niedziela, 8 kwietnia 2012

Siostra Katarzyna i wnuk Ramsesa czyli dziwne wiadomości

Święta już na półmetku. I co jakiś czas ekran mojej komórki rozjaśnia się kolejnym SMS-em z życzeniami. Niektórzy znajomi nawet pamiętają, że jeszcze istnieję. Miło jest dostawać życzenia od ludzi, których nie widuje się na co dzień, bo nasze drogi rozeszły się tak dawno temu. A jednak jeszcze czasami pamiętają - jak Sławek, który teraz jest Ojcem Dyrektorem jakiegoś domu zakonnego, a którego spokojna i rozważna obecność przez całe liceum ratowała nas czasem przed popełnianiem gorszych idiotyzmów niż te, które popełniliśmy. Widziałem go kilka lat temu, bo specjalnie zboczyłem z drogi, żeby zajechać do tej małej mieściny gdzie obecnie mieszka. Nic się nie zmienił, nadal uśmiechał się nieco z zakłopotaniem i jak dawniej wesoło. Chociaż jest już o kilka kilogramów starszy :) zupełnie jak ja. Różne są życzenia, takie bardziej zabawne - rymowanki, które krążą po sieci jak łańcuszki szczęścia, takie oficjalne - wysyłane wujkom i ciociom i takie nieoczekiwane - od przyjaciół, którzy gdzieś w sieci wyszperali nasz adres. Tyle ich jest i wszystkie są bliskie i większość szczera, wszystkie może, a niektóre są tymi oczekiwanymi, dla których warto sprawdzać skrzynkę i na które czeka się z niecierpliwością - te trafiają zawsze w magiczny sposób w nasze pragnienia. I czasem nie mówiąc wiele, sprawiają że wiele się czuje. Za wszystkie bardzo dziękuję.
Święta to rozmowy przy stole. A że to Polska, więc o polityce w której nie ma nigdzie na świecie równych nam ekspertów, począwszy od sędziwych starców po podrostki. Niczym gorliwi Katonowie naszych czasów z zapałem, godnym lepszej sprawy, rozmawiamy więc o funduszu kościelnym, Palikocie, Kaczyńskim, Tusku, Iraku i oczywiście  - przecież święta kościelne - o Kościele i kapłanach. Nie zawsze zresztą kreśląc ich pozytywny obraz. Nic więc dziwnego, że prawdziwie odświeżającą czynnością jest możliwość zamknięcia się w pokoju obok i nałożenia słuchawek telefonu, w celu posłuchania sobie Mozarta/Eltona Johna/Metalliki/Lady Gagi (do wyboru). Zawsze to lepsze, niż niekończące się spory rodaków - a im więcej kieliszków wódki opróżnianych za koleją, tym spory gorętsze a zacietrzewienie większe.
Ja natomiast jak przystało na internetowego mola dostaję wiadomości na różne tematy i pomiędzy doniesieniami Gazety Prawnej - jak zwykle utrzymującymi mnie na bieżąco w kwestiach, które mnie interesują i kolejnym motto jakie wysyła guru Deepak Chopra (coś w rodzaju: "Świat zawiera się w twoim jestestwie i musisz tylko go wydobyć na zewnątrz" - hmm.... no dobra cokolwiek to znaczy.. no comments), znajduję coś co zdaje się być spóźnionym żartem primaaprilisowym - zapowiedź książki o Katarzynie W. będącej podejrzaną o nieumyślne spowodowanie śmierci własnej córki, a jednocześnie celebrytką na miarę co najmniej Dody lub nawet Kuby Wojewódzkiego!
Książka o tytule "Wybaczcie mi. Wiara, nadzieja i miłość. Historia Katarzyny W." napisana przez panią Izabelę Bartosz, jest dla mnie zjawiskiem, które wywołuje nieodmiennie odruch wymiotny. Już choćby przez to można w prost podejrzewać, że Katarzyna W. swoim zachowaniem, nie przedstawia reakcji zaszczutej ofiary nienawiści tłumów a raczej cwanego promotora wydawnictwa o samym sobie. Tak więc mówienie o wierze nadziei i miłości, co nieodparcie kojarzy mi się z cudownym Hymnem z Pierwszego listu do Koryntian (1Kor13), w tym wydawnictwie obraża wszelkie pozostałe mi uczucia religijne oraz poczucie dobrego smaku. Jak widać sprzedać można wszystko i na wszystkim można zarobić. Łącznie ze śmiercią własnego potomstwa oraz nienawiścią tłumów. Uważam, że ten tytuł jest kompletnie nieadekwatny i diabelsko cyniczny. Oczywiście zachowanie państwa W. ma naprawdę wiele wspólnego z wiarą - że da się wodzić za nos wymiar sprawiedliwości, społeczeństwo i media, nadzieją  - że można zmienić swoje życie w sumie niewielkim kosztem sprzedania własnej żałoby ( nie będę mówił, że kosztem śmierci dziecka, poczekam na wyrok niezawisłego sądu) i miłością - miłością do siebie samego i świateł reflektorów. Proponuję więc inny - Obłuda, Cynizm i Pazerność.
