wtorek, 17 kwietnia 2012

O edukacji czyli znowu narzekam

Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie  - powiedział fundując swoją akademię Jan Zamoyski. I zdaje się że miał rację. Niestety  - historia nie jest już nauczycielką życia, również dla nauczycieli i ministerstwa które gdzieś ma tam w nazwie EDUKACJĘ!
Edukacja polega nie tylko na wkuwaniu na pamięć podręczników. Polega na kształceniu  - nie tylko pamięci ale i charakteru małolata. I żadne wymówki, że dzieci należy wychowywać w domu a szkoła to tylko taka ochronka na kilka godzin dziennie nie pomogą. Niedawno jeszcze bawiło mnie kiedy przychodził do pracy człowiek po studiach i nie potrafił sklecić nawet dwóch zdań złożonych zgodnych z gramatyką języka polskiego, nie mówiąc o ich poprawnym zapisaniu. Nie mówię nawet o tym, że ogólne wykształcenie dzisiejszej młodzieży jest co najmniej poniżej pewnego poziomu przyzwoitości. Ale patrząc obiektywnie jak może być inaczej.

Tak się składa, że nie lubię odrabiać lekcji z młodymi. Nie lubię bo tracę cierpliwość za szybko. Widać jestem odrobinę psychopatą. Ale czasem jednak muszę to robić. Więc muszę też czytać polecenia z książki. I tu zaczynają się problemy. Większość poleceń jest sformułowana tak, że pomimo najszczerszych chęci nie da się ich zrozumieć po pierwszym przeczytaniu. Pochlebiałem sobie, że jednak pomimo mojego wrodzonego lenistwa i niechęci do wkuwania po nocach, jakiś tam poziom wiedzy posiadam. A tu niespodzianka. Żeby to jeszcze była książka z gimnazjum - ale przyznaję, że poddałem się na podręczniku do I-szej podstawówki. Paranoja? Owszem. Czytając zadanie domowe jakie miała odrobić moja córeczka 7 latka zwątpiłem w mój rozsądek i zdolność czytania ze zrozumieniem. Dopiero nauczycielka wyjaśniła mi że to takie tylko błędy piszących podręcznik. Rozmawiając z emerytowaną nauczycielką wysłuchałem też dziękczynnej litanii pod tytułem jak to dobrze że ja już jestem na emeryturze. Wcale się nie dziwię. Ja też bym zwariował czytając te teksty i usiłując dzieciom je przekazać. Nie dość, że program nauczania jest na tyle przeładowany że nie wyrabiają się z połową, to jeszcze nauka polega na przygotowaniu uczniów do testu, który jest tak rozbrajająco idiotyczny, że nie ma szans sprawdzenia nawet części umiejętności jakie uczeń powinien wynosić ze szkoły.

Szkoły zaś wcale sobie w kształceniu uczniów nie pomagają. Moja starsza latorośl wybrała sobie z dziedzicznego lenistwa gimnazjum tuż obok naszego bloku, poza tym tu też jej koleżanki się zapisały, więc wiedzione instynktem stadnym udały się w mury tejże samej instytucji. I cóż? Niby nic. Leniuch jest leniuchem więc jak się weźmie to nawet miewa efekty. Gorsze jest co innego. Ot dziecię moje przychodzi do domu i opowiada. A dziś nie miałam angielskiego, a wczoraj matematyki, jutro nie ma historii, a pojutrze to nawet biologii i chemii. Zdziwiony nieco odważyłem się (jak to z nastolatkami bywa potrafi mnie skubana wyprowadzić z równowagi w milisekundę - kochana dziecina - wkurzy się jak to przeczyta - ale ja jakoś nadal patrzę na nią nie jak na prawie kobietę a jak na to małe stworzonko jakim była kilkanaście lat temu) zapytać czemuż to tak fajnie im idzie w opuszczaniu lekcji? Otóż okazało się że przez pół roku drugiej klasy gimnazjum nie miał kto ich uczyć matmy, przez prawie cały tok biologii, a nauczyciel angielskiego trzyma się biblijnej zasady - maluczko a ujrzycie mnie i znów maluczko a nie ujrzycie - przychodząc w kratkę. Przez co cała nauka tegoż języka od przedszkola jak krew w piach!
No cóż. Widać za czasów Zamoyskich bywało lepiej. I mądrzej. A może restauracja monarchii byłaby wyjściem? Zamiast kolejnych zabawnych ministrów nie mających pojęcia o tym co robią? Można to przemyśleć.