliwe. Fantasy i fantazja na całego.

Przyznaję, że pierwsze opowiadanie rozbawiło mnie do łez. Sam pomysł świata w którym nieco role w historii się odwracają i mamy imperium pansłowiańskie (choć nie tylko), zamiast germańskiej Rzeszy, może i nowy nie jest, ale wykonanie godne poprzednich dzieł autora. Samo wyobrażenie Adolfa Schickelgrubera, na zasiłku dla kombatantów, ubranego w berecik malarski i wygłaszającego peany na temat słowiańskiej sztuki powala. Reszta zaś, łącznie z zacnym doktorem Mengele jako dilerem dragów w zaułkach zdominowanego przez żydowską mafię i ogólnie untermensch'ów Berlina, sprawia że mimowolnie sarmackiego wąsa się podkręca - nawet jeśli się go akurat nie posiada.
Pozostałe opowiadania utrzymują poziom. Ze szczególnym według mnie wskazaniem na Sekret Wyspy Niedźwiedziej. Czasem wywołują zdumienie, czasem rozbawienie a czasem odrobinę dreszczyku, tak charakterystycznego dla dobrych opowieści grozy. Mnóstwo barwnych postaci, nie tracących pomimo niecodziennych wydarzeń w jakich przychodzi im się znajdować, nic ze swego realizmu (lub jeśli autorowi akurat tak się zamaiło  - karykaturalnego przerysowania cech charakteru) , zaskakujące zakończenia i zwroty akcji, które utrzymują czytelnika w napięciu do końca opowiadania.
U Pilipuka nadal i niezmiennie fascynuje mnie wiedza  - przede wszystkim historyczna, ale nie tylko , która jest doskonałym uzupełnieniem jego fantazji i wyobraźni, tworząc mieszankę wybuchową, sprawiającą że wraca się do jego opowiadań z przyjemnością. Nie tylko tych nowych.
Odrobinę, jako zagorzałemu zwolennikowi Jakuba Wędrowycza, brakowało mi, w tym zestawie postaci zupełnie nowych i znanych już z poprzednich opowiadań, tego starego dziada, ale przecież nie tylko bimbrem i wampirami człowiek żyje a i autorowi nudno byłoby ograniczać się wyłącznie do pisania przygód tego degenerata. Co nie przeszkadza mi czekać niecierpliwie na kolejne. Ogólnie mogę z czystym sercem polecić lekturę tego tomiku. Jest to podróż poprzez niecodzienne światy, której nasza wyobraźnia czasami potrzebuje choćby po to żeby oderwać się od rzeczywistości.