Widziałem program w którym dla sławy i 5 minut przed kamerami ludzie jedli robactwo, lub tarzali się w ekskrementach - ale to już przechodzi wszelkie dozwolone normy. Ciekawe co TV zafunduje nam jak już ta sprawa ucichnie? Szczerze mówiąc nie chcę wiedzieć. Może to być coś po czym pozostanie mi tylko palniecie sobie w łeb z rozpaczy, że przynależę do gatunku homo sapiens.
Druga perełka to protest pielęgniarek, które nie życzą sobie żeby do nich mówić per "siostro". No fakt żadna to dla mnie rodzina. Szczególnie jeśli akurat "siostra" jest wredną małpą, która wbija mi igłę w żyłę w sposób dowodzący że praktykowała na hipopotamach oraz sadystycznym "co?! bolało?? masz go jaki delikatny!!" kiedy usłyszy zgrzyt metalu o kość. Na szczęście niewiele pielęgniarek jest takich (lub niewiele takich znam)  - większość to naprawdę ciężko pracujące dziewczyny, w dodatku nawet oddane swojej pracy. Tylko jakoś w polskim szpitalu utarło się, że są to siostry miłosierdzia - niosące chorym ukojenie i pomoc. Stąd chyba ta "siostra", która tak bardzo część z nich obecnie razi. Ja osobiście nie widzę w tym nic złego - szczególnie, że alternatywą miałoby być zwracanie się do pielęgniarek:
po nazwisku - znaczy się "... eeee... Kowalska... to ja ten upierdliwy z 5 sali - kroplówka mi wypadła!" lub też kulturalniej:  "Pani Wiśniewska  - coś mnie tu pani za mocno tą lewatywę wciska..."
po tytule - "pani magister pozwoli, że zaprotestuję przeciwko kolejnemu płukaniu żołądka", "przepraszam pani magister czy mam zdjąć slipki czy wystarczy jak podwinę nogawki?"
Oba pomysły są w sumie do przyjęcia - ale jeśli już tak, to też proszę o to żeby nie zwracać się do mnie per "pacjent" czy też "awanturny debil" tylko per "pan" lub nawet "pan magister". A co! Należy mi się!
A jak nie daj Panie, weźmie mnie na stare lata na naukę to nawet "pan doktor habilitowany" i nie inaczej!!
Kolejnym zabawnym faktem o jakim dowiedziałem się wertując informacje z mojego czytnika (a tam w drugim pokoju dyskusja trwała w najlepsze!), była informacja uzyskana podobno przez SB i ze względu na swoją kuriozalność nigdy nie wykorzystana  - że nasz były Prezydent Lech W. wywodzi się w prostej linii od cezara WALENSA, a obecnie pisany jest przez "ł" i  "ę" bo w łacinie tych liter nie znali biedacy. Które to rewelacje genealogiczne pan W. miał zdradzać swemu bratu w rozmowie osobistej  - po treści sądząc suto zakrapianej. O ja cię! No to wszystko zrozumiałe. Ave Caesar! Imperator et Dux! 
W równie naukowy sposób chciałem zaznaczyć, że mój ród pochodzi bezpośrednio i w linii prostej od samego Ramsesa II jako, że jego córka wyemigrowała była wraz z potomkiem (moim pra pra pra pra dziadem Imhotepem) do kraju Wenedów i ród ten przez wieki podtrzymywany był w ukryciu, aż do dni obecnych na chwałę Ra i Ozyrysa!  Jako dowód niech będzie mój lekko semicki czy też czysto egipski profil! Jak porównałem swoje zdjęcie ze zdjęciem mumii Setiego I (ojca wyżej wymienionego Ramsesa Wielkiego) to po prostu wypisz wymaluj pradziad jestem!!
Prawda? No może dziadunio nieco chudszy był, szczególnie jako mumia ale, na alabastrowe piersi Bastet, ten nos i profil! Rzuca się w oczy prawda? A w rodzinie takie nosy to wszyscy mieli! Ot co! Na szczęście megalomania jest mi obca i nie zamierzam wzorem przodków moich podbijać niczego. Chyba, że w trakcie wycieczki do Egiptu przeskoczę gdzieś w Kairze przez jakiś mur i ogłoszę się  Najwyższym Władcą Górnego i Dolnego Egiptu  - Wcieleniem Mądrości Ra - Bykiem, Który Ujarzmia Kraje (oryginalna  część tytulatury wujka Amenhotepa - strasznie mi się podoba!) - Wzbudzającym Wielką Grozę. oraz zażądam oddawania mi czci boskiej przez fellachów. Obawiam się jednak, że w moim wypadku skończyłoby się to pobytem na oddziale zamkniętym tamtejszego szpitala psychiatrycznego  - chociaż jakaś szansa, że obwołają mnie chociaż prezydentem istnieje! Zaczynam studiować staroegipski!