czwartek, 12 stycznia 2012

Lean reality

    Ktoś, kto pracuje lub pracował w wielkiej korporacji zna pewnie termin "lean" i całą idącą za tym filozofię. Pokrótce znaczy to w wolnym tłumaczeniu - szukamy dziury nawet w całym i staramy się ją łatać mimo, że niekoniecznie potrzeba - za to projekt zakończy się jak zwykle sukcesem i wszyscy dostaniemy wielkie premie.  Żeby było zabawniej proces, który stworzono po to, żeby usprawniać linie produkcyjne wielkiej fabryki samochodów obecnie wdraża się i uskutecznia wszędzie gdzie się da. Czy więc jest to firma reklamowa czy też bank lub sklepy z odzieżą, wszędzie podchodzi się do tego w ten sam sposób. Co w dodatku charakterystyczne dla naszych managerów kompletnie bezkrytycznie - bo to przecież japoński wymysł a nic co zagraniczne (a szczególnie tak daleko zagraniczne), nie może być złe.

    Owszem usprawnienia są fajne i potrzebne, ale jeśli ich ceną jest dodatkowy nakład pracy całych zespołów oraz oderwanie ich od obowiązków, które muszą wykonywać tylko dlatego żeby mogli "leanować" w spolszczeniu "linieć", wydaje się czystym szaleństwem. A jak efektownie za to brzmią japońskie wyrażenia przeniesione żywcem do polszczyzny korporacyjnej, lub tego dość zabawnego "języka korporacyjnego", którym posługujemy się na codzień. Oprócz więc "koli", "forekastów", "misów" (nic wspólnego z niedźwiadkami), "baketów" i "ekarów" mamy wyrażenia tak barwne jak kaizen i za przeproszeniem gemba (nie nie gombrowiczowska gęba a gemba taka japońska). Ale skąd dzisiaj takie przemyślenia. Ano właśnie stąd że przybywa do nas sam PREZES! Z wysokości swojego biura, niedostępnego pospolitemu asystentowi, zstępuje pomiędzy lud ubogi i zaszczyca nas łaskawie obecnością swoją. Będzie gemba łoking i łorkszop nie mówiąc o "rod szoł spicz" czyli ubaw po pachy.
   Polska mentalność jest jednak dziwna - z jednej strony duma narodowa i ułańska fantazja a z drugiej momentami kompletne, bezgraniczne "włazidupstwo" i kompleks niższości. 
    Jak niewiele zmieniło się od czasów kiedy towarzysz Edward przejeżdżał przez nasze miasto swoją śliczną czarną limuzyną, a już dzień wcześniej trawę malowali nasi ojcowie na zielono farbą olejną. Oj niewiele, naprawdę niewiele, tylko teraz Nawiedzający pachnie Diorem, nosi garnitur Armaniego i buty od Gucciego a na nadgarstku zamiast złotej Pabiedy niewielki i wysmakowany Patek Phillipe kosztujący jakieś 10 razy więcej niż mój samochód. C'est la vie. 
A zresztą, może i trochę zawiść przeze mnie przemawia.. zawsze chciałem taki zegarek :)