wtorek, 30 października 2012

"Lekarze" w TVN a pacjenci w NFZ

Co roku wypełniając PIT-a łapię się na spostrzeżeniu, że państwo nasze zdziera ze mnie jakieś horrendalne haracze. Z tytułu podatków, które nasi posłowie potem z radosnym entuzjazmem wydają na głupoty w stylu nowe tablety dla siebie, tudzież inne wesołe sprawy jak komisje sejmowe w sprawie ochrony bobra i innego zwierza czy w sprawie rozwoju kółek szachowych, oraz z haracz z tytułu mojego ubezpieczenia zdrowotnego, który potem znika magicznie w trybach wielkiej machiny zwanej Narodowym Funduszem Zdrowia (sic!). W sumie wychodzi na to, że rocznie płacę kilka tysięcy za ubezpieczenie zdrowotne mojej skromnej osoby i przydatków w postaci potomstwa. Ekstra! Mam dostępne darmowe świadczenia zdrowotne i opiekę całodobową etc. Niestety, nic bardziej mylnego. Mam bowiem dostęp do takich jedynie wydarzeń medycznych, jak poranne kolejki przed przychodnią, brak numerków u specjalisty i wyczekiwanie miesiącami na audiencję u np. psychiatry - bo w sumie tylko skończony debil (panie Bąk proszę nie brać tego do siebie!) płaciłby tysiące za takie traktowanie. 
Co mi się tak nagle przypomniało? Ano jakoś tak ostatnio zwiedzam szpitale. Na zasadzie "nie chcem, ale muszem". W zeszłym tygodniu miałem okazję udać się do Szpitala Dziecięcego im.. mniejsza o to. Starsza pociecha bowiem, jak to nastolatka przeżywa zbyt mocne kłopoty sercowe, czy jakoś tak więc lekarka przy rutynowym badaniu skierowała ją na EKG i odesłała w trybie pilnym do szpitala. Jak wiadomo rodzic w przypadku jeśli jego dziecko choruje, jest stworzeniem dość nadpobudliwym i drażliwym. W każdym razie skłonnym do agresji i niecierpliwym. A tu po zapisaniu zgłoszenia w rejestracji na Izbie Przyjęć usadzono nas na korytarzu (szczęściem ogrzewanym) i nakazano czekać na konsultację kardiologiczną. Logicznie rzecz biorąc lekarz dyżurujący powinien taką konsultację przeprowadzić w góra 15 - 20 minut, zakładając że jest OGROMNY ruch na izbie - w 40 minut do godziny - mając EKG, pacjenta, wywiad i wkurzonego ojca pacjenta przed sobą. Tymczasem czekaliśmy około trzech godzin a po upływie tego czasu zostaliśmy poproszeni do gabinetu pani doktor w przychodni dwa piętra wyżej, gdzie oczekiwała kolejka nieszczęśników zarejestrowanych już z puli normalnych przyjęć na numerki. Nie jestem specjalistą - ale gdyby ktoś mając poważniejszy problem z sercem tak sobie poczekał, mógłby kopnąć w kalendarz jak nic. Żeby nie było, że to taki przypadek jedyny - na konsultację specjalisty ostatnio oczekiwałem (oczywiście z pomocą NFZ) około 5 miesięcy. I nie jest to przypadek odosobniony. W przychodni osiedlowej, żeby się zarejestrować na wizytę u lekarza, dla zmyły nazwanego lekarzem "pierwszego kontaktu", należy wstać o 5 nad ranem i ustawić się w kolejeczkę przed przychodnią a i tak nie ma pewności, że się człowieku dostaniesz. Oczywiście można sobie zarejestrować się z wyprzedzeniem ale do cholery, skąd mam wiedzieć że akurat za pół roku będę miał grypę i dostanę zapalenia płuc? Więc z gorączką około 40 stopni muszę tak czy siak wstać o 5 nad ranem i swoje odstać na deszczu lub mrozie. Paranoja!  I za co tu płacić taką kasę? Jeśli wykupiłbym prywatne usługi medyczne za połowę tej ceny rocznie, lekarz dzwoniłby do mnie codziennie z pytaniem czy dobrze się czuję. A tak? Lekarze pracują na 5 etatów, sprzęt w większości jest dość wiekowy i zawodny, kasy na utrzymanie szpitala brak co widać, słychać i niestety też czuć. No i lepiej żebyś pacjencie znał kogoś, kto zna kogoś, inaczej można leżeć długo i bezowocnie. Nie uogólniam, znam doskonałych lekarzy, którzy mają prawdziwe powołanie do tego co robią i robią to świetnie. Jak wszędzie - są jednak wyjątki. 

Na szczęście karmi się nas serialami w rodzaju "Na dobre i na złe", czy najnowsza produkcja "Lekarze", gdzie w szpitalach są sami oddani sprawie specjaliści i najnowszej generacji sprzęt a pacjenci z wdzięcznością patrzą na bohaterów ratujących świat przed zagładą za pomocą wszelakich chorób. To już wolę House'a nawet jeśli już tylko odgrzewane powtórki. A Paweł Małaszyński, moim skromnym zdaniem lepiej wypada biegając w mundurze za "terrorystami" w Afganistanie, niż ze skalpelem w ręku.