poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Na końcu łańcucha - niekoniecznie o psach.

Nie jestem fanem nowoczesnego teatru. Przyznaję, że czasami nie potrafię się doszukiwać w zbyt, jak dla mnie wydumanych tekstach i abstrakcyjnej formie sensu, nawet tego słabo skrywanego. Wolę prostotę przesłania i jasność formy. A jednak. Czasami odkrywanie nowych myśli, bywa zabawne i pouczające.  Z opóźnieniem więc bo ponad miesiąc po premierze, obejrzałem "Na końcu łańcucha" Mateusza Pakuły, w reżyserii Evy Rysovej. Opowieść opartą na szekspirowskim "Tytusie Andronikusie", ale jak się okazuje nie tylko. Ponieważ byłem mimo wszystko przygotowany na makabreskę szekspirowskiej tragedii, a samego "Tytusa" oglądałem już kiedyś (ze świetną kreacją tytułową Antony'ego Hopkinsa), sądziłem, że nie jest w stanie mnie zaskoczyć nawet nowoczesna interpretacja mordu, zemsty i gwałtu jakie stanowią wątki przewodnie tej sztuki. A jednak! Z chwili na chwilę, robiło się zdziwniej i zdziwniej, a historia przeplatana  niesamowitymi monologami, retrospekcjami, przejściami i pasażami zmieniającymi postacie w inne postacie, wprowadzającymi wątki ze świata komiksu, czerpiąc z innych dzieł i sztuk, podstępnie wciągała mnie jako widza, w surrealistyczny i czasem groteskowy obraz malowany na scenie.
A malowano go wszelkimi znanymi dostępnymi technikami, począwszy od zaskoczenia i kontrastu pomiędzy śpiewającą "Puszka okruszka" ośmiolatką (przy okazji - to akurat koleżanka z klasy mojej młodszej pociechy) w ciężkiej aranżacji ciągle obecnego na scenie zespołu Brojo, przez covery Gunthera "You touch my tra la la", "Colors of the wind" z soundtracku Disneya, "One love" i "Quit playing games with my heart" Backstreet Boys w wykonaniu Stowarzyszenia Wampirów Emerytów - zresztą po cichu, acz widocznie obecnego od samego początku spektaklu pomiędzy widownią, aż po kreacje aktorskie Marty Ledwoń, najpierw jako lekko naiwnej Lawinii będącej ofiarą Chirona (Paweł Kos)  i Demetriusza (Wojciech Rusin), przeistaczającej się po pewnym czasie w ich matkę Tamorę, uosobienie świadomej siebie, sadystycznej dominy (takie BDSM), tresującej swojego niewolnika i śpiewającej obłędnie tego samego "Puszka Okruszka" w wersji hardcore i Jerzego Rogalskiego jako Tytusa Andronikusa, potrafiącego oddać rozpacz, rządzę zemsty i furię ojca Lawinii i szaleństwo z jakim oddaje się cały sadystycznej zemście na Tamorze. Całość tragedii Szekspira jest tu podzielona przez pop kulturowe wtręty  - zamiast Aarona - szekspirowskiego sługi Tamory, występuje znany nam z Batmana Joker, cytujący w swoim monologu Mefistofelesa z Fausta  - "Bo jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni", wcześniej wspominane Stowarzyszenie Wampirów Emerytów a w drugim akcie Spiderman I i Spiderman II oraz Kapitan Planeta. 


Od początku zastanawiamy się więc, co tak naprawdę aktorzy i reżyser chcą przekazać. Obsceniczne zachowanie Demetriusza i Chirona, niewybredne zarówno pod względem języka, jak i gestów, dywagacje na temat gwałtu, sprawiają, że na końcu łańcucha widzimy psa i jego ofiarę, zezwierzęcenie doprowadzające nas na sam skraj człowieczeństwa. I przez chwilę wydaje się, że chodzi tu o pewne feministyczne przesłanie - kobieta jest ofiarą zwierzęcych instynktów, obdartą z jakiejkolwiek godności ludzkiej, ochłapem wyszarpywanym sobie przez głodne psy. Ten wątek kontynuuje wampir Rafał w swoim stand-up show - znęcając się nad swoją niewolnicą-ghoulem Marysią i zmuszając ją przy aprobacie i pomocy widowni do obnażenia się. Po chwili jednak role się odwracają, Marysia staje się Lawinią, a ta z kolei zamienia się w dziką i dominującą Tamorę a Joker jest jej tresowanym aż do śmierci niewolnikiem. Przeplatają się tu elementy, tragedii, farsy i komiksu, klimaty szekspirowskie, faustowskie, queerowe, feministyczne i ekologiczne. Jest to jednak mieszanka ciekawa, momentami zabawna i widowiskowa.

Co chwilę jednak podkreślana jest umowność wszystkiego - jesteśmy aktorami, nie zagramy wielu rzeczy, które przeżyliśmy. Tytułowy łańcuch jest więc nie tylko więzieniem, ograniczeniem, ale też więzią, pomiędzy postaciami, pomiędzy ludźmi. Bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, cytując inną sztukę Szekspira, a wszyscy jesteśmy połączeni  w ten czy inny sposób, nawet przez to że żyjemy na jednej planecie.
Nie jest to z pewnością spektakl dla każdego i nie dziwię się mieszanych uczuć jakie budzą zarówno dialogi jak i oprawa plastyczna widowiska, ale z pewnością nie pozwala widowni na pozostanie obojętną. A moim skromnym zdaniem o to właśnie chodzi w sztuce.