środa, 25 stycznia 2012

Imponderabilia życia małego osiedla

Małe dzieci to mały kłopot, a duże? Czasami zastanawiam się, gdzie podziało się to bezradne stworzonko jakie przyniosłem kiedyś do domu. Teraz wyrosło na pyskatą, czasami w sekundę doprowadzającą mnie do szału wampirzycę, chociaż momentami całkiem fajną.
        Przy okazji wychowywania nastolatków można zauważyć, jak bardzo mało mamy prywatności mieszkając w jednym miejscu od tylu lat. A tak się składa, że od ponad 30 lat mieszkam na tym samym osiedlu. Jestem dość przywiązany do miejsca, tak to prawda i mimo tego, że uwielbiam opuszczać moje miasto i sam śmieję się z małomiasteczkowości naszego Bździszewa, to jednak lubię też wracać i wdychać powietrze mojego własnego miejsca.
        A w tym miejscu ciągle śledzą nas i obserwują, nie żeby specjalnie, ot tak przypadkiem wszystko wiedzą i widzą. Pomimo, że miasto mamy dość duże to jednak tutaj, na "naszym osiedlu", każdy zna każdego i wszyscy wiedzą o wszystkich i o wszystkim. To znaczy ci co chcę wiedzieć. Czasem wydaje mi się, że jak kichnę głośniej to za chwilę słyszę echo z samego końca osiedla mówiące "na zdrowie!". Permanentna inwigilacja!  
        Tak więc mimo tego, że niektórzy znają mnie od dziesięcioleci, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że moi sąsiedzi skarżą się na moje dzieci nie do mnie, a do mojego ojca, zanosząc skargi na zachowanie mojej pierworodnej i jej znajomych, do jej dziadka, zamiast porządnie obsztorcować jej ojca, który swego czasu też był odpowiedzialny za odrobinę zniszczeń i niewyjaśnionych zdarzeń w okolicy.
        Okazuje się, że mimo iż wycofałem się z życia osiedla dość dawno i obecnie więcej mnie tu nie ma, niż jestem, traktując dom jako sypialnię, wszystkie tercjanki, babcie i dziadkowie a nawet młodsze pokolenie znają moje dzieci i wiedzą, że są moje. Zastanawiające. A mój staruszek bierze sobie do serca to wszystko i opowiada mi o okropieństwach jakich dopuszcza się jego wnuczka w rodzaju przestawanie z zakapturzonymi osobnikami płci obojga, tudzież podpalenie numerów na domofonie lub zdemolowanie altanki. 
       Daleki jestem od uważania, że moje dzieci są ideałami chodzącymi i aniołkami, które tylko przypadkiem potraciły aureolki i skrzydełka w trakcie kopania zziębniętych łabędzi na Zalewie, ale nie mogę karać nikogo nie mając dowodów, ani nie przeprowadziwszy stosownego i sprawiedliwego postępowania w sprawie. Audiatur et altera pars!   A altera pars patrzy na mnie swoimi ślepiami brązowymi (los i genetyka chciały że ma dokładnie takie jak moje) i wypiera mi się w żywe oczy. W tych wszystkich CSI takie przesłuchania są łatwiejsze. No i zawsze ma się schowane pod stołem dowody w postaci DNA, odcisków palców, ucha czy innych mikrowłókien. I co z tym począć? Ano postanowiłem przeczekać, może w końcu ktoś przyjdzie i powie mi prawdę. Bo w sumie pewien niepokój mnie ogarnia i nie dotyczy wcale zakapturzonych osobników - ostatecznie jak już nie noszę krawata i marynarki to uwielbiam nosić bluzy z kapturem. 
      Poza tym mam chyba lekkiego focha na moich sąsiadów. W sumie wyrosłem na dość spokojnego, w miarę kulturalnego (jak sobie pochlebiam) gościa, niby taki jestem w miarę normalny a tu wstydzą się przyjść czy na klatce zaczepić z okazji zwyczajowego "dzień dobry" i powiedzieć co myślą.
     A może rację miała jedna z moich znajomych, twierdząc że tworzę dookoła siebie jakiś dystans i barierę, której niektórym nie chce się przekraczać a niektórzy po prostu boją się przekroczyć? Może i tak. A może to jakiś strach przed moją agresywnością? Ktoś-Kogo-Zdanie Bardzo-Cenię powiedział, że jestem skłonny do zachowań agresywnych. No fakt, kiedyś dałem sąsiadowi po pysku, ale po pierwsze był pijany w sztok a po drugie naszczał mi pod drzwiami, a na obie te rzeczy reaguję bardzo alergicznie (po ojcu mam). Może rzeczywiście - jak będą mi stresować staruszka to w końcu nie wytrzymam i dopiero wtedy będę agresywny!